Ajerkuchy czyli zapachy dzieciństwa

Ajerkuchy czyli zapachy dzieciństwa – to piękny felieton Piotra Łobody o smakach i zapachach dzieciństwa, które już nigdy nie wrócą.

Ajerkuchy czyli zapachy dzieciństwa

ajerkuchy …
(z mojego sztambucha „Zapachy dzieciństwa”)

… a z maszketów jeszcze ajerkuchy pamiętam i ich smak, jakby to wczoraj było

… te ajerkuchy z plastrów jabłka obtoczonych w tym cieście niby naleśnikowym ale gęstszym, bogatszym w jaja, w cukier z dodatkiem cynamonu i usmażone na tym oleju, aż do koloru złotego i posypane tym cukrem pudrem, który najpierw się zlizywało dziecinnym języczkiem – cieplutkie i pachnące

… a te ajerkuchy to z dziurką mogły być, gdy się środek jabłkowego plastra wycięło większy, albo bez dziurki. Ale co tam – czy z dziurką, czy bez dziurki, smakowały bosko a zapach po domu rozchodził się cudowny… zapach dzieciństwa, zapach szczęścia i zapachem tym wszystko nasycone było i na długo, i nawet ta poduszeczka, gdy wieczorem do niej policzki przytulić, też tym przesiąkła i pachniała do rana

… i te nosy nasze, wysunięte ku górze, nad tą kuchnię, gdy tym drucikiem mama zręcznie te obturlane w cieście plasterki jabłka na tłuszcz kładła, a te zaraz syczeć zaczynały i skwierczeć by wreszcie szumieć tajemniczo, szumieć o tych jabłoniach, o tej pszenicy, a może i o tych jajach, w tym cieście rozczynionych, i o nich opowiadać, opowiadać, opowiadać w tym syczeniu, w tym skwierczeniu

… a potem tym drucikiem, już od tego tłuszczu złote, na tę ściereczkę żeby obciekły, a z tej ściereczki na talerz duży i zaraz je tym pudrem bielutkim jak śnieg, tym pudrem co się i między te złotka rozsypywał, i tymi paluszkami niecierpliwie zbierany był, nim kuchy ostygły troszkę, nim je pozwolono w te rączki niecierpliwe już
… więc się z tymi nosami od tej kuchni do tego stołu z tym talerzem, od tego stołu zaś do tej kuchni, i od kuchni do stołu, i tak w kółko, śledząc ruch każdy i wzrokiem wodząc za ręką mamy, za drucikiem, za złotkami
… a stół wysoki więc trzeba łapkami blat ucapić i na paluszkach się wspiąć, by to wszystko widzieć, by się nawąchać, nawdychać, nałykać tej śliny, nim pozwolili, nim trochę ostygło, nim się złapać dało w te rączki niecierpliwe, w te paluszki nerwowe od tego czekania a zawsze za długiego, zawsze

… no to jak się już złapało, choć czasem jeszcze przekładać z łapki do łapki trzeba było bo gorące, to z tymi skarbami pod stół do tego „domku”, i jeszcze tylko skontrolować czy bracik nie zachachmęcił lepszego, albo podrażnić, że samemu się lepsze ma, albo łokciem go tyrpnąć, albo samemu zebrać, i już to zlizywanie, i to ciasto, i to jabłko zawsze gorące w tym cieście

… i po następne, na ten stół i z nim do tego „domku”, i znów po następne
… i to mamy nieodłączne – „ostowcie jeszcze za gorące”
… i to mamy opiekuńcze – „już styknie, bo się pochorujecie”
pochorujecie …
pochorujecie …
od ajerkuchów ?


… a po tylu latach czuję jeszcze ten zapach, ten smak i to ciasta skwierczenie słyszę
… a i sam już nie wiem, czy to prawda była, czy to mi śniło się tylko
… sam już nie wiem

Piotr Łoboda 

https://www.facebook.com/piotr.w.loboda/posts/247574945708358


#wspomnienia