Aktor na bezrobociu

 

aktor na bezrobociuSytuacja aktorów i innych twórców na rynku pracy jest w gruncie rzeczy dramatyczna, bo jeśli chcą oni uprawiać swój zawód, najczęściej pozostają bez etatu, a co ważniejsze, bez ubezpieczenia zdrowotnego, co jest moim zdaniem absolutnie nie do przyjęcia w cywilizowanym kraju.

Jak to jest możliwe, żeby elita państwa pozostawała wykluczona po za nawias społeczeństwa i podstawowego zabezpieczenia, jakim jest ubezpieczenie zdrowotne.

To moim zdaniem świadczy najlepiej o tym, jaką bananową republiką jest Polska, która nie potrafi zrozumieć, że twórcy są jednym z najcenniejszych dóbr jakim dysponuje cywilizowane państwo.

 

W szkole teatralnej każdy myśli, że został wybrany do szczęśliwej dwudziestki. Kiedy zdawałem do wrocławskiej PWST, byłem jednym z 800 kandydatów. Bywają lata, że jest ich ponad 1,2 tys., wychodzi 40-60 osób na miejsce. Później w szkole ćwiczymy do upadłego role Gertrudy, Hamleta lub Makbeta. Gdyby mi ktoś podczas takiej próby powiedział: „Marcin, po szkole będziesz marzył, że uda ci się zagrać w Klanie, ucieszy cię nawet epizod policjanta”, parsknąłbym śmiechem. A tak wygląda teraz moje życie, z nadzieją stoję w kolejce do reklamy musztardy. Bo przecież nie do filmu, o takich castingach nawet nie wiem. Nikt mnie nie zna. Skończyłem szkołę, nie wiedząc, że w tym zawodzie prócz talentu najważniejsze jest to, kto cię zna i kogo ty znasz. Ostatnio kolega na Facebooku napisał: „Zamienię 10 informacji o castingach do reklam za jedną do filmu”.

 

Co roku sześć wydziałów aktorskich w państwowych wyższych szkołach teatralnych opuszcza ponad 80 absolwentów. Prywatnych szkół aktorskich jest dwa razy tyle co państwowych. Absolwenci jednych i drugich stają do wyścigu, aby zdobyć etat w teatrze, epizod w serialu albo reklamę z prawami do ich wizerunku. Pojedynczy szczęściarze zostają gwiazdami seriali i dostają za dzień zdjęciowy nawet 10 tys. zł, podczas gdy przeciętny, nikomu nieznany aktor żyje na granicy ubóstwa i tonie w długach, a za długo wyczekiwany dzień zdjęciowy dostaje 1,5-2 tys. zł.

 

Takich jak ty mam trzystu

 Łukasz, 38 lat

 

Po szkole od razu dostałem angaż w Teatrze Polskim w Poznaniu – dyrektor zobaczył mnie na festiwalu szkół teatralnych, dostałem tam wyróżnienie za rolę Własta w „Letnikach” Gorkiego. Byłem na ostatnim roku, mówiło się o mnie „ten zdolny, który za chwile pokaże, na co go stać”.

 

To był 2002 r., miałem 25 lat, dostałem etat – 700 zł na rękę. Za każdy spektakl jeszcze około 70 zł. W miesiącu grałem jakieś osiem razy, więc miesięcznie zarabiałem 1,5 tys. zł netto. Z tego odciągali za mieszkanie teatralne 250 zł (z czterema osobami w starej kamienicy, każdy miał swój pokój). Po siedmiu latach moja podstawa wzrosła z 700 do 1,1 tys. zł. Za spektakl dostawałem już około 100 zł. Ale zdarzały się miesiące, gdy nie grałem. W międzyczasie zmienił się dyrektor, nie obsadzał mnie w nowych spektaklach, stare zdejmował. Powoli pozbywał się mnie z obsady.

 

Dostałem propozycję etatu w teatrze w Łodzi. Gdy się już przeprowadzałem, okazało się, że zmienili dyrektora.

 

Przyjechałem do Warszawy, zamieszkałem u kumpla z roku. Zacząłem chodzić po castingach, ale dopiero po roku dostałem pierwszą reklamę – za 2 tys. zł. Raz na pół roku prowadziłem imprezę, np. Dzień Dziecka w galerii handlowej za 1,5 tys. zł albo konkurs przy stoisku banku przy okazji wydarzeń sportowych, albo firmowe mikołajki za 600 zł (brałem na kolana dorosłych ludzi i dawałem im prezenty). Żyłem za 1,5 tys. zł miesięcznie. Jadłem kaszę gryczaną z cebulą.

 

Zapisałem się do agencji aktorskiej, stałem się planktonem. W tej agencji takich jak ja, nieznanych aktorów, są tysiące. Reżyserzy dzwonią tam tylko wtedy, gdy potrzebują tłumu na planie. Nigdy nie byłem na castingu do filmu. Tacy jak ja dostają informacje jedynie o castingach do reklam. Często tam dzwoniłem i prosiłem, błagałem, by załatwili mi dzień zdjęciowy, bo nie mam za co żyć. Najczęściej bezskutecznie.

 

Chodziłem też po teatrach, zostawiałem portfolio. Nikt się nigdy nie odezwał. W teatrze leżą sterty nieczytanych CV. Dyrektor teatru w Poznaniu, gdy ktoś chciał rozmawiać o pieniądzach, pokazywał te CV, mówiąc: „Patrz, takich jak ty mam trzystu, każdy zgodzi się pracować za mniej niż ty”.

 

Zacząłem pożyczać od kolegów. Najpierw po 200 zł, potem po 500, w końcu po 1 tys. zł, licząc cały czas na to, że za chwilę trafi się jakaś praca. Żeby oddać długi, wziąłem pożyczkę z banku, którą spłacam do dziś.

 

Największe pieniądze zarobiłem na reklamie do telewizji – prawie 10 tys. zł. Nie mogłem w nie uwierzyć. Zrobiłem sobie wtedy wakacje od castingów. Spłaciłem kilka rat pożyczki do przodu i pierwszy raz od lat żyłem bez stresu – przez trzy miesiące. Myślałem, że przyszedł dobry czas. I teraz się zacznie. Nie zaczęło się. To była jedyna taka sytuacja w mojej karierze.

 

Dziś za reklamę i cały dzień pracy na planie dostaje się średnio 3 tys. Jak się odejmie podatek i 20 proc. prowizji dla agencji, na rękę zostaje 2 tys. Na pieniądze czeka się miesiąc, dwa albo pół roku, choć w umowie producent zobowiązuje się do wypłacenia wynagrodzenia w ciągu 28 dni. W kolejce na casting do takiej reklamy czeka się i po trzy godziny. W korytarzu stoi ponad 200 osób, a szukają jednej.

 

Zrozumiałem, że nie przebiję się do show-biznesu. Trafiła mi się okazja zagrania z offowym teatrem Usta Usta z Poznania. Za spektakl dostawałem nawet do 300 zł. Odżyłem, zacząłem grać; bywało, że kilka spektakli w miesiącu.

 

Zrobiłem więc kolejny spektakl w teatrze offowym, monodram, dostałem pierwszą nagrodę na Ogólnopolskim Przeglądzie Monodramu Współczesnego w Warszawie. Na spektakl zaprosiłem ponad 50 osób: drugich reżyserów, ludzi z branży – żeby się pokazać, bo wreszcie miałem z czym. Nikt nie przyszedł. Za ten spektakl dostałem na rękę 800 zł, tyle samo, ile za wyróżnienie na festiwalu szkół teatralnych 13 lat wcześniej.

 

Teraz robię kolejny monodram, bo można z tym jeździć po całej Polsce, od domów kultury po teatry, i zarobić za jedno przedstawienie od 500 zł do 3 tys. Ale dobrze, jeśli raz na miesiąc gdzieś się zagra.

 

Kiedy dostajesz się do szkoły, czujesz, że jesteś bogiem. Przez cztery lata chodzisz pijany ze szczęścia po Olimpie. Schodzisz na ziemię, kiedy tracisz etat i okazuje się, że nic innego, niż grać, nie umiesz robić.

 

Teraz staram się przebranżowić: piszę piosenki, scenariusze, robię teledyski, jestem kombajnem artystycznym.

 

Kilka lat temu w siedzibie ZASP-u rozmawiałem z pewną dojrzałą aktorką o tym, jak trudno jest dziś aktorowi zaistnieć na rynku. Gdy zauważyłem, że zawsze można zrobić swój monodram, bo to w końcu małe koszty, wzięła głęboki oddech i powiedziała: „W tym budynku każdy ma swój monodram”.

 

Nie stać mnie na dziecko

Maria, 33 lata

 

Kiedy skończyłam warszawską Akademię Teatralną, chciałam grać w teatrze w Legnicy. To niby była prowincja, ale ciekawi ludzie tworzyli tam teatr. Dyrektor zaprosił mnie do zespołu, miałam zagrać gościnnie w spektaklu, a potem dostać etat. Zaczęłam się przeprowadzać, ale on nie odbierał już telefonów, nie odpisywał na SMS-y, maile. Dowiedziałam się, że zatrudnił kogoś innego na moje miejsce.

 

Potem dostałam propozycję gry w serialu. Za dzień zdjęciowy można było dostać koło 1,3 tys. zł na rękę. Gdybym wtedy ją przyjęła, pewnie byłabym teraz w zupełnie innym miejscu. Ale miałam 23 lata, naczytałam się Kantora, Grotowskiego i chciałam grać w teatrze. Do dziś chcę robić ambitne rzeczy.

 

Dostałam etat we Wrocławiu, byłam tam pięć lat. Grałam mało, bo to były duże role, np. Błazna w „Królu Learze”. Ten spektakl grałam dwa, trzy razy w miesiącu, za jedno przedstawienie dostawałam koło 200 zł. Z etatu (1,6 tys. zł) potrącali mi za mieszkanie teatralne 700 zł, zostawało niewiele ponad 1 tys. Jeśli rzadko grasz, bo masz w jednym spektaklu dużą rolę, to nie masz też prób i po prostu nie masz za co żyć.

 

Zaangażowałam się w nowy projekt teatralny w Warszawie, ale próba we Wrocławiu nałożyła się na próbę generalną w Warszawie. Wybrałam Warszawę, bo to było duże przedsięwzięcie, nie mogłam wystawić prawie 30-osobowego zespołu. Straciłam pracę we Wrocławiu, dyrektorka nie chciała mnie zwolnić z jednej próby.

 

Przeprowadziłam się do Warszawy i wygrałam na loterii: ktoś mnie polecił na zastępstwo w spektaklu w Teatrze Powszechnym. Dostałam 8 tys. netto za trzy miesiące pracy, więc zaczęło się dobrze. Ale potem się okazało, że zabrakło kasy na rozwieszenie na mieście plakatów, więc nikt o spektaklu nie wiedział. Na 60-osobowej widowni bywało po kilkanaście osób. Przedstawienie po jakichś 25 spektaklach zdjęto, nie opłacało się. Zostałam na lodzie, bez kasy, pracy i ubezpieczenia.

 

Aktor ma trzy opcje w kwestii ubezpieczenia: może się gdzieś zatrudnić (np. ma znajomych, którzy zatrudnią go fikcyjnie na jedną czwartą etatu), może założyć działalność gospodarczą (ale to wiąże się ze stałymi opłatami, a w tym zawodzie nie ma ciągłości zarobkowej) albo może zapisać się do kasy zabezpieczenia zawodowego twórców. Tam komisja weryfikuje dorobek artystyczny. Jeśli rozpatrzy prośbę aktora pozytywnie, będzie musiał płacić kilkaset złotych miesięcznie (i dodatkowo składki za poprzednie lata twórczości) i będzie miał ubezpieczenie. Niespecjalnie się to opłaca, bo miesięczna składka wynosi mniej więcej tyle co abonament w prywatnej przychodni. W związku z tym większość aktorów w Polsce żyje bez ubezpieczenia.

 

Jako komisja Pracownicy Sztuki Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza napisaliśmy pismo do ministra kultury z apelem, by pomógł stworzyć system umożliwiający ubezpieczanie zdrowotne aktorów bez etatu. Odesłano nas do ministra pracy, a minister pracy znowu wysyłał nas do ministra kultury…

 

Jak każdy aktor roznosiłam swoje CV po warszawskich teatrach i widziałam, jak moja teczka ląduje w wielkiej szufladzie pośród setek innych. Zaczęłam sama składać wnioski na projekty, dostałam nawet pieniądze od miasta na krótkometrażowy film, ale 30 tys. zł – jedną trzecią tego, o co się starałam. Montażysta dostał z tego 1 tys. zł, operator tyle samo, catering zrobił mój wujek, za darmo. Sama wyszłam z tego projektu z długami.

 

Poszłam do dyrektorki jednego z warszawskich teatrów osobiście. Oczywiście pracy nie było, ale zaproponowała, żebym zrobiła w foyer teatru spektakl za darmo, bez scenografii. Praca nad spektaklem to kilka miesięcy, kto chciałby pracować za nic? Nie podjęłam się.

 

Jeden z ważniejszych reżyserów powiedział publicznie, że w polskim świecie artystycznym jest tak zwana krótka ławka, nie ma miejsca na nowych. Zadzwoniłam do niego, bo pomyślałam, że może u niego ławka ma więcej miejsc. Obiecał zdjęcia próbne, ale kierownik obsady nie skontaktował się ze mną.

 

Na korytarzach agencji siedzę z długonogimi wymalowanymi amatorkami i nie mogę uwierzyć, że my, aktorzy, jesteśmy banitami. W Niemczech każdy, kto zatrudnia amatora do filmu, serialu albo reklamy, musi wpłacić pieniądze na fundusz wspierający artystów. A w Polsce ludzie nie zdają sobie sprawy, że kształcenie aktora kosztuje więcej niż fizyka jądrowego.

 

Jestem prekariuszką, mebluję się na śmietnikach, ubieram tylko w lumpeksach. Byłam kelnerką, nadzorowałam remonty, asystowałam reżyserom. Były miesiące, że żyłam za 600 zł. Przełamałam wstyd i zaczęłam pisać felietony „CV bezrobotnej aktorki” na portalu teatralnym. Bo bezrobocie to wstyd. Panuje stereotyp: kto nie poradził sobie na wolnym rynku, jest słaby. Coraz bardziej oddalam się od teatru. Teraz szukam pracy jako researcher, interesuje mnie dokument, życie, historia.

 

Finansowo w gorszych miesiącach do dziś pomagają mi rodzice. Drżę na myśl o tym, co będzie w przyszłym miesiącu. A najgorsza jest świadomość, że nie stać mnie na to, by urodzić dziecko.

 

Nadprodukcja aktorów – rocznie z państwowych szkół wychodzi ich koło 100 – sprawia, że większość absolwentów nie ma szans na pracę w zawodzie. Bo wolnych etatów już nie ma. Więc to jest 100 osób na zero miejsc.

 

Politycy zapomnieli, że teatr to inwestycja na lata, to nie ma jak się zwrócić. Kiedy zmienia się partia rządząca, w teatrach następują przetasowania. Nowy dyrektor zrzuca z afisza stare spektakle i zaczyna produkować swoje. Często obsadę starego dyrektora zastępuje nowa. Aktorzy, dorośli ludzie, zostają bez niczego i wracają do swoich rodziców, którzy przynajmniej mają emerytury.

 

Na stole ministry kultury leży wniosek o opodatkowanie czystych nośników (smartfonów, iPadów, pendrive’ów, płyt CD) na rzecz związków zrzeszających artystów. Przeszło to już w Czechach, Niemczech i we Francji. Od tego podpisu zależy, czy rocznie 300 ml zł będzie mogło pójść na ubezpieczenia twórców. Papier leży, a my czekamy.

 

Marzę o reklamie musztardy

Marcin, 35 lat

 

Mam 45 tys. zł kredytu w banku. Nie na dom, nie na samochód, nie na remont, tylko na jedzenie, rachunki, mieszkanie, kartę miejską i wyjazdy w sprawie rozmów o pracę. Chociaż u mnie nie jest jeszcze tak źle – niektórzy koledzy aktorzy mają komornika na głowie.

 

Po szkole zacząłem pracę w teatrze w Katowicach. Po wygranym Festiwalu Szkół Teatralnych zarabiałem niecałe 2 tys. zł na rękę plus średnio 150 zł za każdy spektakl. Od tego 500 zł odliczano mi za teatralne mieszkanie, w którym nie było łóżka, pralki czy lodówki. Grałem tam ponad dwa lata, odszedłem po wypadku.

 

Rozmawiałem z młodszymi aktorami, z którymi miałem prowadzić warsztaty głosowe. Nagle w holu teatru zgasło światło, a ja od tyłu zostałem uderzony tępym narzędziem w głowę. Dyrekcja teatru namówiła mnie, bym nie wnosił oskarżenia. Nie dostałem odszkodowania. Nigdy się nie dowiedziałem, kto to zrobił. Dziwnym trafem kamery nic nie zarejestrowały. Nikt nic nie widział.

 

Wyjechałem do Warszawy. Grałem tam już w spektaklu „Trzy siostry”, dzięki wspaniałomyślności Krystyny Jandy, która młodym aktorom umożliwia debiuty w swoim prywatnym teatrze. A w międzyczasie zacząłem chodzić na tak zwane żebry – od teatru do teatru. Myślałem, że wchodzę na falę, ale niewiele się zmieniło.

 

Potem zacząłem chodzić na castingi do reklam. Wynająłem mieszkanie obok studia, gdzie jest większość castingów. Jak wyjrzę przez okno, to widzę, jak ludzie już się zbierają. Bardzo często staję do castingu z wielkimi aktorami. Wszyscy się tu spotykamy: ci z etatami, którym się poszczęściło, i ci bez, którzy czekają na szansę. Za reklamę dostaję około 4 tys. Żeby ją wygrać, trzeba być w formie, więc chodzę na jogę, siłownię, codziennie biegam, wybieliłem zęby – pani castingowa zwróciła mi na to uwagę.

 

W szkole teatralnej każdy myśli, że został wybrany do szczęśliwej dwudziestki. Kiedy zdawałem do wrocławskiej PWST, byłem jednym z 800 kandydatów. Bywają lata, że jest ich ponad 1,2 tys., wychodzi 40-60 osób na miejsce. Później w szkole ćwiczymy do upadłego role Gertrudy, Hamleta lub Makbeta. Gdyby mi ktoś podczas takiej próby powiedział: „Marcin, po szkole będziesz marzył, że uda ci się zagrać w Klanie, ucieszy cię nawet epizod policjanta”, parsknąłbym śmiechem. A tak wygląda teraz moje życie, z nadzieją stoję w kolejce do reklamy musztardy. Bo przecież nie do filmu, o takich castingach nawet nie wiem. Nikt mnie nie zna. Skończyłem szkołę, nie wiedząc, że w tym zawodzie prócz talentu najważniejsze jest to, kto cię zna i kogo ty znasz. Ostatnio kolega na Facebooku napisał:

 

„Zamienię 10 informacji o castingach do reklam za jedną do filmu”.

 

Jest taki żart: „Czym różni się aktor od balkonu? Balkon jest w stanie utrzymać czteroosobową rodzinę”. Śmieszy tylko środowisko. Ludziom się wydaje, że aktor zarabia 7 tys. dziennie.

 

Ja, żeby mieć 2 tys. zł na miesiąc, muszę się nakombinować: impreza wewnętrzna w korporacji, zajęcia w domu kultury z dziećmi, czytanie do audiobooków, egzaminy w szkołach teatralnych, epizod w serialu – i tak się zbiera po kilkaset złotych.

 

Codziennie wysyłam swoje CV, demo, nowe zdjęcia „złotej piętnastce”, czyli do najważniejszych agentów, pań castingowych, drugich reżyserów albo sekretariatów teatrów. Czekam, nie poddaję się.

 

Ubezpieczanie mam – jako jeden z niewielu wśród znajomych – bo zarejestrowałem się jako bezrobotny bez prawa do zasiłku. Wystarczy przepracować na etacie więcej niż pół roku i ubezpieczenie przysługuje. Kiedy dostaję dzień zdjęciowy w reklamie, muszę się na ten dzień wyrejestrować. Przychodzę następnego i znowu się zapisuję. I tak w kółko.

 

Najgorzej jest, kiedy trzeba iść do prywatnego dentysty. Wtedy każdy aktor wpada w długi.

 

Żyję dzięki mamie

Jan, 61 lat

 

Aktorstwo to mój nałóg. Przez aktorstwo straciłem kobiety, nawet taka z najszczerszym sercem nie zniesie niekończącej się huśtawki finansowej. Zresztą póki aktorstwo jest większą pasją niż pożądanie, nie ma co zaczynać z kobietą.

 

Moja matka była aktorką, pracowała w Teatrze Narodowym, to było za Gomułki. Polska marniała, a Narodowy za Dejmka rozkwitał. Kiedy grali „Dziady” i Holoubek mówił „Wielką Improwizację”, a potem padał na ziemię, to ja podnosiłem kotarę, pod którą był ołtarz. Miałem 13 lat, to była zbiorowa hipnoza. Wtedy nie widziałem, że aktorstwo to zawód frustratów, nawet w szkole aktorskiej tego jeszcze nie było widać. Uczyli nas rzemiosła, to była harówa od rana do nocy, na zmianę – wysiłek fizyczny, a potem psychiczny. Profesor Bardini mówił nam, że widz będzie chciał rozrywki – albo na wesoło, albo na smutno – i my mamy mu to dać, i o niczym więcej nie myśleć.

 

W tym zawodzie jest tak, że jest dno, a potem nagle wygrany casting, dzień zdjęciowy, reklama. Ale jest zasada: dobrej passy nie można przerywać. Moja dobra passa zaczęła się serialem „Przyjaciele” w ’81 roku, po którym zacząłem dostawać propozycje. Ale została przerwana stanem wojennym.

 

Moja dniówka, np. w serialu „Służby specjalne”, to 2,4 tys. zł brutto. Niby dużo, ale taki dzień zdjęciowy mam jeden na kilka miesięcy; bywało, że i przez rok nic. Za reklamę raz dostałem kilkanaście tysięcy, ale na castingi chodziłem ponad rok, akurat jedna się trafiła. Czasem grałem na egzaminach reżyserskich w szkołach teatralnych, za dwa miesiące ciężkiej pracy dostawałem 300 zł. Żyję na debecie, spływają jakieś repartycje za powtarzane w telewizji filmy z moim udziałem, ale to marne pieniądze, ledwo da się wyżyć. Mam 60 lat, do emerytury zostało siedem. Miałem w życiu duże długi. Nigdy nie było u mnie stabilnie. Zresztą u jakiego aktora jest?

 

Tylko raz się zdarzyło, w latach 90., że miałem i mieszkanie, i etat, i telefon, ale szybko traciłem jedno po drugim. Żyję godnie dzięki mamie, w USA zarabiała, opiekując się starszymi ludźmi. Za to kupiła mieszkanie, w którym mieszkamy do dziś. Mama ma 94 lata i pięć miesięcy. To jedyna kobieta, na którą zawsze mogłem liczyć.

 

Ministerstwo: Kształcić

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które nadzoruje państwowe uczelnie kształcące aktorów (Akademię Teatralną w Warszawie, Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie, Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi oraz ich filiami) uważa, że nie można ograniczać dostępu do kształcenia aktorów, mimo że część absolwentów będzie bezrobotna. Argumentuje, że młodzi ludzie, wiedząc o sytuacji na rynku pracy, chętnie zdają na te uczelnie. Zapewnia jednak, że uczelnie teatralne przygotowują absolwentów także do pracy poza twórczą działalnością w teatrze czy filmie.

 

Roczny koszt utrzymania studenta na wydziale aktorskim w roku akademickim 2014/15 wynosił od 38 700 zł w PWST w Krakowie do 61 600 zł na Akademii Teatralnej w Warszawie. W tym samym roku ministerstwo przeznaczyło na dotację dla krakowskiej PWST prawie 22 mln zł, dla szkoły łódzkiej – prawie 31 mln, a dla Akademii Teatralnej w Warszawie – prawie 20 mln zł. Dodatkowo na pomoc materialną dla studentów i doktorantów – od 0,54 mln do 1,25 mln na uczelnię.

 

Ministerstwo nie ma danych na temat bezrobocia wśród aktorów. Nie ma ich również ZASP.

Ewa Kaleta

wyborcza.pl

2015-07-22
http://www.lartstudio.krakow.pl/web/newsnews/501-marcinpiejas

_______________________________________________________________________________
#kultura