Aktora życie wewnętrzne

Aktora życie wewnętrzne – to przepiękny tekst Grzegorza Pawlaka, znakomitego lektora, aktora, artysty, o tym do czego prowadzi obecny fast-food teatralny.

 

Bardzo się cieszę, że Grzegorz napisał ten tekst, albowiem doskonale opisuje on bolączkę dzisiejszych czasów, kiedy to większość ludzi aspirujących do tytułu aktora chce, żeby było łatwo, lekko i przyjemnie, czyli jak robić, żeby nic nie robić, a zarobić (a najlepiej potem jeszcze dostać dobre recenzje i zostać tak zwaną gwiazdą)

Dziękuję, Grzesiu za ten tekst!

Aktora życie wewnętrzne

Aktora życie wewnętrzneKiedy ja i moje Koleżanki i Koledzy zdawaliśmy do Szkoły Teatralnej dokoła szalała komuna i beznadzieja.

Łączyła nas pasja.

Naszymi Guru byli Profesorowie. Guru – bo grali w TEATRZE, NA SCENIE!! Byli też naszymi przewodnikami we „wchodzeniu” w dojrzałe „nie zawodowe” życie. Nie wszyscy, rzecz jasna, ale słuchaliśmy ich. Chcieliśmy od nich jak najwięcej „wziąć”, nauczyć się sceny, zrozumieć, co to znaczy „BYĆ AKTOREM”. I kiedy Pani Profesor mówiła do naszej – najmłodszej na roku – koleżanki: „Dziecko, jak Ty mi ku… ę zagrasz, jeśli Ty kieliszka wódki nie wypiłaś?”, rozumieliśmy, że to metafora: „trzeba coś przeżyć, żeby zrozumieć”. Poczuć ciężar życia, jego piękno, DOŚWIADCZYĆ, „połamać się”.

Ile było łez, histerii, ile razy, po nieudanej próbie, mówiłem do siebie: „Koniec, nigdy więcej”, a następnego dnia biegłem do szkoły „na skrzydłach”, bo w nocy coś wymyśliłem, co, jak wierzyłem, pomoże mi w budowaniu postaci, nad którą właśnie pracowałem, w „przełamaniu” siebie.

Kiedy grałem Profesora w Lekcji Ionesco (a było to na trzecim roku), przed pierwszym pokazem rzygałem ”jak kot” z tremy, stresu, bo tak BARDZO CHCIAŁEM BYĆ DOBRY, tak bardzo chciałem „zagrać” Myślałem: jaką drogę muszę przejść, żeby znaleźć w sobie tego psychopatę, sk… syna, który, na dodatek jest impotentem i, zamiast normalnego stosunku znajduje rozkosz w mordowaniu swoich studentek? A przecież jestem normalnym, dwudziestoparoletnim chłopakiem, który ma dziewczynę (przepraszam, już wtedy żonę i dziecko). Jak bardzo trzeba się było „rozmontować”, schować w kieszeń swoje ego (które buntowało się na każdym kroku) i stać się tym psycholem, uwierzyć, że można nim być. A potem „poskładać się” na nowo.

Zajęcia trwały od 7.00 rano do późnej nocy (czasem jeszcze nocami próbowaliśmy, bo rano był pokaz scen). Rano basen, potem sceny klasyczne, wiersz, proza, sceny współczesne, po południu dżudo, akrobatyka, szermierka. I tak przez cztery lata. Akademik, zero kasy, słoiki ze smalcem, buty na kartki, jakaś tania gitara, rozmowy o teatrze (i nie tylko) do późnej nocy.

Pamiętam kiedyś spałem w jednym pokoju z kolegami, którzy byli dwa lata wyżej. Ja i jeden z nich położyliśmy się spać. Noc. Otwierają się drzwi i wchodzi ten trzeci (właśnie wrócił z weekendowych odwiedzin rodzinnego domu). I na wejściu rzuca do kolegi ze swojego roku; „Obejrzałeś ostatni spektakl w Teatrze Telewizji? No takiego gówna już dawno nie widziałem”. Na to drugi zrywa się na równe nogi z tekstem: „Co Ty, k..wa, pier… lisz?!”. Pobili się…Trzecia w nocy!!

Pisane „ponad program” wiersze i piosenki, stanie w niewyobrażalnym tłumie (ja właściwie wisiałem między kilkoma innymi widzami) na koncercie Ewy Demarczyk, „Wyzwolenie” z Jerzym Trelą w Teatrze Polskim. A w wakacje nie potrafiłem znaleźć sobie miejsca, tak bardzo tęskniłem za szkołą.

To „łamanie” i odkrywanie siebie. To, kiedy, po latach Ś. P. nieodżałowany, genialny, nasz cudowny Profesor od Pantomimy Jerzy Kozłowski spotkał mnie już w zawodowym teatrze… A nie był to wtedy dobry moment w moim zawodowym życiu. Przypomniał mi wtedy: „Pamiętasz, jak zaskoczyłeś całą Komisję swoim Janem Kazimierzem w Mazepie? Nie przypuszczaliśmy, że TAK potrafisz. Nigdy nie trać wiary w siebie”. Pomógł mi wtedy bardzo, przywołując tamten egzamin. I tamto moje „zmaganie się” z samym sobą…

Piszę o tym wszystkim, nie, jako kombatant. Nie jako człowiek, który to, co najlepsze ma za sobą. Nie wiem, co przede mną, ale walczę (i tego też nauczyła mnie szkoła).

Piszę o tym, bo mimo tego, że dookoła nie było wtedy NIC, to był PRZEPIĘKNY CZAS. Ceniliśmy to, że możemy rozwijać swoją pasję. Mieliśmy taką szansę i staraliśmy się ją doceniać. PRACOWAĆ. Po to, żeby GRAĆ ROLE. BYĆ W TEATRZE. NAUCZYĆ SIĘ ZAWODU, BYĆ JAK NAJLEPSZYM AKTOREM. Nie po to, żeby grać w serialu (niczemu, ani nikomu nie uwłaczając) To prawda, że seriali, w dzisiejszym pojęciu, wtedy nie było, ale takiej nauki pokory wobec tego, tak cholernie trudnego i pięknego zawodu dzisiaj nie uświadczysz.

To prawda, że wówczas status aktora, pisarza, intelektualisty, był wyjątkowy. Cenny był sam fakt posiadania wiedzy i umiejętności.

Dziś… No cóż, „ryba psuje się od głowy”. Świat pędzi do przodu, urzędnicy, producenci, scenarzyści, w większości przypadków, chcą jak najszybciej zarobić… Reszta Świata też… Ale aktorzy (i nie tylko) mają tam Związki Zawodowe, które dbają o jakość pracy. Jeśli chce się zatrudnić, za mniejsze pieniądze nie – zawodowca, płaci się związkowi zawodowemu różnicę sumy, którą producent musiałby zapłacić zawodowemu aktorowi. Tracę wiarę, że w naszym kraju kiedyś tak będzie.

Ale najbardziej boli „powierzchowność” w budowaniu postaci. I nie jest to zwykle wina aktora. Tak krawiec kraje… Kreuje się „Łatwe Gwiazdy”, które potem, jeśli poczują się zbyt pewnie i spróbują „negocjować”, można „wymazać gumką myszką” i powołać „do życia” następne.

A jeśli aktor już uzyskał status „gwiazdy”, dochrapał się „wizerunku” trzyma się go kurczowo, boi się zaryzykować, bo, a nuż się nie uda i straci, to co ma! Nasza „medialna rzeczywistość” ogranicza poszukiwania do „research’u” w sprowadzanych i sprawdzonych za granicą formatach. A nie na tym przecież opiera się istota sztuki! Opiera się na poszukiwaniach!

Kończą swój żywot teatry zespołowe, repertuarowe. A tam właśnie jest na to miejsce! Spektakl, film stają się „użyteczną publicystyką”, w służbie władzy i urzędników. Jaka by ta władza nie była.

W większości amerykańskich, filmowych, wielkich produkcji jest miejsce i szansa dla debiutanta. Na ryzyko! Mimo, że wielu reżyserów ma swoich ukochanych aktorów, bez których nie wyobrażają sobie swojego kolejnego filmu.

Al Pacino, John Malkowich, kiedy nie grają w filmach, grają w teatrze. Nie muszą. Są milionerami. Grają dla higieny. Żeby nie zapomnieć. Bo to Teatr, tak naprawdę, weryfikuje klasę aktora. I ci WIELCY o tym wiedzą. To dowód ich wielkiej pokory dla zawodu, który wykonują. Zostawiają ego w kulisach. Medialnie w politykę angażują się tylko ci, którzy CHCĄ. A w wywiadach opowiadają o swoim zawodzie! Są WOLNI I NIEZALEŻNI! NA PEWNO BARDZIEJ!

W odżywianiu walczymy o zdrową żywność, nie zgadzamy się na GMO, wracamy do naturalnych produktów, bo coraz bardziej zdajemy sobie sprawę, że są najbardziej wartościowe. A w „życiu publicznym”, w kulturze dajemy sobie wciskać „Fast – Foody”! Tak, tak, to już towarzysze Marks i Engels ujęli dość precyzyjnie tę zasadę. Ja uproszczę ich myśl: najpierw brzuch, potem duch”. Tylko, że wszędzie i ciągle mówi się wyłącznie o „brzuchu”. A co z duchem? Narząd nieużywany zanika. Nazywa się, to, zdaje się, atrofia. Czyżby komuś na tym zależało? Nie odkryję niczego nowego mówiąc, że nad „brzuchem” łatwiej zapanować. Ogłupić i kazać „biec za marchewką”.

A kolejne pokolenia „wchodzą” do zawodu (bo o tym przecież dzisiaj piszę) z coraz bardziej kalekim poczuciem człowieczeństwa i piękna. Coraz bardziej powierzchownym i nijakim. Z estetyką, która kończy się i zaczyna na „stylizacji na ściankę”.

Zagonieni, siedzimy w „schronach” i powoli zaczynamy wierzyć w to, że słońce jest nam do niczego niepotrzebne. Potem uwierzymy, że zabija, aż wreszcie zapomnimy o tym, że w ogóle istnieje.
https://www.facebook.com/grzegorz.pawlak.526/posts/1150994931619174


#teatr