Aktorstwo sięga dna

Aktorstwo sięga dna – o tym jak polscy aktorzy filmowi nieudolnie naśladują amerykańskich, a amerykańscy siebie samych z lepszych czasów.

 

Aktorstwo sięga dnaAktorstwo jest dziedziną sztuki, która interesowała mnie odkąd rozpocząłem studia i odkąd w trakcie zajęć „współpraca z aktorem” na pierwszym roku reżyserii, zamiast pozwalać nieopierzonym adeptom reżyserskiego fachu znęcać się nad aktorami, moi wspaniali profesorzy, Janusz Kondratiuk i Tomasz Lengren, kazali nam obsadzić kolegów reżyserów z roku w krótkim ustępie „Mistrza i Małgorzaty, który każdy z nas miał reżyserować.

Dzięki temu przebłyskowi geniuszu moich profesorów poczułem na własnej skórze, jak to jest być reżyserowanym i czego aktor potrzebuje. Dzięki temu naumiałem się w zasadzie wszystkiego o reżyserowaniu aktora, co było potrzebne i ponoć uchodzę za reżysera, który potrafi pracować z aktorem.

Ale nie o tym chciałem dzisiaj, lecz o tym, że byłem wczoraj po raz pierwszy od bardzo dawna w kinie. Nie ważne na czym, bo nie o tym tu będzie.

Pomijam fakt, że seans zaczyna się z pół godziny po wyznaczonym czasie, bo najpierw trzeba zatłuc widza głupkowatymi reklamami w których aktorzy znani z kolorowych czasopism próbują mi sprzedać sardynki w oliwie, albo tuńczyka w sosie własnym, niestety nie skumbrie w tomacie.

Po tym jednak przyszedł czas na coś jeszcze gorszego – trailery nadchodzących filmów. W tych polskich poraziło mnie przede wszystkim to, że polscy reżyserzy i operatorzy próbowali, żeby wszystko wyglądało jak w amerykańskim filmie. To co prawda nie najgorszy wzór i trudno – jeśli nie potrafią poszukać własnego języka, to niech przynajmniej obraz wygląda pierwszorzędnie (niestety nielicznym się to udaje, bo do tego potrzeba więcej kasy, niż jest w kinie polskim)

To, co jednak najbardziej walnęło mnie w splot słoneczny i omal nie strąciło mnie z fotela, to polscy aktorzy, którzy w tych kopiach amerykańskiego kina, próbowali naśladować swoich amerykańskich kolegów. I nie byłoby to nawet takie złe, bo przecież amerykańska szkoła aktorska razem z rosyjską są najlepsze na świecie, ale tam chodzi o metodę, a moi drodzy koledzy aktorzy polscy tej metody nie znają, bo nigdy nie byli  jej uczeni (o braku jakiejkolwiek metody w obecnym szkoleniu polskich aktorów napiszę innym razem) więc próbują przenieść na ekran jedynie zewnętrzny sznyt swoich amerykańskich pierwowzorów. I wychodzi z tego niezła miazga, bo w efekcie mamy kilku (przeważnie tych samych) kolesi, którzy tłuką się między ramkami paraamerykańskich obrazów i z większą, lub mniejszą intensywnością i z większym lub mniejszym przekonaniem wypowiadają dialogi pisane na wzór tych amerykańskich, pozostając równocześnie absolutnie pustymi w środku.

Najgorsze chyba jednak jest to, że te papierowe figurki dosłownie przed chwilą próbowały mi wcisnąć puszkę sardynek, albo niechciany kredyt z tą samą intensywnością, lub raczej jej brakiem.

Po takim pokazie, czym jest aktorstwo naprawdę miałem ochotę wyjść już z kina i nie wracać tam nigdy więcej, ale pomyślałem, że film jest amerykański, więc może złagodzi moje boleści.

Nie mogłem mylić się bardziej, albowiem aktorstwo, którym poraziła mnie główna postać w tej hollywoodzkiej superprodukcji było kopią samego siebie sprzed 20 lat.

Fakt, że fabuła była tak cienka, że zastanawiałem się, czy nie napisał jej przypadkiem jakiś samoalgorytmujący się program komputerowy i służyła jedynie jako pauza między coraz to mniej prawdopodobnymi pościgami i bijatykami, ale jak się już bierze kilka milionów dolców za rolę, to można by przynajmniej od gwiazdy wymagać, żeby wierzyła w to, co mówi.

Po takiej dozie „aktorstwa” w wydaniach polskim i amerykańskim wyszedłem z kina z wielką wdzięcznością, że pracuję w teatrze.

Amen.


#aktorstwo