Aktorzy – ulubieńcy władzy

„Aktorzy – ulubieńcy władzy” to kilka słów w temacie wywiadu z Olgierdem Łukaszewiczem pt. „Każdy władca ma swoich ulubieńców” o ludziach sztuki i polityce.

 

Aktorzy ulubieńcy władzyZ całym szacunkiem, ale uważam, że Pan Łukaszewicz wykazuje zbyt idealistyczne podejście, niż wskazuje na to rzeczywistość.

Smutna prawda jest taka, że nie tylko każda władza ma swoich ulubieńców, ale że i wśród artystów znajdą się zdrajcy, wazeliniarze i inni ludzie bez kręgosłupa.

Aktorzy wcale w tej mierze nie różnią się od innych i są tak samo podatni na korupcje i benefity płynące z podlizywania się władzy.

Nie jeden dyrektor teatru publicznego w Polsce zawdzięcza dokładnie, jak za komuny swoje stanowisko przyjaźni z odpowiednią partią, a aktorzy – dyrektorzy wydają się w tym przodować – być może dlatego, że nie mają żadnych innych kompetencji, które kwalifikowałyby ich na takie stanowisko, ale może wyciągam zbyt daleko idące wnioski.

Faktem natomiast jest, że podlizywanie się władzy przez artystów zazwyczaj źle się kończy, albowiem władza ma to do siebie, że się zmienia i trzeba być niezwykłym lawirantem, żeby utrzymać się przy korycie niezależnie od zmieniających się wiatrów. Casus Tomasza Karolaka jest ostatnio doskonałym przykładem.

Rację ma natomiast Pan Łukaszewicz w tym, że za Ministra Dąbrowskiego kultura miała się o niebo lepiej, niż za rządów grabarzy polskiej kultury, czyli PO.

A co do prawicowości, czy lewicowości, mogę tylko zwrócić uwagę na to, że czym innym są hasła wyborcze i ideologia, a czym innym polityka realna, a w tej ostatniej okazuje się, że nasze prawe skrzydło w sejmie jest bardziej na lewo od szwedzkich socjaldemokratów, a to nie znaczy mało.

amen

 

Olgierd Łukaszewicz: Każdy władca ma swoich ulubieńców.

– Aktorzy też są obywatelami. Każdy z nas ma prawo mieć swoje własne poglądy, swoją wrażliwość obywatelską i swoje wyobrażenie o państwie. Swoje wyobrażenie o sytuacji środowiska czy wreszcie o swojej własnej – rozmowa z Olgierdem Łukaszewiczem.

«- Ja nie mam żalu do Jerzego – przekonuje prezes ZASP Olgierd Łukaszewicz, którego wkręcony przez Kubę Wojewódzkiego Jerzy Zelnik chciał wysłać na wcześniejszą emeryturę. Ta historia to pretekst do rozmowy o politycznych podziałach wśród aktorów. Czy bywa, że politycy chcą się ogrzać w blasku ich sławy? Co się dzieje na styku polityki i kultury? I wreszcie: czy osobiste sympatie polityczne mają wpływ na relacje między aktorami popierającym różne partie? O to wszystko pytamy Łukaszewicza.

Angelika Swoboda: Jakie są obecnie pana relacje z Jerzym Zelnikiem?

Olgierd Łukaszewicz: – Rozmawialiśmy raz spokojnie, parę dni po doniesieniach medialnych. Poprosiłem go jednak, żeby w podobnych rozmowach nie wymieniał nazwisk. Nie, ja nie mam żalu do Jerzego. Wie pani, znamy się od lat. Martwi mnie tylko, że nie zwrócił się do mnie od razu, kiedy zaproponowano mu rolę eksperta. Miał przecież wrażenie, że bądź co bądź, rozmawia z Kancelarią Prezydenta. Chciałbym też, żeby w poważnej rozmowie nie używał formy „Olek”. Mam na afiszu imię Olgierd. Żartuję… Sprawa emerytur dla artystów to ważny i dramatyczny problem.

I nie ma między panami żadnej wrogości?

– Żadnej! Na niedawnym otwarciu Muzeum Katyńskiego poprosiłem Jurka, by stanął koło mnie. Mimo że wcześniej tysiące ludzi widziały nas w debacie, podczas której zajęliśmy przeciwne pozycje – on agitował za Andrzejem Dudą, a ja – za Bronisławem Komorowskim.

Podziały polityczne wśród aktorów naprawdę nie psują atmosfery w środowisku?

– Skąd! Na premierach czy spotkaniach kłaniamy się sobie i zupełnie normalnie ze sobą rozmawiamy. Proszę pani, oby politycy z nas brali przykład! Miałem okazję przyglądać się zza kulis debacie Roberta Biedronia z Jackiem Kurskim. W garderobie się z nimi przywitałem, spokojna rozmowa. Wchodzą panowie przed kamerę i pan Kurski zaczyna strzelać w pana Biedronia. Po debacie mówię do pana Kurskiego: „Pan ma dwóję”, a do pana Biedronia: „A pan ma pięć”. Można mieć inne poglądy, ale, na litość boską, emocje trzeba powstrzymywać!

Aktorzy je powstrzymują?

– Na scenie muszą się kontaktować, patrzeć sobie w oczy. Opowiadać czyjś los, wchodzić w założone relacje. Nawet jak na siebie nakrzyczymy, to wiemy, że to była tylko gra. I to się przenosi poza scenę.

W tym zawodzie emocje poskromić po prostu łatwiej?

– Myślę, że tak. Bo my aktorzy uczymy się obchodzić z własnymi emocjami. Wiemy, jak je wzbudzać i poskramiać. Wiemy też, co zostaje po wybuchu.

Zawsze tak było?

– Pewną wrogość, takie najeżenie przeżyliśmy w stanie wojennym w czasie tzw. bojkotu wobec tych, którzy ten bojkot łamali. Powstała nawet lista nazwisk tych osób, ale to była specyficzna sytuacja polityczna. Choć – wie pani – plotkuje się tak czy inaczej. Np. gdy chodziłem do premiera Leszka Millera, by powstał Instytut Teatralny czy żeby ratować Dom Artystów Weteranów w Skolimowie, to była frakcja, która mnie nazywała czerwonym.

Sympatyzował pan z SLD?

– Nie ukrywam, że nam, aktorom, najwięcej pomógł minister SLD Waldemar Dąbrowski. Znał się na naszych problemach. Mam odczucie, że Platforma była formacją, za rządów której pomóc kulturze się często nie dało. Wielokrotnie zwracaliśmy się np. o zrobienie badań sytuacji artystów. Ale… o to też się zwracałem do prezydenta Kaczyńskiego i stąd moja ówczesna obecność w spocie popierającym go w kampanii. Wie pani, że sam napisałem treść tego spotu? Zresztą śp. Lech Kaczyński jako prezydent Warszawy bardzo sprzyjał teatrom i poparcie go w wyborach wydawało mi się logiczne. Gdy wygrał, pisałem pisma, by przeanalizować sytuację aktorów, bo ze statusem tego zawodu w Polsce ewidentnie stało się coś złego. Ale nie zostałem przyjęty. Dostałem prztyczka w nos.

Czyli, mimo poparcia, nie mógł pan liczyć na jakieś względy dla środowiska?

– No nie mogłem.

Czuł się pan wtedy nieco wykorzystany?

– Tak. Udzieliłem nawet wtedy kilku wywiadów, w których zaznaczałem, że nie jestem związany z PiS. Bo zaczęto mnie tak postrzegać, a ja po prostu załatwiałem pewne sprawy dla polskiej kultury. Ale nie zostałem wysłuchany.

Czasem mnie krew zalewa i muszę się w coś włączyć. Właśnie to jest powód, dla którego czasem aktorzy mieszają się do polityki. Ja jednak nie wchodzę w politykę, żeby zająć funkcję bardzo zaangażowanego agitatora. Jak Jerzy chociażby. Nie przemawiam na konwencjach partii. Moim zdaniem Jerzy dalece się udziela i nie ma to porównania z poparciem, jakiego udzielałem ja, Wojciech Pszoniak czy Andrzej Grabowski.

Niemniej oficjalnie poparł pan w ostatnich wyborach Bronisława Komorowskiego.

– Udzieliłem poparcia Platformie, bo była klarowną, spokojną partią. Prezydent Komorowski był racjonalny w swoim traktowaniu konstytucji. Dałem więc wsparcie stabilności. Pokazywał model prezydentury, który nie wchodzi w bezpośredni spór z rządem i to mnie uspokajało. Jak każdy i ja mam też różne sympatie polityczne. Wie pani, nie chciałbym żyć w kraju fałszywych oskarżeń, preparowanych dokumentów. Czuję też na sobie odpowiedzialność za ludzi, którzy mają dziś po 30, 40 lat. Za ich sytuację życiową w wymarzonym, wolnym kraju.

Bywa, że politycy chcą się ogrzać w blasku popularności jakiegoś aktora?

– Cóż, każdy władca ma swoich ulubieńców, zawsze tak było. Jakie były w środowisku żale, że prezydent Komorowski najpierw odwiedził Imkę Tomasza Karolaka. Że poszedł do teatru prywatnego, a nie do publicznego, chociażby Narodowego. Taki gest od razu powoduje nadinterpretację, że będą się już tylko liczyły teatry prywatne, a on prawdopodobnie w ogóle tego nie miał na myśli.

Można, dzięki poparciu jakiegoś polityka, lepiej funkcjonować w zawodzie?

– Nie wiem. I nie mogę nikogo osądzać. Ale też nie widzę jakichś szczególnych pieszczochów takiej czy innej władzy. Chociaż różni producenci muszą przedstawić listę z obsadą i bywa, że decyzja o dofinansowaniu filmu zapada zależnie od tego, czy ktoś będzie obsadzony bądź nie.

Czy aktorzy czasem umizgują się do polityków? Podlizują się?

– Nie, nie określiłbym tego tak. Na etapie kampanii wyborczej nie idziemy na lep jakiejkolwiek obietnicy. Ani nie stawiamy warunków. Za to często inne środowiska kultury wypychają nas do przodu, np. dziennikarze. Tak jak to było chociażby podczas walki o 50 proc. kosztów uzyskania. Wykorzystuje się wtedy medialność naszych twarzy, to, że potrafimy zwrócić uwagę na jakiś problem, nagłośnić go.

A politycy wykorzystują aktorów?

– Ja oceniam to tak: aktorzy też są obywatelami. Każdy z nas ma prawo mieć swoje własne poglądy, swoją wrażliwość obywatelską i swoje wyobrażenie o państwie. Swoje wyobrażenie o sytuacji środowiska czy wreszcie o swojej własnej, która jest jakąś pochodną sytuacji politycznej.

Nie umawiamy się, że teraz wszyscy popieramy np. Komorowskiego. Mimo że politycy do nas piszą. Pamiętam jak pierwszy raz zostałem prezesem, to dostałem mnóstwo gratulacji z różnych ugrupowań. Z kolei czasie kampanii wyborczej była łaskawa nas odwiedzić pani premier Kopacz. Spotkanie odbyło się w Domu Artystów Weteranów w Skolimowie. Nagle wstały dwie młode dziewczyny, aktorki i powiedziały: „Pani premier, nas nigdy nie będzie stać na ten dom, ponieważ nie stać nas na płacenie składek emerytalnych. Jesteśmy ubezpieczone przez naszych partnerów”. Premier wykazała olbrzymią troskę, natychmiast zaczęła robić notatki. Spotkanie odbyło się w przyjacielskiej atmosferze, na razie jednak brak konkretów.

Udaje się wam czasem coś wywalczyć?

– Jako ZASP jesteśmy stowarzyszeniem ponadpartyjnym. Pertraktujemy jednak z każdą grupą polityczną. Tak się działo za rządów SLD, kiedy trzeba było bronić polskiej kultury przed ovatowaniem. Wtedy budowaliśmy koalicję, jak normalna lobbingowa grupa. Musieliśmy zaproponować swoje zapisy ustawowe, jak lobbingowcy, naprawdę. Działaliśmy jednak w imię interesu społecznego, a nie dla personalnych korzyści. Wtedy pomógł PiS.

Poparłby pan dziś jakiegoś polityka?

– Proszę pani, tu na tym stole znajdują się też różne pisma z prośbami o poparcie w ostatnich wyborach.

I jak pan na nie odpowiada?

– Lepiej niech mnie pani zapyta, na kogo głosowałem. To powiem, że głosowałem zgodnie ze swoim sumieniem i naiwnością jednocześnie. Bo ja głosowałem za Piotrem Ikonowiczem, którego poznałem we wspólnej akcji ratowania rolnika będącego w więzach banku i lombardzisty z akceptacją prokuratury i sądu. Nie podoba mi się taka Polska. Jak pani słyszy, głos mi zaczyna sztywnieć, gdy o tym mówię.

Pomagałem też pani Sienkiewicz, mamie bliźniaków. Piszę w ich sprawie pisma po polityków i powstaje opinia, że działam na krawędzi polityki. A ja proszę o klarowne stanowisko w czyjejś sprawie. Tymczasem do dziś, od 3 lipca nie ma stanowiska pani Ewy Kopacz w tej sprawie.

Gdybym miał się z kimś zbliżać, to tylko w imię sprawiedliwości społecznej. Poparłbym kogoś, kto walczyłby o budowę mieszkań dla klasy średniej. Dla inteligencji, która jest w Polsce poszkodowana. Takie mieszkania powinny budować miasta i wynajmować je po kosztach. W sumie, widzi pani, to ja mam poglądy bardzo lewicowe. Nie rozumiem, dlaczego za prawicowego uznajemy tego, kto czuje się związany z nauczaniem Kościoła. Przecież Ewangelia stoi po stronie biednego, a nie banku.»