Artyści będą przymierać głodem

Artyści będą przymierać głodem – państwo wyrzuciło twórców poza system Nawet jeśli oni sobie na tym marginesie poradzą to prawdziwy kłopot przyjdzie, kiedy się zestarzeją i zniedołężnieją.


Obecny system ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych jest tak chory, że dochodzi do absurdu, kiedy artyści jedynie są ubezpieczeni, kiedy są zarejestrowani jako bezrobotni.

Równocześnie poprzednia, oświecona władza zrobiła zamach na jeden z niewielu przywilejów, jaki mieli artyści pod postacią 50% kosztów uzysku. Tłumaczyli to oczywiście tym, że zabierali tylko najbogatszym, ale prawda jest taka, że w wolnych zawodach najczęściej jest tak, że czasami trafia się dobry rok, a potem przez wiele lat często jest bardzo chudo.

Ten artykuł w znakomity sposób opisuje rzeczywistość w jakiej musza w Polsce żyć artyści i polecam go w całości nie tylko twórcom, ale także tym, którzy chcieliby dowiedzieć się odrobinę więcej o tym, jak w naszym mlekiem i miodem płynącym kraju żyje się artystom.

 

Artyści będą przymierać głodem

 

Wyrzuceni poza system emerytalny. Artyści na starość będą przymierać głodem

Wyrzuciliśmy twórców poza system emerytalny, ale oni sobie na tym marginesie poradzą. Kłopoty zaczną się, kiedy się zestarzeją i zniedołężnieją.

Dokąd będę zdrów na umyśle, będę pracował. A jak zachoruję na alzheimera, to nie będę się przecież martwił – mówi Andrzej Ballo, scenarzysta, muzyk, dramaturg i poeta. W każdej z wykonywanych profesji – freelancer. Modelowy przedstawiciel rzeszy ludzi wolnych zawodów, tych wszystkich literatów, dziennikarzy, fotografików, plastyków i muzyków, którzy muszą się nagimnastykować, żeby jakoś przeżyć i jeszcze sobie pożyć. Ballo, jak wszyscy, żyje od zlecenia do zlecenia. Bez etatu, bez płacenia składek, bez stabilności i bez zabezpieczenia na przyszłość.

I co w tym nowego? O grupie dwóch milionów ludzi pracujących na umowach śmieciowych zapisano już tyle papieru, że drzewa Puszczy Amazońskiej (i Białowieskiej też) drżą na dźwięk słów freelancerzy i Polska. Nad ich ciężką dolą pochylają się mądre głowy, w trosce o ich przyszłość rząd ozusowuje, co się da, a Inspekcja Pracy prowadzi wzmożone kontrole. Z epoki, kiedy modne było samozatrudnienie, a praca w roli wolnego strzelca jeszcze bardziej, przeszliśmy do czasów, w których próbuje się uporządkować zdziczały rynek pracy. Jednak wśród tych wszystkich śmieciobiorców jest grupa niezauważana i niedoceniana. Z którą nie ma sensu się liczyć, bo nie stanowi wielkiej siły politycznej, poza tym łatwo ją zdeceprecjonować i wyśmiać. To ci wszyscy „artyści” właśnie.

Poza tym przecież to normalne, że artysta przymiera głodem. Wtedy jest bardziej kreatywny. Nie bierze się w ogóle pod uwagę, że taki stosunek do tych grup zawodowych rodzi patologie, także przy rozdziale publicznych pieniędzy. A także, że za pół pokolenia będziemy mieli kilkusettysięczny problem w postaci starych, schorowanych ludzi bez prawa do emerytury, bez jakiegokolwiek zabezpieczenia socjalnego.

Spotkamy się w Tajlandii

Doktor Mikołaj Iwański, filozof i ekonomista, który na szczecińskiej Akademii Sztuki prowadzi zajęcia z rynkowych i społecznych uwarunkowań sztuki, irytuje się, kiedy słyszy frazę o głodnych artystach. – Czemu nikt nie mówi o głodnych policjantach, oni też będą bardziej kreatywni, kiedy odbierze się im środki do życia – ripostuje. I mówi, że kondycję polskich artystów utrwaliła teoria klasy kreatywnej ukuta pod koniec lat 90. XX w. w Wielkiej Brytanii. Ów sektor kreatywny, bazujący na 3T (talent, tolerancja, technologia), miał zastąpić kurczący się przemysł i dać nowe miejsca pracy. Ale to, co może zadziałać w bogatszych krajach, u nas stało się pretekstem do stworzenia kasty artystycznych pariasów. – Komercja ze sztuką niekoniecznie idą w parze – komentuje dr Iwański.

Na to, żeby być artystą, stać albo bogatych, niekoniecznie utalentowanych. Albo bardzo zdesperowanych. Lub spryciarzy, którzy potrafią przez słomkę wyssać nektar stypendialno-grantowy. Ale nawet jeśli nauczą się, jak korzystać z systemu, który zresztą nie jest hojny, zamiast tworzyć, biegają za pieniędzmi, wypełniają druki, piszą projekty. Ich treść jest często nakierowana na target jurorski – raz dobrze widziane są performancey pod hasłem wiwat geje i lesbijki, wstydźcie się brzydcy Polacy, innym razem dofinansowanie można dostać za żołnierzy wyklętych.

Małgorzata Goliszewska po Akademii Sztuki w Szczecinie jest artystką wizualną, od 7 lat żyje ze sztuki i filmu. Tak naprawdę żyje ze stypendiów, nagród i grantów, bo to, co robi, trudno skomercjalizować. Ma też bezpłatny staż na macierzystej uczelni – jako asystentka. I marzenie, że dostanie tam kiedyś etat, bo bez jakiejś choćby mikrej stabilizacji nie wyobraża sobie założenia rodziny. No i mając choćby skromny etat, mogłaby spokojnie tworzyć, bez paniki. – Dla studentów to normalne, że są biedni. Ja bardzo się starałam podczas nauki nie dlatego, że jestem typem kujona, ale celowałam w stypendium rektorskie za wyniki – zdradza. Teraz jej sytuacja niewiele się zmieniła: ciągle sprawdza, gdzie może się zgłosić, żeby zarobić trochę kasy. Przyznaje, że warto jest się zakręcić, bo im więcej nagród i grantów, tym łatwiej o kolejne.

Takich osób jak ona jest mnóstwo. Część idzie do korporacji, porzucają marzenia o sztuce i harują po kilkanaście godzin dziennie, np. w reklamie. Ale i ci najczęściej robią na freelansie. Jest trochę komercyjnego zajęcia przy produkcji filmów, przy projektowaniu książek – ale to mały rynek, wielka konkurencja. Ci, którzy wytrwali, jakoś się wylansowali, także mają problem z utrzymaniem. Bo to taka twórczość, w którą najpierw trzeba włożyć – weźmy malarza: blejtramy i farby są drogie, jeszcze droższa jest rzeźba, więc już nie ma niemal rzeźbiarzy, taniej wychodzi film, ale tutaj pojawia się kwestia sprzętu i postprodukcji. A ile można zarobić? Dr Iwański daje krótki cennik: według Porozumienia o minimalnych wynagrodzeniach dla artystów zawartego przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej (jeśli galeria płaci), to za wystawę indywidualną można dostać w porywach do 3,7 tys. zł brutto. Za udział w zbiorowej – 700–900 zł brutto. Ale zanim zaczną płacić za wystawy, trzeba się umieć sprzedać – artysta i jego dzieła to tylko półprodukt, muszą nabrać wartości rynkowej i symbolicznej. A Polska to nie Stany, system stypendialny mamy marny, artyści menedżerów nie zatrudniają, a instytucje państwowe, które mają wspomagać sztukę, niezależnie od panującej aktualnie władzy są udzielnymi księstwami, gdzie dyrektor monarcha często rozdziela łaski i apanaże.

Małgorzata Goliszewska nie wie nawet, czy jest ubezpieczona, czy odkłada jakieś składki zdrowotne i emerytalne. Stara się nie myśleć o takich strasznych rzeczach jak starość czy choroba. – Jestem optymistką – mówi o sobie. Jak się zaczyna bać, pociesza się, że ma własnościowe mieszkanie. I jak już będzie źle, wynajmie je i wyjedzie, gdzieś do Tajlandii albo Kambodży, gdzie życie jest tanie. I za równowartość 1 tys. zł miesięcznie będzie mogła i żyć, i tworzyć.

Psucie rynku

Wszyscy moi rozmówcy rozważali bądź rozważają tę opcję – wyjazd. I każdy na własną rękę robi ranking: kto ma najgorzej. – Niezależni artyści wizualni są w opłakanej sytuacji, gorzej mają chyba tylko poeci – uważa dr Iwański. Literaci, dziennikarze też są w dołku: piszą, nikt nie chce czytać. A fotografowie? Odkąd każdy ma w kieszeni smartfona, stracili rację bytu. Narzekają także muzycy. Ci filharmonijni (zwykle na mikroetacie) zazdroszczą rozrywkowym, bo tamci przynajmniej mogą pochałturzyć. Wszyscy mówią o jednym: makabrycznie popsutym rynku. Gdzie wyrzucono twórców z etatów i z roku na rok obniża się stawki.

Robert Ziębiński, dziennikarz kulturalny, pisarz, twórca portalu (nie całkiem) kulturalnego Dzika Banda, opowiada: od 2008 r. stawki w papierze poleciały o 50 proc. w dół. Za duży, analityczny tekst, za który wcześniej płacono 2 tys. zł, dziś można dostać 700. Internet, do którego przeszli czytelnicy i reklamy, nie lubi płacić – zastępy dzieciaków napiszą za darmo, za bilet do kina, za wpis do CV. A jeśli już płaci, to oszczędnie: portale specjalistyczne dają 60 zł za tekst na 3,5 tys. znaków, do 250 zł za poważne tekścidło. Duże portale podniosły stawki – do 500 zł. – Kiedyś dzwoni babka z jednej z największych agencji reklamowych w Europie. Potrzebuje na już dla klienta, którego skasowali na pierdyliard dolarów, kilku tekstów na stronę internetową, bo tuż przed świętami wprowadzali nową markę. Pyta, ile za to sobie życzę. Ja, że 4 tys. zł. Ona, że może zapłacić 600 zł – opowiada Ziębiński. Mówi, że wziął to zlecenie, bo miał już napisane teksty na ten temat w archiwum w komputerze. I zwyczajnie poprzeklejał. Ale do dziś żałuje. – Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jeśli nie ty, to zawsze znajdzie się ktoś, kto to zrobi – mówi. I dodaje ze śmiechem, że na przelew czekał cztery miesiące.

Efekt jest taki, że twórcy są coraz biedniejsi, a jakość tekstów coraz gorsza. Krytycy sztuki de facto nie istnieją, zamiast recenzji książek umieszcza się pisane niepoprawną polszczyzną wpisy blogerek, które uwierzyły, że potrafią. Tego nie da się już zatrzymać. Świat się zmienia. Kiedyś, w epoce kina niemego, goście grający na fortepianach mieli dobrą fuchę, przygrywając w kinach. Wraz z nadejściem udźwiękowienia stracili robotę, a wraz z nimi aktorzy, którzy nie mieli głosu. Telewizja zmieniła układ sił, deklasując radio, płyty CD i DVD wyparły kasety VHS, aby zostać wysłane do lamusa przez kanały VoD i streaming. Każda rewolucja technologiczna ma swoje ofiary. Teraz też ludzie się przebranżawiają, próbują być elastyczni. Tyle że w naszych warunkach jest to trudne. Z powodu zepsutego rynku i stawek, jakie na nim rządzą. Ale także z powodu patologii systemu wsparcia instytucjonalnego. Kolejną kwestią jest pięknoduchostwo twórców, którzy wierzą, że jakoś to będzie…..

Mira Suchodolska 26.02.2017

czytaj dalej:
http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/1022310,


#artysci

Leave a Reply