Artyści – gołodupcy

Artyści – gołodupcy to świetny artykuł o sytuacji ekonomicznej artystów w Polsce pt. „Jesteś artystą? Współczuję”

 

Artyści gołodupcyPoniższy artykuł skupia się na artystach plastykach, ale prawda jest taka, że jest on również doskonałym zobrazowaniem prawie wszystkich twórców pracujących w tak zwanych wolnych zawodach.

Brak jakiegokolwiek sensownego rozwiązania ubezpieczeniowego powoduje często takie absurdalne sytuacje, że kiedy twórca nie pracuje, zapisuje się do Urzędu Pracy, żeby przynajmniej mieć ubezpieczenie chorobowe, a kiedy dostanie jakieś zlecenie na umowę o dzieło i musi się wyrejestrować z Urzędu, a jego umowa nie zapewnia mu ubezpieczenia, więc pozostaje tym samym kompletnie bez opieki medycznej, właśnie wtedy, kiedy pracuje.

Dodatkowe zakusy rządzących, na jedyny przywilej jakim jest 50% kosztów uzyskania przychodu, powodują, że nawet ta jedyna forma ulgi podatkowej, która ma właśnie za zadanie uwzględnienia niezwykle wysokich kosztów uzyskania pracy przez artystę, zostanie nam zabrana.

A 8 lat liberalnych rządów, których ideologia sprowadzała się do tego, że niewidzialna ręka rynku załatwi sama wszystko spowodowały, że wielu artystów żyje poniżej absolutnego minimum egzystencji, czyli w skrajnej biedzie.

I w ten oto sposób nasi mądrzy grabarze kultury doprowadzili to kompletnego upadku kultury w naszym kraju, a przecież naród bez własnej kultury, to jedynie stado gęsi.

Amen.

 

 

Jesteś artystą? Współczuję

Paweł Strawiński Dziennikarz Onetu, Biznes.pl i Forbesa

Wielu z nich żyje poniżej minimum socjalnego, nie mają ubezpieczeń ani emerytur. Żeby się utrzymać, czasem smażą hamburgery albo pilnują samochodów na parkingach. Witajcie w świecie polskich artystów.

Jest ich coraz więcej. Zarabiają coraz mniej, a wielu z nich żyje poniżej minimum socjalnego. Żeby przeżyć z dnia na dzień i móc tworzyć, artyści muszą się podejmować różnych zajęć, często niezwiązanych ze swoim zawodem. – W Polsce prawdopodobieństwo utrzymania się z malarstwa jest jak wygranie w lotto. Niestety nie można być tylko artystą – mówi Klara Cicha z łódzkiej ASP. – Ja kiedyś odpakowywałam długopisy z folii, było ich kilka tysięcy, moi znajomi malują twarze dzieciom na festynach, smażą hamburgery w McDonald’sie, zbierają tulipany w Holandii, stróżują w budce na parkingu, tatuują, robią jakieś renowacje w kościołach czy dają lekcje malowania – wylicza. Z czegoś muszą przecież opłacać rachunki i kupować materiały.

W dobie kryzysu, gdy liczą się twarde kwalifikacje z kierunków technicznych, można się było przyzwyczaić, że absolwentów uczeni artystycznych w rankingach wynagrodzeń zawsze należy szukać na dole tabeli. Zaskakiwać może jednak to, że problem słabych zarobków dotyczy nawet dojrzałych i znanych artystów, których nazwiska z łatwością odnajdziemy w encyklopediach. W ich przypadku szczególnie dokuczliwy jest brak ubezpieczeń i emerytur. – Ja się nie boję, mogę być na przykład stróżem na parkingu na starość, jak długo będę mógł, ale może jacyś koledzy bardziej delikatni… mogliby wymięknąć – mówił na spotkaniu Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej Zbigniew Libera, jeden z najbardziej uznanych polskich artystów, wystawiany od Nowego Jorku po Moskwę.

Chociaż każdy marzy o wielkiej karierze, zachwycie krytyków, tysiącach na koncie, a oczami wyobraźni widzi swoje dzieła na aukcjach Sotheby’s, taki sukces jest jednak przeznaczony garstce, którą wybierze rynek. – Mówi się o „okrutnej ekonomii sztuki”, w której – jak w sporcie – zwycięzca bierze wszystko. To znaczy, że istnieje bardzo wąska grupa dobrze zarabiających artystów, w Polsce – kilku, oraz cała rzesza zarabiających słabo, chociaż wcale nie mniej uznanych – tłumaczy Karol Sienkiewicz, krytyk sztuki i jeden z organizatorów strajku środowisk twórczych, który odbył się w maju. Przytłaczająca większość artystów głowi się nad tym jak zapłacić bieżące rachunki. Tymczasem w branży robi się tłok. Żeby tylko móc się pokazać, wielu młodych artystów obniża stawki, tym samym biorąc udział w „wyścigu na dno”. Twórcy za wszelką cenę chcą się wybić, a to paradoksalnie działa na ich niekorzyść. – Młode osoby często wolą sprzedać taniej obraz, niż nie sprzedać go wcale, w ten sposób robią krzywdę i sobie, i innym artystom, których wartość obrazów jest automatycznie zaniżana – opowiada Klara.

Ale nawet jeśli już komuś uda dostać się do obiegu, a jego nazwisko robi się znane, sytuacja nie musi wcale ulec znacznej poprawie. Również i na tym poziomie naturalna ambicja może się wydawać przyczyną finansowego dołka. – Wiele prestiżowych instytucji w Polsce stara się pozyskiwać prace od artystów po jak najniższej cenie, a artyści chcąc być w dobrych kolekcjach, zmuszeni są się na to godzić – mówi Karol Radziszewski, uznany artysta młodego pokolenia i laureat Paszportu Polityki. – Powszechna jest praktyka, że większość instytucji sztuki i galerii nie płaci artystom za ich pracę lub płaci niewspółmiernie mało do nakładu pracy i kosztów jakie muszą ponieść przy realizacji wystaw, prac, czy projektów – wyjaśnia.

Sytuację pogarsza mit humorzastego artysty, który nigdy nie przepracował uczciwie nawet jednego dnia, a sama satysfakcja jest dla niego wystarczającą zapłatą. – Niestety ludzie w dzisiejszych czasach uważają, że artysta nakarmi się samorealizacją i satysfakcją z wykonanej pracy. Dlatego domaganie się zapłaty za wykonanie pracy często łączy się z ich niezrozumieniem, a nawet oburzeniem – mówi Agnieszka Diesing, grafik projektowy i absolwentka warszawskiej ASP.

Martwa natura ze sprzątaczką w tle

Innym mitem są bajońskie sumy, jakie mają otrzymywać artyści, za każdym razem kiedy słyszymy o najnowszych nabytkach muzeów, galerii i kolekcjonerów. – Rzeczywiście współczesny wizerunek artysty w mediach opiera się na doniesieniach z aukcji. Walczymy z tym mylnym obrazem artysty – mówi Sienkiewicz. – Po pierwsze, aukcje to rynek wtórny, to nie artyści na nim zarabiają, lecz sprzedający prace kolekcjonerzy. Artyści zarabiają na rynku pierwotnym, nie trafia też do nich pełna kwota, przyjętą zazwyczaj stawką jest 50 procent dla reprezentujących artystów galerii. Ale te wysokie ceny osiąga zaledwie garstka artystów – tłumaczy krytyk.

Instytucje kultury, takie jak galerie czy muzea dostają w Polsce niewielkie pieniądze na swoje funkcjonowanie, co potęguje problem. Ich szefostwo przeznacza większość budżetu na działalność samej instytucji i opłacenie swoich pracowników. Dyrektorzy instytucji kultury koszty przerzucają na artystów, którzy nie zawsze są wynagradzani za swoją pracę. – Zdarza się, że przy organizacji wystawy zarabia ekipa stawiająca ścianki, panie pilnujące, panie sprzątające, portierzy, drukarnia, sekretarki, stolarz, fotograf na etacie dokumentujący całość, ale nie sam artysta – mówi Radziszewski. – Skoro artyści robią coś z pasją, wielu uważa, że zrobią to i tak, bez względu na to, czy im się za to zapłaci czy nie. Artyści nie żebrzą o jałmużnę, tylko o normalne opłacanie pracy, którą wykonują, a która jest istotnym wkładem w program, misję i działanie instytucji sztuki – wyjaśnia twórca. Ale sami pracownicy galerii, muzeów czy nawet pracownicy uczelni artystycznych też zarabiają niewielkie pieniądze. Większość z nich ma jednak ubezpieczenie i pewną emeryturę. Artyści na takie luksusy nie mogą liczyć.

Jedynie ok. 850 artystów w Polsce jest na etacie, tyle osób bowiem pracuje na uczelniach artystycznych. Istnieje wąska grupa artystów, którzy zarejestrowali działalność gospodarczą i płacą miesięczną składkę. Ale reszty twórców i na to nie stać, nie mają umów o pracę, nie płacą składek, nie mają tytułu do ubezpieczenia, ani do emerytury. Zarobki są nieregularne, są lata, w których mogą zarobić kilkadziesiąt tysięcy złotych, a są takie, w których nie zarabiają nic. Wszystko to powoduje, że polski twórca żyje w ciągłej niepewności. – Im większą mam świadomość tego, w jakim kraju żyję, tym bardziej się niepokoję, stąd pomysł na założenie marki z ciuchami, mam nadzieję, że jest szansa na utrzymanie się z tego, chociaż w gruncie rzeczy uważam, że najrozsądniejszym wyjściem byłby wyjazd na stałe za granicę. Na każdym kroku nasze państwo rzuca nam kłody pod nogi. To wszystko jest naprawdę chore – opowiada Klara.

Jednym z pomysłów by coś z tym zrobić jest utworzenie specjalnego funduszu, czegoś na kształt Funduszu Kościelnego czy może KRUSu. – Ten system nie byłby szczególnie drogi. To są pieniądze nieznaczne, a może nawet znacznie mniejsze niż Fundusz Kościelny, który właśnie jest likwidowany. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat tak naprawdę nie był żadnym ciężarem dla budżetu – mówił na spotkaniu OFSW dr Mikołaj Iwański, który specjalizuje się w polskim rynku sztuki współczesnej. – To jest rząd wielkości 80-90 milionów złotych. Księży w Polsce jest około 40 tysięcy. Artystów, którzy mogliby być klientami takiego funduszu ubezpieczeniowego jest kilka razy mniej – wyliczał Iwański. W krajach europejskich od lat funkcjonują różne formy wsparcia finansowego artystów. W Niemczech istnieje Künstlersozialkasse, czyli rodzaj funduszu ubezpieczeniowego, do którego artyści płacą składki, w zależności od swoich dochodów, a dokładają się instytucje kultury i państwo. Mają ubezpieczenia i emerytury.

Awangarda pozakodeksowa

Postulując stworzenie systemu ubezpieczeń emerytalnych i zdrowotnych, 24 maja został zorganizowany strajk skoordynowany przez Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej, polegający na zamknięciu na jeden dzień galerii i muzeów. Z artystami deklarację solidarności ogłosiło niemal dziewięćdziesiąt instytucji kultury, w tym m. in. Muzeum Narodowe, Zachęta, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie czy CSW Łaźnia w Gdańsku. Do protestu dołączyli tacy artyści jak Paweł Althamer, Mirosław Bałka, Katarzyna Kozyra, Zbigniew Libera, Wilhelm Sasnal i wielu innych.

Artyści, chociaż chcieliby jak najszybciej wyeliminować huśtawkę finansową i lęk przed każdą grypą, są świadomi, że konieczna jest zmiana całościowego podejścia, które swym zasięgiem obejmuje także inne grupy społeczne zatrudnione na umowach śmieciowych. Jak zauważył kurator Kuba Szreder w gazecie strajkowej, „trzeba zdać sobie sprawę, że nierealistyczne jest domaganie się ochrony socjalnej dla artystów bez uznania za sensowne samego państwa socjalnego. Przecież wedle ideologów wolnego rynku, biedni artyści są sami sobie winni, podobnie jak biedni rolnicy, stoczniowcy czy bezrobotni”.
http://biznes.onet.pl/praca/jestes-artysta-wspolczuje/cw1ve0


#Polska