Bezmózgowie telewizji

Bezmózgowie telewizji to rozmowa z Piotrem Szumlewiczem o kafkowskich klimatach za kulisami Telewizji Polskiej, w której panuje chamstwo, nawalanki i prymitywizm.

 

telewizjiMoim zdaniem jednym z największych nieszczęść publicznej telewizji po 89 roku, jest to, że próbuje ona się ścigać z telewizjami komercyjnymi.

A przecież obiektywna prawda jest taka, że finansowana w dużej mierze z abonamentu powinna ona stawiać na jakość i misyjność swojego przekazu.

A co mamy?

Szkodniki telewizyjne, dumnie zwane dziennikarzami, celebrytyzm, upadek jedynego teatru narodowego, jakim był Teatr Telewizji i kuriozalne zatrudnienia ludzi typu Pan Lis, który wdrażając w TVN amerykańskie standardy, chyba jak nikt inny nie wyrządził polskiej telewizji tyle szkody.

Więc przeczytajcie ten artykuł, a potem wyrzucajcie telewizory przez okno i chodźcie do teatru!

Amen

 

W książce „Wielkie pranie mózgów” rozpruwa Pan Telewizję Polską od środka, pokazuje trzewia. Ma Pan już pierwsze zapowiedzi procesów?

Jeszcze nie. Telewizja Polska udaje, że to, co się tam dzieje, jest naturalne, prawidłowe. Tymczasem skala patologicznych zjawisk wciąż rośnie. Wielokrotnie składałem skargi na TVP do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Niedawno napisałem list otwarty do zarządu TVP w sprawie sylwestrowego koncertu zespołu Bajm Beaty Kozidrak. Za zaśpiewanie kilku piosenek dostał podobno 155 tys. zł. Inni wykonawcy, m.in. Edyta Górniak czy Natasza Urbańska, zarobiły po kilkadziesiąt tys. zł. W sumie honoraria dla artystów za udział w koncercie wyniosły miliony złotych. To skandal, że telewizja płaci takie pieniądze celebrytom, a ściąga abonament od ubogich ludzi.

Co Panu odpowiedzieli?

Że koncert miał dużą oglądalność. Że to są wewnętrzne sprawy TVP. Że takie pieniądze warto wydawać. Chwalą się niegospodarnością, choć dwa lata wcześniej Najwyższa Izba Kontroli pisała, że trzeba rozwiązać kontrakty gwiazdorskie, bo telewizja jest w trudnej sytuacji finansowej. TVP od ponad roku zwalnia ludzi, przenosi ich do firm zewnętrznych. Najwyraźniej dla przeciętnych montażystów , scenarzystów, kamerzystów telewizja wdraża programy oszczędnościowe, ale dla celebrytów nie oszczędza pieniędzy. Honoraria dla Beaty Kozidrak były jednym z przykładów patologii. W innej skardze pytałem o wynagrodzenia dla dziennikarskich celebrytów, prezenterów. Przyznali, że takie są, ale nie muszą ujawniać danych.

Widocznie dla TVP są to niewielkie kwoty, skoro prezenterzy średnio zarabiają po ok. 50 tys. zł miesięcznie.

Właśnie o tym mówię. Dlaczego Hanna Lis zarabia dziesiątki tysięcy złotych, chociaż, odkąd zaczęła prowadzić „Panoramę”, oglądalność programu spadła? Dlaczego prezenterzy zarabiają o wiele więcej, aniżeli wydawcy, reporterzy, kamerzyści czy researcherzy, dzięki którym powstają programy? Prezenterzy są na końcu tej drabiny. Ich praca jest najłatwiejsza, tylko czytają z promptera, gdzie mają wszystko napisane dużymi literami. W największych kanałach telewizji nie ma konkursów na prezenterów. Kiedy je zaproponowałem, kierownictwo się nie zgodziło. To jest grono wzajemnej adoracji. Panuje przekonanie, że jak Krzysztof Ziemiec czy Beata Tadla poprowadzą „Wiadomości”, to lud będzie je masowo oglądał. Tymczasem programy prowadzone przez celebrytów wcale nie mają wyższej oglądalności. To tylko fantazja władz TVP czy TVN.

Pisze Pan: „Jolę Rutowicz i Hannę Lis łączy to, że obie nie mają zielonego pojęcia o polityce społecznej, gospodarczej ani polityce zagranicznej”. Myśli Pan, że Rutowicz czy Natalia Siwiec mogłyby poprowadzić „Panoramę” czy „Wiadomości” TVP?

Po bardzo krótkim kursie mogłyby. W dykcji, czytaniu, Hanna Lis czy Beata Tadla nie różnią się od przeciętych zjadaczek chleba. W środowisku celebryckim gwiazdy telewizji same przedstawiają się jako mądrzejsze, lepiej wykształcone, obracające się w wyższych sferach w odróżnieniu od tych celebrytek, które pokazują tylko piersi albo nogi. Tymczasem Hanna Lis czy Beata Tadla nie są przygotowane merytorycznie, nie mają zielonego pojęcia o rzeczywistości, ich wiedza jest bardzo ograniczona. Pracując w telewizji, byłem zdumiony niskim poziomem elit dziennikarskich, w tym osób prowadzących programy publicystyczne. Tomasz Lis też merytorycznie jest bardzo słabo przygotowany.

Napisał Pan, że jego wiedza o gospodarce i polityce społecznej zbliżona jest do tej, jaką ma przeciętny student dziennikarstwa.

Lis nie ma wiedzy na żaden ważny temat, a formuła jego programu „Tomasz Lis na żywo” sprowadza się do tego, aby goście skakali sobie do oczu. Ponadto w swoich programach wprost promuje urzędującą władzę. Wpisuje się w patologiczny splot mediów i polityki, w której politycy przychodzą zwykle do programów zaprzyjaźnionych z nimi dziennikarzy. Donald Tusk ochoczo przychodził do Lisa, Jarosław Kaczyński do Telewizji Trwam. W społeczeństwie demokratycznym powinno być odwrotnie: Tusk i Kopacz powinni przychodzić do mediów im wrogich, a Kaczyński do Lisa. Niestety w Polsce środowiska dziennikarskie są bardzo autorytarne, a Tomasz Lis jest jednym z symboli tego autorytaryzmu. Jak przyjdzie do niego Ewa Kopacz, Bronisław Komorowski czy kardynał Stanisław Dziwisz, nie zada im ani jednego trudnego pytania. Będzie posłuszny, na kolanach. Nie zakwestionuje tych autorytetów. Równocześnie jeśli uda mu się zaprosić kogoś z PiS, będzie go brutalnie atakował. To postawa sprzeczna z istotą dziennikarstwa, które powinno patrzeć na ręce wszelkiej władzy: politycznej, finansowej, kościelnej. Zdumiewa mnie jego wyjątkowa pozycja, bo jest wcieleniem wielu bolączek świata dziennikarskiego. Jest źle przygotowany, bezkrytyczny wobec władzy, zadufany w sobie. Inne patologiczne zjawisko polega na tym, że Tomasz Lis nie jest pracownikiem TVP, ma firmę zewnętrzną i daleko posuniętą swobodę działania. W ten sposób telewizja traci finansowo, bo ma swoich kamerzystów i montażystów, a na produkcji programu Lisa zarabiają inni. Pracownicy Telewizji Polskiej są zwalniani, nie otrzymują zleceń, bardzo drogi sprzęt zalega w piwnicy, a tymczasem TVP za wszystko płaci firmie zewnętrznej Tomasza Lisa.

Dlaczego więc TVP nadal podpisuje z nim kontrakty, utrzymuje jego program na antenie?

W telewizji publicznej od lat władza polityczna ma swoje wpływy. Podzieliły się nią PO, PSL, SLD i PiS. Jak tam pracowałem, rządziła nieformalna koalicja SLD i PiS, teraz raczej PO i PSL. Zależność TVP od nacisków politycznych jest w pewnym sensie normalna, bo TVP zależy od państwa. Zdumiewa mnie co innego: niezależnie od tego, kto tam rządzi, przekaz nie zmienia się. Z jednej strony jest Tomasz Lis, z drugiej – Jan Pospieszalski. Niezależnie od tego, kto jest przy władzy, czołowi publicyści z obozu PO i PiS się wyżywią.

Dziennikarzy nazywa Pan w swojej książce ignorantami. „Śmiertelnie boją się awarii promptera, bo sami nie potrafiliby przedstawić tematu”. Rzeczywiście nie mają nic do powiedzenia?

Dziennikarze telewizyjni, których poznałem, nie mają pojęcia o polityce społecznej czy o ekonomii. Częściowo wynika to ze struktury studiów dziennikarskich. Większość pracowników TVP czy TVN trafiła do telewizji bezpośrednio po studiach dziennikarskich, są zawodowymi dziennikarzami i nie mają wiedzy ani przygotowania w żadnej innej dziedzinie. Ostatnia książka, jaką przeczytali, to skrypt ze studiów. Byłem zaszokowany, jak usytuowane wysoko w hierarchii zawodowej osoby realizują materiały na każdy temat. Jednego dnia o piersiach Dody, następnego – o rynku pracy. O jednym i drugim mieli podobnie miałkie pojęcie. Zresztą szefowie TVP nie oczekują od prowadzących programy publicystyczne wiedzy w jakiejkolwiek dziedzinie. Na przykład Monika Olejnik nie ma zielonego pojęcia o gospodarce, służbie zdrowia czy edukacji. Jest częścią systemu, który obejmuje jej pracodawców. Zatrudnili ją nie po to, aby pogłębiać wiedzę telewidzów, budzić w nich refleksję, wywoływać dyskusje wokół ważnych tematów, ale by tylko u niej Niesiołowski nazwał Brudzińskiego kretynem. Bo to zdaniem kierownictwa TVN prowadzi do większej oglądalności. Ale nie jest to prawdą. Dziwię się, że dziennikarze i ich szefowie mają takie fantazje.

No właśnie. Jaka – wedle redaktorów i wydawców – jest recepta na wysoka oglądalność?

Najlepszą receptą na oglądalność jest pokazanie chamstwa. Dominuje formuła zapraszania ludzi tak skłóconych, jak Niesiołowski i Brodziński, którzy dają gwarancję, że na wizji dojdzie do awantury. Po wywołaniu kłótni wydawca może z satysfakcją zadzwonić do „Gazety Wyborczej” czy „Super Expressu” z informacją: „Tylko u nas jeden do drugiego powiedział: spadaj kretynie”. Nie dość, że jest to antymisyjne i prymitywne, to – według mojej wiedzy – wcale nie prowadzi do większej oglądalności. Polska telewizja – nie tylko publiczna – koncentruje się na indywidualnych nawalankach, wojnach personalnych, podkładaniu sobie świń. Nie tylko w programach publicystycznych, także w… edukacyjnych. W paradokumentach szerzy się wizję społeczeństwa opanowanego totalnym brakiem zaufania, konfliktem, permanentnym zagrożeniem. Ludzie ciągle robią sobie krzywdę. To jest szerszy trend. W „Faktach” czy w „Wiadomościach” mniej więcej po siedmiu minutach zaczyna się „kronika policyjna”. Mówi się o zabiciu nastolatki albo o tym, że kolega koledze odciął nogę. Obraz brutalizacji życia społecznego dociera do nas także poprzez serwisy informacyjne. Polskie dziennikarstwo telewizyjne psuje poziom debaty publicznej.

Skąd bierze się Pana przekonanie, ze większość dziennikarzy Telewizji Polskiej ma poglądy takie, jak Janusz Korwin-Mikke, tylko otwarcie ich nie wyraża?

Polskie dziennikarstwo establishmentowe, jeśli idzie o wizję świata, znacząco odbiega od większości społeczeństwa. Jest wielkomiejskie, warszawskie, zbliżone do klasy średniej (bo dziennikarze ci bardzo dobrze zarabiają), zabiegające o reklamodawców, widzów dobrze sytuowanych w wieku 16-49 lat. Tak naprawdę budują oni przekaz dla samych siebie. Dziennikarze są liberalni, „korwinowscy”, oderwani od społeczeństwa. Nie jeżdżą autobusami czy tramwajami, spotykają się po pracy we własnym gronie, dlatego ich pogląd na świat nie bierze pod uwagę problemów przeciętnych ludzi. Nie poruszają więc kwestii ubóstwa, bezrobocia, wykluczenia społecznego. Podejmują temat kursu franka, bo wielu z nich ma kredyty. Mają słabe wykształcenie i bronią swoich interesów. Nie wychodzą poza wąską, warszawocentryczną perspektywę.

Używa Pan brutalnych ocen: „są zazwyczaj leniwi i bezmyślni, nie uczą się, często nie rozumieją tego, o czym mówią, nie mają wiedzy na żaden temat. Zarabiają gigantyczne sumy, czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, a ich prace mogliby wykonywać przeciętni studenci za dziesięć razy mniejszą kwotę”. Nie jest Pan zbyt surowy?

Często dochodziło do śmiesznych sytuacji, kiedy prowadzący program nie rozumiał pytania, jakie zadaje. Publicyści ekonomiczni pytają wyłącznie o dług publiczny, deficyt czy PKB, a mogę się założyć, że niewielu z nich wie, co oznaczają te pojęcia. W rozmowie z prof. Grzegorzem Kołodko prowadzący mówił, że dług publiczny zwiększył się procentowo, a nie umiał wyjaśnić, w stosunku do czego ten wzrost nastąpił. Zarazem prowadzący unikają większości ważnych spraw. Bo dziennikarze mają przekonanie, że Polacy są idiotami i nie zrozumieją głębszych problemów, tymczasem swoją własną głupotę projektują na społeczeństwo. Są pogardliwi wobec ludzi. Sami są źle przygotowani i uważają, że tacy sami są widzowie.

Wolałbym, aby Pan nie rozciągał swoich opinii na wszystkich dziennikarzy, bo to nie jest prawda.

W środowisku dziennikarskim, szczególnie w Telewizji Polskiej, jest hierarchia władzy. Ta struktura marginalizuje dziennikarzy kompetentnych, ambitnych, którzy chcieliby robić materiały na poziomie. Pracując w „Panoramie”, próbowałem promować misyjne tematy, np. o służbie zdrowia czy bezrobociu. Dla takich tematów zazwyczaj nie było akceptacji. Ambitniejszych tematów nie dostawał dziennikarz znający się na rzeczy, tylko kumpel szefa programu. Jeśli ktoś zaproponuje tematy ubóstwa lub nierówności społecznych, a ktoś inny o Natalii Siwiec, która potknęła się na pokazie mody, wybiera się tę ostatnią historię.

Kto to jest homo woronicus, Panie Piotrze?

To idealny pracownik, uzależniony od telewizji, której główna siedziba jest przy Woronicza. Ten typ osobowości może kojarzyć się z prozą Franza Kafki. Homo woronicus nie do końca rozumie po co i dlaczego jest w Telewizji Polskiej, ale nie potrafi bez niej żyć. Jest przez nią sformatowany. Nawet jeśli zostanie zwolniony z telewizji, to będzie przychodził do restauracji „Kaprys” przy Woronicza i godzinami czekał aż ktoś mu da jakiekolwiek zlecenie. Myśli tak jak wymaga tego środowisko dziennikarskie, zamknięta kasta o bardzo liberalnych gospodarczo poglądach, odwrócona od problemów społecznych. Homo woronicus jest świetnie zorientowany w systemie znajomości. W „Kaprysie” szuka tylko tych, którzy rozdają karty. Warto podkreślić, że niestety telewizja publiczna jest wylęgarnią patologicznego zatrudnienia. Nawet gdy ktoś ma etat, to zarabia płacę minimalną i żyje głównie z honorariów. Nie mając zlecenia, po trzech miesiącach automatycznie wylatuje z pracy. Efekt jest taki, że po dwóch i pół miesiącach po korytarzach krążą przerażeni pracownicy poszukujący jakiegokolwiek zlecenia, choćby za 20 zł. Wyścig szczurów.

Pana zatrudniono w Telewizji Polskiej przez Facebooka, a zwolniono sms-em. Taka jest norma?

Przypuszczam, że w dużej mierze tak. Do dzisiaj nie wiem, kto stał za zatrudnieniem mnie. Pewnego dnia osoba o nieznanym mi nazwisku, bez zdjęcia na profilu i niemal bez znajomych napisała mi od razu po imieniu: „Piotrze, czy mógłbyś przyjść jutro do telewizji”. Spytałem: „Ale o co chodzi?”. „Na miejscu się dowiesz. Będziesz pracował w Telewizji Polskiej”. Pierwszego dnia byłem zdumiony, bo miałem wrażenie, jakby wszyscy mnie tam znali i wiedzieli, dlaczego tam się znalazłem, gdzie mam iść i po co. Nie byłem żadnym gwiazdorem, więc czułem się, jak bohater powieści Kafki. Jedni mnie lubili, inni wyrażali ostentacyjną niechęć, jakby widzieli we mnie zagrożenie. To jest charakterystyczne dla TVP, bo stosunki są tam nieprzejrzyste, a nowi pracownicy nie trafiają tam przez konkursy, tylko przez znajomości.

Powszechne jest podpieranie się znanymi nazwiskami?

Zdecydowanie tak. Stąd moja analogia między Beatą Tadlą i Natalią Siwiec. Gdyby z Siwiec trochę poćwiczyć, także wypłynęłaby na gwiazdę „Wiadomości”. Wielu ludziom wydaje się, że praca prezentera jest ciężka, tymczasem wystarczy, że przyjdzie on/ona dwadzieścia minut przed serwisem. Na wielkim prompterze ma zaznaczone przecinki, kropki, przerywniki. Ale nawet, jeśli dobrze nie czytają, też dostają taką pracę.

Bywa, że nie mają wykształconego aparatu mowy.

Weźmy na przykład byłego redaktora naczelnego „Playboya”, Marcina Mellera. Jego wymowa nie jest rewelacyjna, a od wielu miesięcy ma program i według mojej wiedzy zarabia bardzo solidnie. Żeby prowadzić program, nie trzeba nawet poprawnie mówić po polsku. Decydują znajomości i przekonanie, że skoro jest to były naczelny „Playboya”, to jego program będzie się rewelacyjnie oglądał.

Napisał Pan: „rasizm, homofobia, antyfeminizm są powszechne wśród dziennikarzy TVP”. Serio?

Niestety tak. Często słyszałem teksty o tym, aby „zachowywać się jak biały człowiek”. Padały prymitywne, obraźliwe teksty wobec mniejszości seksualnych czy wulgarne sformułowania wobec kobiet. Dla TVP Polonia miał być realizowany materiał na temat getta. Jeden z kierowników zapytał: „Dlaczego znowu mamy gadać o tych Żydach”. Pamiętam dyskusję o tym, jakie państwa i miasta wymieniać w prognozie pogody. Paryż, Londyn, Warszawa. Nagle ktoś rzucił: Tel Awiw. Zaległa cisza. W głosowaniu duża część zespołu była przeciwna podawaniu prognozy pogody dla Izraela.

Jak się przejawia cenzura?

Polega na wypieraniu wielu tematów i nagłaśnianiu innych. Wiele tematów ważnych z mojej perspektywy nie mogło trafić na antenę. Byłem podwydawcą jednego z programów publicystycznych. Zaproponowałem pytania dotyczące wzrostu ubóstwa w Polsce, bo właśnie ukazał się raport na ten temat. Moja propozycja znalazła się na szesnastym miejscu. Takie tematy telewizja publiczna marginalizuje.

Zacząłem od pytania o procesy. Jarosław Kuźniar znajdzie w Pana książce powody. Nazwał go Pan „wyjątkowym nawet jak na polskie media ignorantem i zarozumiałym nieukiem”. Jest on symbolem celebrytów dziennikarzy?

Kompetencje intelektualne Jarosława Kuźniara pozostawiają wiele do życzenia, ale ma pewną zdolność: potrafi długo i szybko bredzić. Jeśli jest jakaś dziura w programie, trzeba np. czekać kilkanaście minut na konferencję pani premier, on może gadać i gadać. Nie na temat i bez sensu. Dlatego jest w TVN tak eksploatowany.
http://www.sdp.pl/wywiady/11576,szumlewicz-o-tvp-chamstwo-nawalanki-prymitywizm,1437562110

_______________________________________________________________________________
#TV

0 Comments

Trackbacks/Pingbacks

  1. Zidiocenie mediów - Grzegorz Kempinsky BLOG | Grzegorz Kempinsky BLOG - […] Jeżeli rzeczywiście telewizja publiczna wycofałaby się ze ścigania się ze stacjami komercyjnymi i zrezygnowała ze skrajnego debilizmu jakim jest…

Leave a Reply