Blog na Teatralnym.pl

 

blogPo ostatniej „twórczości” na mój temat Imćpana Drewaniaka, który jest stałym felietonistą tego portalu, zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem godząc się na ten wywiad

Ale postanowiłem w imię uczciwości, której tak bardzo brakuje w polskim życiu publicznym potraktować to jako próbę portalu, aby być obiektywnym i dawać wielogłos na swoich stronach, a nie tylko głosić „jedynie słuszną tezę”, więc postanowiłem odpowiadać szczerze na pytania i  po prostu poczekać na to, co oni z tego wysmażą.

Mój interlokutor, Pan Wasyluk, okazał się jednakowoż być profesjonalnym dziennikarzem, który w efekcie napisał bardzo ciekawy tekst, w którym to blog i jego rola w zmieniającym się bardzo dynamicznie społeczeństwie jest głównym bohaterem.

Blog i blogowanie, które w obliczu upadku autorytetów, kumoterstwie i układach panujących w mediach drukowanych i nie tylko, zyskują coraz bardziej na znaczeniu  i mogą być przeciwwagą dla pozbawionej kręgosłupa moralnego branży teatralnej, recenzenckiej etc.

Polecam bardzo ten artykuł.

 

Teatralne blogi: misja czy hobby?

Dziennikarz radiowy i telewizyjny. Fotograf (publikował w „Teatrze”). W radiowej Jedynce prowadził cykliczną audycję teatralną. Autor wielu rozmów z ludźmi teatru.

blogKluczowa dyskusja o teatrze przeniosła się dziś z łam prasowych do internetu. Blogi o teatrze prowadzą teatrolodzy, twórcy teatralni i zupełni amatorzy, którzy potrzebują dać wyraz swoim zainteresowaniom. Ich głosy są niemal tak samo ważne o ile nie ważniejsze od standardowych recenzji teatralnych, których zresztą ukazuje się coraz mniej. Jak zatem wygląda teatralna blogosfera? Jaką formę przybiera? Co napędza autorów do pisania?

Dlaczego zacząłeś prowadzić blog?

Bartłomiej Miernik (miernikteatru.blogspot.com)
Kiedy pracowałem w miesięczniku „Teatr“ oglądałem jedynie około czterdziestu spektakli rocznie. Paradoksalnie, po odejściu z redakcji liczba odwiedzanych przeze mnie teatrów znacznie się powiększyła. Jako osoba wygłodzona teatralnie miałem w końcu czas, żeby pojeździć po Polsce. Tak się akurat złożyło, że Jacek Sieradzki zaprosił mnie do składu komisji Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, co wiązało się głównie z wyjazdami teatralnymi. W sezonie, w którym założyłem bloga naliczyłem 160 obejrzanych spektakli. Wtedy uznałem, że warto byłoby podzielić się z czytelnikami swoimi wrażeniami. Zauważyłem, że obecnie dyskusje wokół teatru nie toczą się już w „Didaskaliach”, „Teatrze” czy „Notatniku Teatralnym”, tylko właśnie na portalach internetowych, na blogach. Tak się to zaczęło – z potrzeby oglądania i opowiadania o tym, co się widzi. W grudniu 2012 roku powstał „Miernik Teatru”. Pierwsze wpisy wysłałem kilku osobom, zareagowały pozytywnie. Dostałem bardzo dobre rekomendacje od Izabeli Cywińskiej i Tomka Karolaka. Miałem też bardzo dużo wejść – średnio około 15 tysięcy odsłon miesięcznie. Mój blog był szeroko komentowany. Niektóre posty, choćby te o dyrektorach, czy debilnych studentkach teatrologii, ludzie mi do dziś przypominają.

Wojciech Majcherek (wojciech-majcherek.blog.onet.pl)
Mój blog powstał po trosze z nudów. W pewnym momencie przestałem zajmować się czynnie krytyką teatralną, ale wciąż czułem potrzebę komentowania życia teatralnego. Co prawda mogłem publikować w prasie specjalistycznej, ale tam cykl wydawniczy nie pozwala na szybkie reagowanie. Poza tym blog umożliwia inny styl pisania, mniej zobowiązujący. Pierwszy wpis na moim blogu powstał w lipcu 2009 roku.

Nie przeceniałbym jednak specjalnie doświadczenia blogowego. Uważam, że blogi nie zastąpią rzetelnej krytyki artystycznej. Mogą co najwyżej funkcjonować jako jej uzupełnienie. Prowadzenie bloga ma sens jedynie kiedy odbywa się „con amore”, czyli w dobrym sensie w sposób amatorski. Bez chęci osiągania z niego jakiś korzyści. Są co prawda blogerzy, którzy traktują blogi zawodowo i chcą na nich zarabiać, ale wydaje mi się to podejrzane. Bliższy jest mi sposób działania, jaki prezentuje Dorota Szwarcman. Ma swoje miejsce w tradycyjnym medium, jakim jest tygodnik „Polityka”, a bloga traktuje jako uzupełnienie swojej działalności dziennikarskiej. Wydaje mi się, że to jest najbardziej sensowny układ dla zawodowych krytyków. Ja nie podpisałbym się pod tezą, że krytycy powinni zakładać swoje blogi i że to im da większe możliwości niż tradycyjna prasa. Pamiętajmy, że praca krytyka powinna być opłacana tak jak każdego specjalisty w danej dziedzinie. Po to krytycy kształcili się, zdobywali kompetencje, doświadczenie, żeby efekty ich pracy były wynagradzane. Blog traktowałbym raczej jako działalność hobbystyczną.

Dawid Mlekicki (uszatyfotel.pl)
Pierwszym impulsem była potrzeba rozpisania się po zakończeniu blisko pięcioletniego okresu szwendania się po korporacyjnych korytarzach. Pomysł założenia bloga narodził się, kiedy nie mogłem znaleźć pracy jako osoba pisząca o teatrze. Na wybranie tej formy pisania o teatrze miały też wpływ męczące standardy współpracy, z którymi spotkałem się w niektórych redakcjach branżowych. Zdecydowałem się zatem na recenzencki „dumping”. Pragmatycznie rzecz ujmując – moje pisanie jest działalnością marginalną wobec tego czym zajmuję się zawodowo. Blog to możliwość multimedialnego wypowiadania się o widowisku. Uważam, że jest to forma, którą należy wykorzystywać w komunikacji wokół teatru. Ogromną zaletą jest też współtworzenie blogów przez zamieszczane na nich komentarze czytelników. Tego nie daje żadne inne medium. Choć z drugiej strony nie mam złudzeń, że blog  może wejść w buty po tradycyjnych mediach. Redaguję swój blog już trzy lata, jednak moja aktywność jest jednak pisaniem amatorskim. Mam nadzieję, że w dobrym rozumieniu tego słowa.

Grzegorz Kempinsky (www.kempinsky.pl)
Blog założyłem, bo chciałem mieć przestrzeń, w której mógłbym wypowiadać się na tematy nieco inne niż te, które poruszam w swoich spektaklach. Czułem potrzebę piętnowania patologii w branży teatralnej. Zostałem namówiony na to przez człowieka, który śledził moją stronę facebookową i stwierdził, że blog byłby jej ciekawym suplementem. Z początku nie bardzo w to wierzyłem. Nie bardzo też mi się chciało. Wydawało mi się, że to co zamieszczam na facebooku wystarczy. Okazało się jednak, że mój blog cieszy się ogromną popularnością. W przeciągu półtora roku osiągnął półtora miliona odsłon. Widocznie jest zapotrzebowanie na kogoś, kto mówi prawdę.

Większość ludzi nie może mówić o kulisach działalności instytucji teatralnych: są uwikłani w zawodowe zależności. Mówiąc głośno o nieprawidłowościach w swoich teatrach ryzykowaliby utratą pracy. Ja mogę sobie na to pozwolić bo jestem człowiekiem spełnionym. Uważam wręcz, że moim obowiązkiem jest mówienie o rzeczach, o których inni muszą milczeć. Taka kontra dla obecnej w głównym nurcie propagandy sukcesu jest jak najbardziej potrzebna. Zamiatanie pod dywan patologii, obecnych w świecie teatralnym, to działanie na szkodę widza i teatru w ogóle.

Jaki charakter ma twój blog?

Bartłomiej Miernik
„Miernik Teatru” składa się z tekstów recenzenckich, ale też artykułow komentujących to, co dzieje się w środowisku. Co najważniejsze: wszystko co na nim publikuję, jest bardzo osobiste. To jest zresztą charakterystyczne dla całej blogosfery. Ten blog oddaje moje, często ostre, poglądy na teatr. Ja zwyczajnie nie wierzę w obiektywizm. Na blogu nikt nie zatwierdza moich tekstów, nie narzuca mi, w jakim tonie mam pisać. Blog jest więc poletkiem wolności.

Udostępniam swoje łamy także innym autorom. Mam około sześciu stałych współpracowników. Są to głównie studenci teatrologii. Redaguję skrupulatnie ich teksty, odsyłam, wspólnie pracujemy nad stylem, słownictwem, warstwą merytoryczną. To, czego nie można napisać gdzie indziej, może pojawić się u mnie. Choć oczywiście bywały artykuły, które się nie ukazały i autorzy, których nie opublikowałem.

Od pewnego czasu staram się wybierać, o czym piszę. Pomijam spektakle, które nie wywołują we mnie żadnych emocji. Ani pozytywnych ani negatywnych. Piszę o tym co mnie albo zirytowało, albo zachwyciło.

Moją rolą jako blogera jest powiedzieć czytelnikowi: masz iść na ten spektakl, bo jest świetny lub lepiej zostań w domu bo to gniot. Staram się pisać dla zwykłych widzów. Pytam potem moich przyjaciół: menedżera banku, lekarza, ekonomisty na ile zrozumiałe są te posty. Mówią, że tak. Teatr robiony jest przecież dla ludzi, nie dla garstki kuratorów festiwali i teatrologów. Teatrolog ma jedynie objaśniać znaki, być przewodnikiem po przedstawieniu.

Wojciech Majcherek
Tytuł mojego bloga brzmi „Nie tylko o teatrze”. Raczej nie piszę recenzji teatralnych. Czasami komentuję to, co oglądam, ale nie wszystko. Raczej odnoszę się do wydarzeń życia teatralnego. Ale piszę też o innych sprawach, które mnie interesują. O literaturze, o filmach, czasami o piłce nożnej. Jest to rodzaj felietonistyki.

Dawid Mlekicki
Piszę „O teatrze i innych rozczarowaniach”. Interesuje mnie widowisko, zdarzenie odbierane nie w sposób wsobny, ale szukające komunikacji. Staram się przybliżać moim czytelnikom rzeczy, które są dla mnie godne uwagi. Mam ten komfort, że nie muszę pisać o rzeczach, które uważam za nieistotne, czy źle zrealizowane. „Uszaty fotel” jest o kulturze i rozczarowaniu. Piszę teksty, które próbują w atrakcyjny sposób przyciągać widzów do często trudnych i ważnych zdarzeń teatralnych. Z drugiej strony treści są filtrowane przez wrażliwość trzydziestolatka, który pracuje w budżetówce roku pańskiego dwa tysiące któregoś tam i próbuje sprawdzać co jakiś czas, po co właściwie jest ta cała kultura widowiska.

Mam bardzo złe zdanie o felietonistyce teatralnej, którą wiele osób obecnie chętnie uprawia w Internecie. Ta forma literacka nie została dostatecznie zaadoptowana do tego medium. Dlatego unikam felietonistyki u siebie. Nie uprawiam też dziennikarstwa śledczego, tak jak kilku moich kolegów. Nie piszę klasycznych recenzji. Cały czas szukam formy. Na pewno próbuję być autorem rzetelnym. Staram się nie pisać w sposób przezroczysty, nie przytulać się do żadnego obowiązującego nurtu czy kierunku promowania współczesnego teatru  Chcę żeby te teksty miały wartość merytoryczną nie tylko dla historyka teatru, który urodzi się za 100 lat. Zależy mi, żeby te treści były komunikatywne. I to jest chyba obecnie najtrudniejsze.

Grzegorz Kempinsky
Mój blog jest szalenie różnorodny i cały czas ewoluuje. Próbuję opisywać na nim i piętnować zjawiska patologiczne w polskim społeczeństwie, a w szczególności w teatrze, ale jest on także rodzajem mojego „brudnika”, brudnopisu reżyserskiego, w którym gromadzę przemyślenia związane z różnymi aspektami mojej pracy, refleksje z moich podróży, przedstawień, filmów, krajobrazów, które oglądam, sztuk i książek, które czytam, a nawet przepisy kulinarne, bo sztuka kulinarna, jest po reżyserii największą moją pasją, a właśnie moimi pasjami, próbuję się dzielić z moimi czytelnikami. Mam ponad 10.000 zarejestrowanych czytelników, więc chyba ten blog jest potrzebny. Ostatnio zacząłem go także udostępniać kilku innym osobom, które piszą i mają moim zdaniem coś ciekawego do powiedzenia.

Kim są Twoi czytelnicy?

Bartłomiej Miernik
Mój blog odwiedzają przyjaciele. ale też czytelnicy niekoniecznie podzielające moje poglądy. Cieszę się, bo dzięki temu wywiązuje się jakaś dyskusja. Rzucam temat, wokół którego potem toczy się dyskusja. Ostatnio zmieniłem sposób komentowania. Zauważyłem, że 95% komentujących wypowiada się anonimowo, zwykle niemerytorycznie. Miałem dosyć czytania wyzwisk i pogróżek kierowanych w moją stronę. Dlatego wprowadziłem wymóg rejestracji.

Wojciech Majcherek
Na pewno odbiór mojego bloga był bardziej żywy niż tekstów w miesięczniku „Teatr”. Po pierwsze reakcje były szybsze, po drugie kontakt z czytelnikami intensywniejszy. Moje wpisy były cytowane, komentowane. Dzięki temu czułem, że nie piszę w próżni. Ale też nigdy nie zabiegałem o to, żeby mój blog jakoś niebywale zajmował opinię publiczną. Kto chciał ten czytał i tyle. Wiem, że niektórzy blogerzy czynią różne działania autopromocyjne czy nawet marketingowe, by wzmocnić zainteresowanie swoim blogiem. Ja nigdy takich aspiracji nie miałem. Moją rolę widziałem raczej w publikowaniu tekstów, a jeśli spotykały się one z zainteresowaniem czytelników to tylko mogę się cieszyć. To mi wystarczało.

Dawid Mlekicki
Kontakt z czytelnikami mam codziennie, często polega na wymianach inspiracji. Dialog jaki się wywiązuje między nami zwykle oscyluje wokół bieżących wydarzeń. Po trzech latach prowadzenia bloga mam 80 tysięcy unikalnych odsłon i około tysiąca stu osób, które obserwują Uszatego na Facebooku. Rekordowe wpisy dochodziły do około tysiąca dwustu odsłon. To jest ograniczone grono odbiorców, ale jego struktura jest dla mnie imponująca. Z mojej perspektywy to bardzo duży sukces.

Grzegorz Kempinsky
Wiem, że mojego bloga czytają ludzie, którzy mnie popierają. Liczę się z tym. Dostaję mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy czytają mój blog i mnie popierają, ale z oczywistych przyczyn nie zawsze mogą dać temu wyraz, bo na przykład wylecieliby z pracy. Ale grupa, która podziela moje poglądy jest coraz większa i to jest ważne.

Blog daje ogromną wolność. Właściwie można pisać co się chce. Czy są jednak jakieś granice tej wolności?

Bartłomiej Miernik
Oczywiście że są. Bloger też jest dziennikarzem. Jeśli piszę recenzję, muszę zadbać o pewien język, konwencję, ramy. Jeśli piszę felieton – mogę sobie na wiele więcej pozwolić, ale też jestem ograniczony prawem prasowym. Nie mogę obrażać, nie mogę grozić. Ale mogę sobie pozwolić na wiele więcej niż w tradycyjnych mediach czy nawet na portalu internetowym. Chociaż, gdy pisałem felietony na e-teatrze, nigdy mnie nie cenzurowano, więc również miałem sporą wolność: wyboru tematu, sposobu opisania go. Zapewniał mi to szef Instytutu Teatralnego Maciek Nowak i wspaniała redakcja e-teatr.pl. Bardzo kompetentna i w jakiś sposób wręcz opiekuńcza wobec autora, z wielką pieczołowitością redagująca felietony. Dziś jedyną trudnością, którą mam prowadząc bloga, jest brak korektora. Sam muszę zadbać o redakcję postów i wydaje mi się, że coraz lepiej mi to wychodzi.

Wojciech Majcherek
To jest indywidualna kwestia. Dotyczy zarówno autora i jego odbiorców: na ile oni akceptują formę przez niego zaproponowaną. Czy blog będzie miał charakter bardziej wyważony, czy ostry, czy humorystyczny? To jest kwestia temperamentu i umiejętności autora. Moje ograniczenia wynikają głównie z obowiązków zawodowych, które trochę utrudniają mi bardziej aktywne pisanie bloga. Oczywiście jak się upublicznia swoje myśli to trzeba brać pod uwagę, jak to będzie odbierane, ale ja żadnej specjalnej gry z czytelnikiem nie prowadziłem.

Dawid Mlekicki
Ograniczenia to raczej imperatyw wewnętrzny, bo autor bloga sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Są blogerzy, którzy tropią spiski i wyciągają na światło dzienne kwestie związane z wykorzystywaniem środków publicznych. To jest ich prawo i oni później biorą za to odpowiedzialność.

Staram się być w pisaniu autorem uczciwym wobec twórców i odbiorców. Zawsze mam z tyłu głowy przeświadczenie, że pisanie o teatrze jest trudne i rzadko wdzięczne, a sam spektakl teatralny to zdarzenie bezbrzeżnie skomplikowane, wymykające się różnym próbom jego ujęcia. Staram się trzymać zasad Andrzeja Wanata, wzorców, które na studiach wpajał mi Jerzy Koenig czy Janusz Majcherek. Istotna jest dla mnie etyka. Tak, zgoda, łamię jedną z naczelnych zasad Wanata pracując jednocześnie na etacie w Teatrze Polskim. Jednak od samego początku mojej pracy w tej instytucji ostro rozgraniczyłem te kwestie. Interesuje mnie aktywność w tak zwanej blogosferze, widzę w niej potencjał dla promocji teatru. Staram się niekiedy zainteresować tym tematem moich pracodawców, ale kiedy się to udaje – sam nie czerpię z tego żadnych korzyści. Od początku zadeklarowałem też, że na blogu nie będę zachęcał, zniechęcał ani ujawniał jakichkolwiek informacji z mojego miejsca pracy. Nie piszę o Teatrze Polskim jak również o innych spektaklach w kontekście teatru, w którym pracuję.

Grzegorz Kempinsky
Unikam ataków personalnych, bo te niczemu dobremu nie służą. Zdarzało się to wyjątkowo rzadko. Spotkało to byłego ministra kultury, bo on sam był wyjątkową patologią w kulturze. Chodzi mi o piętnowanie zjawisk a nie szukanie tanich konfliktów z ludźmi. To mnie zupełnie nie interesuje.
Dostaję dużo pozytywnych i mądrych wiadomości, ale nie nadają się one do upubliczniania, bo mogłoby to ich autorom poważnie zaszkodzić.

Czy odnosisz jakieś korzyści z prowadzenia bloga?

Bartłomiej Miernik
Do tej pory zarobiłem 400 złotych, zabawne, prawda? Powstał jeden tekst sponsorowany. Ale nie zabiegam specjalnie o to. Zajmuję się prowadzeniem bloga, bo nie wytrzymałbym nie pisząc. Teatrom, co zrozumiałe, zależy na merytorycznie sprawnie napisanych recenzjach, więc zapraszany jestem na premiery i festiwale. Jednocześnie wszelkie koszty związane z podróżami w różne miejsca teatralnej Polski ponoszę sam.

Wojciech Majcherek
W sensie wymiernym – nie, poza grafomańską przyjemnością, że ludzie czytają.

Dawid Mlekicki
Prowadzę bloga non profit i jeśli na coś liczę, to raczej na ciekawą wymianę myśli, inspirację ze strony odbiorców. I to się udaje.

Zdarza mi się, że dostaję zaproszenia na spektakle. Niektóre teatry traktują już blogi jako jednoosobowe redakcje teatralne i próbują wchodzić z nimi w dialog  w obrębie promocji czy komentarza recenzenckiego. Komercyjnego pisania nie przewiduję, także z uwagi na to, że nie widzę systemowej możliwości rozwijania współpracy w tej sferze.

Grzegorz Kempinsky
Żadnych materialnych, natomiast moja satysfakcja z tego, że wokół idei teatru nieskażonego układami, nepotyzmem i „kolesiostwem” gromadzi się coraz większa grupa ludzi, jest olbrzymia.

Czego się nauczyłeś prowadząc bloga?

Bartłomiej Miernik
Na nowo nauczyłem się pisać. Po dwóch latach wiem jak formułować zdania, żeby zachęcić czytelnika do lektury. Zobaczyłem też, jak bardzo wielobarwne jest życie teatralne. Że nie ogranicza się do kilku miast, jak uważają niektórzy moi koledzy recenzenci. Nauczyłem się też panować nad językiem. Zastosowanie wszystkich ostrych słów, których nie brakuje w moich tekstach, jest dogłębnie przemyślane. Podobnie, jak tematy traktujące o patologiach naszego życia teatralnego.

Wojciech Majcherek
Innego sposobu pisania. Bliższego publicystyki czy może nawet felietonistyki. Na blogu daleki byłem od pisania w stylu teatrologicznym, a nawet recenzenckim. Jeśli już zamieszczałem opisy przedstawień teatralnych, to nie były to teksty, które opublikowałbym w gazecie tradycyjnej. Bardziej opierałem te wypowiedzi na wrażeniach, na ocenie czy na jakiejś myśli, która wynikła z obejrzenia spektaklu bez ambicji, że musi to być rzetelna recenzja teatralna. To wymagało ode mnie innego stylu pisania niż uprawiałem wcześniej. Nie wiem, czy nauczyłem się go dzięki blogowi, ale po kilkuset tekstach, które w nim zamieściłem na pewno mogłem go rozwinąć.

Dawid Mlekicki
Po trzech latach czuję się pewniej w dziedzinie pisania o teatrze i pisania jako takiego. W satysfakcjonujący dla siebie sposób udało mi się dobrać język komentarza do spektaklu.

Byłoby naiwnością sądzić, że prowadzenie bloga będzie miało nie wiadomo jaki wpływ na procesy, które zachodzą w sferze kryzysu tradycyjnych form komunikacji i pozostających z nimi w związku zmian przyzwyczajeń czytelniczych. Warto sobie przypominać, że obecnie nie tylko blogi teatralne, ale także większość tytułów branżowych porusza się w niszowym obszarze. Nie mam ambicji by zaproponowano mi prowadzenie dodatku teatralnego do ulubionego przez środowisko pisma „Przyślij przepis.” Tak zwane środowisko w większości również nie uznaje blogów za media, które mogą być partnerem w dialogu o teatrze. Nie będę próbował przekonywać, że jest inaczej. Sam też nie mam najlepszego zdania o poziomie teatralnej blogosfery.

Grzegorz Kempinsky
Cały czas się uczę. Prowadzenie bloga bardzo wzmaga syntetyczny ogląd rzeczywistości.
Umiejętność nie przyjmowania jej bezkrytycznie.

16-01-2015