Co nas nie zawodzi

„Co nas nie zawodzi” to znakomity i felieton Wojtka Hübnera z zaskakującym końcem.

 

Co nas nie zawodzi

Co nas nie zawodziKtóregoś, jesiennego wieczora, usadowiłem się wygodnie w fotelu przed telewizorem w oczekiwaniu na kolejny odcinek mojego ulubionego serialu.

Tu, uwaga, tłumaczę z mojego na wasze – ulubiony czyli jedyny jaki oglądam.

Zarówno pogoda za oknem jak i zapowiedź odcinka oznajmiały jedno – winter is coming.

Równo z pierwszym dźwiękiem czołówki rozbrzmiał dzwonek telefonu. Trochę zirytowany odebrałem połączenie.

Dzwonił Marian. Marian należy do grupy osób zaprzyjaźnionych. Coś więcej jak kolega, trochę mniej niż przyjaciel. Znamy się z czasów, kiedy jeszcze pasowały na nas mundury stróżów prawa. Czasami spotykamy się przy okazji imprez typu śluby, rozwody, imieniny, grill. Zawsze wtedy, po zażyciu odpowiedniej dawki środka znieczulającego ośrodek samokrytyki, wspominamy wspólne przeżycia w roli obrońców porządku publicznego. Robimy to głównie w tym celu, by panie uwierzyły, że nadal pod warstwą tłuszczyku, prężą się nam stalowe mięśnie, a opiętość koszuli wskazuje jedynie na to, że w piersi bije mężne serce.

– Wojtek, jak dobrze, że cię zastałem. Poratuj chłopie!

– Co się stało?

Błagalny ton zastąpiła nieskrywana radość i duma.

– Kupiłem łódź!

Tu trzeba wyjaśnić, że ja mam swoją pasję, którą jest off road a pasją Mariana są żaglówki. Pasjonat pasjonata zawsze zrozumie, więc ucieszyłem się wraz z nim.

– Super! Jaka? Ile dałeś? W jakim jest stanie? – Chciałem zadać jeszcze wiele, zrozumiałych w takiej sytuacji, pytań, ale Marian przerwał mi.

– Problem jest. – No tak, zazwyczaj tak jest, że nasze życiowe radości nie dzieją się bezproblemowo. – Łódka jest w Skierniewicach. Stoję przy niej. Zapłaciłem, mam umowę, ale nie mam jej jak zabrać. Jest na przyczepce, facet wystawił mi ją przed dom, zamknął bramę i koniec pieśni. Wiesz w moim autku nie ma haka. Może mógłbyś… No wiesz w twoim Pajero hak jest.

-Teraz? – Zapytałem choć odpowiedź była mi już z góry znana. – No dobrze, podaj dokładny adres za jakąś godzinę będę.

Wyłączyłem telewizor nawet bez żalu. Przecież ten odcinek będą do obrzydzenia powtarzali przez cały tydzień, więc zdążę zobaczyć.

Odpaliłem mojego Pajero i pognałem w jesienną noc nieść pomoc.

Jak obiecałem, mniej więcej w ciągu godziny, dotarłem do Mariana. Sprawnie podczepiliśmy przyczepkę z łódką do mojego samochodu i w ciągu kilku minut byliśmy gotowi do drogi powrotnej.

– To gdzie tą twoją ukochaną zaholować? – To pytanie, choć zrozumiałe i bardzo na miejscu, dziwnie speszyło Mariana.

– No wiesz, ten… no… tego. – Długo zbierał się z konkretną odpowiedzią. W końcu wziął głęboki oddech i wypalił jednym tchem. – Myślałem że do ciebie, wiesz do tego garażu, z którego nie korzystasz.

Moja mina musiała wyraźnie sugerować, co myślę na temat dysponowania moją prywatną własnością, bo Marian natychmiast zalał mnie potokiem słów. To tyko czasowo, on poszuka natychmiast jakiegoś lokum. Nie pomyślał wcześniej, bo to nagła okazja, nie zdążył przygotować się i tak dalej, i tak dalej.

Umowa stanęła, że na kilka dni udostępnię mu garaż, tak by spokojnie mógł wyszukać odpowiednie lokum dla swej nowej ukochanej. W końcu pasjonat pasjonata rozumie.

W ciągu kolejnych, jesiennych i zimowych miesięcy po ulokowaniu łódki w moim garażu, Marian, tak mniej więcej co tydzień, dzwonił do mnie i oznajmiał, że już niedługo, za dni kilka zabierze łódkę, bo znalazł pomieszczenie, tylko musi dograć sprawę.

Dni, tygodnie, miesiące mijały.

Aura jakaś dziwna była tego roku. Zima miała nadejść i nie nadchodziła, zarówno na świecie, jak i w moim ulubionym serialu.

Marian też nie nadchodził.

Nastał maj.

Pewnego dnia, gdy wróciłem do domu, żona oznajmiła mi, że był Marian i zabrał łódkę na Zalew.

No tak, rozpoczął się sezon i łódka powinna być na wodzie a nie smętnie przewieszona przez przyczepę w garażu.

Nawet się ucieszyłem.

Zadzwoniłem do Mariana by, tak z czystej życzliwości, życzyć mu wiatru w żaglach i stopy wody pod kilem.

Nie odebrał telefonu. Ani tego, ani kilku innych, gdy w późniejszym czasie usiłowałem się do niego dodzwonić.

Kilka dni temu widziałem Mariana.

Stanęliśmy samochodami przed skrzyżowaniem na równoległych pasach, zatrąbiłem, pomachałem ręką. Musiał być skupiony na prowadzeniu samochodu bo nie odmachnął mi.

Pojechałem dalej.

Wybierałem się do lasu pod miasto, by mojemu psu dać namiastkę dzikiej wolności.

Sprawdziłem prognozę pogody, lekkie zachmurzenie, dość ciepło, na 100 procent bez opadów. Wymarzona pogoda na taki wypad.

Dojechałem na parking przed lasem i z moim labradorem radośni ruszyliśmy w nieznane.

Deszcz zaczął lać, gdy byliśmy jakieś trzy kilometry od samochodu. Oberwanie chmury.

Gdy już dotarliśmy do domu, ja wściekły, mokry, wyziębiony a pies mokry lecz zadowolony, wpadła mi do głowy pewna myśl.

Prognoza pogody, to jest coś, co nas najbardziej zawodzi.

Zaraz po ludziach.

Wojciech Hübner
https://www.facebook.com/wojciech.hubner.5/posts/1109609269103386


#przyjaźń