DYREKTOR „ZAPOMNIANEGO TEATRU”

06b89ea0-155c-49fe-9fc3-ed4185e656a4.filePRZECZYTAŁEM ARTYKUŁ O KRZYCZĄCYM TYTULE, KTÓRY JĘCZAŁ NAD KONDYCJĄ POLSKIEGO TEATRU,
głównie odnosząc się do wyborów władzy na poszczególne stołki dyrekcyjne.

Odniosłem nieodparte wrażenie, że wszystkie hasła dotyczące rozstrzygania tego typu nominacji sprowadzały się do jednej, ale za to fundamentalnej tezy :
„Jeśli wybierzecie kogoś z „naszych” to dobrze, jeśli natomiast kogoś z poza naszej kliki to bardzo źle”
i to niezależnie, czy odbywa się to w formie powołania bezpośredniego, czy konkursu.

Bo jeśli nie przeszedł „nasz” kandydat w konkursie, to konkurs był ustawiony, a jeśli został powołany bez konkursu, to powinien być konkurs. – No istny paragraf 22!

spolemTypowym przykładem tej tezy, jest opis pewnego miasta w Polsce, które w jednym wypadku powołało młodego i kontrowersyjnego dyrektora za pomocą konkursu, a drugiemu przedłużyło kadencję bez. Ponieważ w obu przypadkach dyrektor jest z poza „spółdzielni” to autor tekstu wysnuł tezę, że konkurs służył jedynie jako „zasłona dymna”, żeby w drugim „zapomnianym teatrze” pozostawić satus quo.

Mówienie zresztą o „zapomnianym teatrze”, w kontekście Teatru, do którego (w odróżnieniu do „teatrów spółdzielczych”) walą tłumy i to bynajmniej nie za sprawą wodewilowego repertuaru, lecz odważnej i mądrej polityce repertuarowej dyrektora – bo np. trzy ostatnie premiery tego teatru były z nurtu odważnej dramaturgii współczesnej – jest mocnym i tendencyjnym nadużyciem.

Reasumując byłbym wielce kontent, jeśli towarzystwo skupione wokół „jedynie słusznego teatru” prowadziło troszkę mniej ekspansywną politykę wciskania swoich kandydatów na stołki dyrektorskie w całej Polsce i prowadziło odrobinę bardziej merytoryczną dyskusję w tej sprawie.

Z ukłonami itd.