Dyrektora Morawskiego odwołania cd

Dyrektora Morawskiego odwołania cd – „Mieszkowski był nasz, a Morawski nie jest nasz. Przyszedł człowiek do teatru, który nie jest z tej paczki i trzeba go odwołać.”


Dyrektora Morawskiego odwołania cd

Cezary Morawski: moje odwołanie to jest jakieś nieporozumienie

– Przez cały czas pracowałem w piekielnej atmosferze, którą mi zgotowała grupa kilkunastu aktorów i część pracowników innych działów. Kiedy już uzyskałem płynność finansową i mogłem przystąpić do prób, aktorzy rezygnowali z pracy. Rozpętali także w mediach społecznościowych kampanię nienawiści przeciwko mnie – mówi w wywiadzie dla Onetu Cezary Morawski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu. Przypomnijmy, na początku lutego ruszyła procedura jego odwołania.

  • Morawski zapewnia, że jeśli zostanie odwołany ze stanowiska, pójdzie do sądu
  • Twierdzi, że sam nie ma sobie nic do zarzucenia
  • Podkreśla, że w pół roku oddłużył teatr i teraz szykuje marcowe premiery

Tomasz Pajączek, dziennikarz Onetu: Jak pan zareagował, gdy dowiedział się, że marszałek Cezary Przybylski chce pana odwołać ze stanowiska?

Cezary Morawski, dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu: Byłem zaskoczony, dlatego że jednocześnie komisja kultury podjęła uchwałę popierającą mnie jako dyrektora Teatru Polskiego we Wrocławiu. W tej uchwale pojawiła się prośba, żeby zarząd nie odwoływał dyrektora, tylko dał mu szansę na normalną pracę w teatrze.

Nie miał pan takiej szansy?

W odbiorze społecznym dyrektor pracuje wtedy, kiedy teatr wystawia nowe premiery. Ale Teatr Polski miał ogromny dług, który to uniemożliwiał. To po pierwsze. Po drugie, teatr objąłem bez żadnego protokołu zdawczo-odbiorczego. Musiałem przestudiować mnóstwo dokumentów. Na to potrzebny jest czas. Nie stać mnie było na zrobienie błędu. Po trzecie, przez cały czas pracowałem w piekielnej atmosferze, którą mi zgotowała grupa kilkunastu aktorów i część pracowników innych działów. Kiedy już uzyskałem płynność finansową i mogłem przystąpić do prób, aktorzy rezygnowali z pracy. Rozpętali także w mediach społecznościowych kampanię nienawiści przeciwko mnie i zachęcali do odmawiania współpracy ze mną, a tych twórców, którzy jednak się na to decydowali, szkalowano za pośrednictwem Facebooka. To przesunęło pierwszą premierę o trzy tygodnie, którą Janusz Wiśniewski i tak robi w ekspresowym tempie.

Dlatego uważam, że nie dostałem szansy na szansę. Szansy na spokojną pracę. Ciągła dezorganizacja prób i spektakli przez grupę kontestujących aktorów uniemożliwia także wykonywanie obowiązków pozostałej części zespołu aktorskiego, który chce pracować.

Szansy na normalną pracę może już nie być, bo ruszyła procedura pana odwołania.

Jeszcze kilka dni przed decyzją marszałka, odbyło się spotkanie czterostronne, na którym umówiliśmy się – urząd marszałkowski, pracownicy zrzeszeni w „Solidarności”, przedstawiciele Inicjatywy Pracowniczej oraz ja – że wszyscy robimy krok w tył i staramy się porozumieć. Nie wiem, jak inni, ale ja wyszedłem z tego spotkania z poczuciem, że możliwy jest konsensus, znalezienie wspólnego mianownika i wspólnej drogi, żeby teatr mógł ruszyć do przodu. Tę szansę także zaprzepaszczono.

Gdzie pan upatrywał ten wspólny mianownik?

Właśnie w tym, że wszyscy robimy krok w tył i próbujemy znaleźć pole do kompromisu.

Na czym miałby polegać ten kompromis?

Każdy wycofałby się z jakichś swoich decyzji i postulatów. Ze swojej strony, na przykład, nie wręczyłem dyscyplinarnego zwolnienia jednemu z aktorów. Zrezygnowałem z dawania nagan za nieustanne zaklejanie ust podczas ukłonów. Gdyby protestujący pracownicy także zrobili krok w tył, na pewno doszlibyśmy do porozumienia. Na rozmowy nigdy nie jest za późno, tylko trzeba tego chcieć. Jednak niemal bezpośrednio po spotkaniu, pan Igor Kujawski – jeden z aktorów należących do Inicjatywy Pracowniczej, zakomunikował mediom, że pierwszy postulat protestujących jest taki, że Morawski musi odejść. To kpina, a nie próba kompromisu.

Wie pan, dlaczego ma stracić pracę?

Nie wiem. Byłem jednak przekonany, że po deklaracjach, które wygłaszali członkowie zarządu – uda się dojść do porozumienia. Z moich rozmów z panem marszałkiem Cezarym Przybylskim też to wynikało. Stało się inaczej.

Ma pan żal do marszałka? Na dobrą sprawę dopiero rozpoczął pan pracę, jest pan w teatrze raptem pół roku.

Trudno nazwać to żalem. Myślę, że to jest jakieś nieporozumienie. Żal mam tylko taki, że w momencie, kiedy ogłoszono informację o uruchomieniu procedury odwoływania mnie ze stanowiska, nie przedstawiono mi żadnych zarzutów. Poza tym o fakcie, że mam być odwołany, dowiedziałem się z mediów.

W liście do ministra marszałek wskazuje na patologię organizacyjną w prowadzonym przez pana teatrze. Pisze, że nie dba pan o wizerunek teatru, nie potrafi skonsolidować zespołu, nie realizuje założonego programu, brak panu zdolności do rozwiązywania konfliktów. Co pan na to?

Nie mogę odnieść się do tak sformułowanych zarzutów, ponieważ nie otrzymałem z urzędu marszałkowskiego żadnego pisma. Dla mnie jest to informacja nieoficjalna i trudno mi z nią polemizować.

Zamierza pan porozmawiać, spotkać się z marszałkiem, żeby usłyszeć wprost, jakie są powody, dla których ma być pan odwołany?

Mam nadzieję, że i ja otrzymam pismo w mojej sprawie i będę miał możliwość przedstawienia swoich argumentów.

Skoro nie zna pan powodów, dla których ma zostać odwołany, zapytam inaczej. Kieruje pan teatrem prawie pół roku. Ma pan sobie coś do zarzucenia?

Pracowałem w specyficznej, delikatnie mówiąc, atmosferze. Biorąc to pod uwagę, nie mam sobie nic do zarzucenia.

A jest coś, co przez te sześć miesięcy mógł pan zrobić lepiej? Podjąć inną decyzję? Pójść na kompromis?

Teoretycznie zawsze można było zrobić coś inaczej, nie znaczy, że lepiej. Decyzje często były wymuszane postawą kontestujących. Kompromisy z mojej strony były podejmowane od 1 września 2016 roku, czyli od dnia, w którym rozpocząłem pracę w teatrze. Dopiero w czwartym miesiącu mojego urzędowania sięgnąłem po kodeks pracy, a mogłem to zrobić już w drugim tygodniu. I mogłem zwolnić o wiele więcej aktorów.

A ilu pan zwolnił aktorów?

Zwolniłem trójkę aktorów – Annę Ilczuk, Martę Ziębę i Andrzeja Kłaka. Michał Opaliński unika spotkania ze mną, odmawia stawienia się na rozmowę, jednym słowem, mimo wezwań, o których wie – nie zgłasza się do pracy.

Dlaczego pan ich zwolnił?

Nie stosowali się do kodeksu pracy, działali na szkodę wizerunku teatru, dzielili zespół i publiczność.

Jest jeszcze Piotr Rudzki, którego zwolnił pan dyscyplinarnie.

Z tych samych powodów. I jeszcze z kilku innych.

W ciągu miesiąca swoją opinię ws. pana odwołania ma wydać ministerstwo kultury. Myśli pan, że minister Gliński stanie po pana stronie w tym sporze?

W demokratycznych strukturach najważniejsze jest prawo i stosunek do prawa. Jestem pewien, że wydając opinię MKiDN, weźmie pod uwagę wszystkie okoliczności, mające znaczenie dla pełnienia przeze mnie obowiązków dyrektora.

Opinia ministerstwa w żaden sposób nie jest wiążąca dla marszałka. Jeśli za miesiąc oficjalnie zostanie pan odwołany, pójdzie pan do sądu?

Tak. Mam jednak nadzieję, że nie racje polityczne, a racjonalizm, troska o Teatr Polski we Wrocławiu i poszanowanie obowiązującego prawa będą najważniejsze w kwestii odwoływania mnie.

Pana zwolnienie to decyzja polityczna?

Patrząc na to, co dzieje się w polityce na Dolnym Śląsku, wydaje mi się, że to prawdopodobne. Zresztą nie tylko ja tak myślę.

Czyli jeśli marszałek pana odwoła, sprawa skończy się w sądzie?

Jeśli marszałek mnie odwoła, to i ja się odwołam. Wszędzie, gdzie tylko to będzie możliwe.

Na jednej z konferencji mówił pan, że ma misję do wykonania, że będzie można pana oceniać najwcześniej po dwóch latach, nadal pan tak uważa?

Nadal jestem takiego zdania. Pierwszy sezon miał być na „dotarcie się”, a okazało się, że straciliśmy czas na „starcie się”.

W jakiej kondycji przejął pan teatr?

Ponad 1,2 mln zł długu, brak procedur zarządczych, pikiety aktorów i widzów, wtargnięcia na scenę, pracownicy na miesięcznych urlopach zdrowotnych, co powodowało dezorganizację pracy całych działów, odzyskiwanie kodów dostępu itd. Od strony zarządczej są tu olbrzymie zaległości. Zresztą każdy audyt urzędu marszałkowskiego wykazywał od lat te same zaniedbania. Nikt na to nie reagował. A ja już mam za sobą kilka kontroli i właśnie w toku następną.

Co przez pół roku zrobił pan w teatrze?

Przede wszystkim teatr jest dziś oddłużony, zostały spłacone wszystkie długi. Było ponad 100 firm, którym zalegaliśmy z płatnościami. Oddaliśmy także 300 tys. zł Instytutowi im. Jerzego Grotowskiego. Uporządkowano wiele spraw administracyjnych. Wprowadziliśmy szereg zmian, które sprawiają, że teatr zaczyna powoli funkcjonować zgodnie z obowiązującym prawem, zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych. Naprawdę jest wiele spraw, które trzeba było załatwić, uporządkować, a niekiedy dopiero wprowadzić, co wcale nie jest takie proste. Ruszyły też próby do nowych spektakli.

Na premiery publiczność cały czas czeka.

Pierwsza premiera odbyłaby się na dniach, gdyby grupa aktorów nie odmówiła współpracy. Premiery zatem będą w marcu, bo taki jest cykl produkcyjny.

Jakie to będą premiery?

To będą „Chory z urojenia” Moliera, „Mirandolina” P. Turiniego, „Kordian” Słowackiego, „Biedermann i podpalacze” M. Frischa oraz „Pułkownik Ptak” Ch. Bojcewa.

Ciężko pracuje się w takiej atmosferze, gdy część środowiska jest przeciwko panu?

Atmosfera w teatrze jest wywołana także stanowiskiem urzędu marszałkowskiego, który nieustannie spotyka się z kontestującymi pracownikami teatru i słucha ich racji, nie biorąc w ogóle pod uwagę, że ci artyści łamią prawo pracy i dawno już przekroczyli granice w relacjach podwładny–przełożony. Tylko wicemarszałek Tadeusz Samborski stoi twardo na swoim stanowisku, myśląc o teatrze, a nie o mnie. I to jest bardzo ważne. To jest stanowisko wspierające teatr, a nie Morawskiego.

Startując w konkursie, a następnie zostając dyrektorem, przypuszczał pan, że będzie miał aż tak pod górkę?

Nie. Chyba nikt nie spodziewał się takiej reakcji, takiego ostracyzmu i nagonki na moją osobę.

Kiedy zdał pan sobie sprawę, że lekko nie będzie?

Wiedziałem od samego początku. Dzień po tym, gdy wygrałem konkurs, odbyła się manifestacja na scenie teatru. Potem happening na dworcu.

Co jest osią tego konfliktu?

Przyszedł człowiek do teatru, który nie jest z tej paczki.

Ma pan na myśli siebie?

Tak. Mieszkowski był nasz, a Morawski nie jest nasz. Przypomnę, że już rok temu pojawiały się głosy, że jeśli odbędzie się konkurs na nowego dyrektora, to Krystian Lupa odstąpi od reżyserii „Procesu”. Próbę takiego szantażu potępił m.in. były minister kultury pan Bogdan Zdrojewski.

Uważam, że odwoływanie dyrektora jakiegokolwiek – tu nie chodzi o mnie – w trakcie sezonu, to jest to zawsze bardzo zła decyzja, to wprowadzenie teatru na absolutną mieliznę. Jeżeli ktoś sądzi, że odwołanie mnie uspokoi atmosferę w teatrze, to jest w dużym błędzie.

Jak pan widzi Teatr Polski za cztery lata, na koniec pana kadencji?

Chciałbym, żeby to był teatr, który będzie grał repertuar dla szerokiej publiczności, że będzie teatrem poruszającym aktualne tematy, odwołując się do wybitnych dzieł literatury dawnej i współczesnej, nie niszcząc jej przymusową dekonstrukcją i dekompozycją.

Wie pan, jak swoją przygodę z Operą Wrocławską zaczynała była już dyrektor Ewa Michnik?

Wiem.

Ona też musiała zmierzyć się z kilkumiesięcznymi protestami, tyle że związkowców. A później odnosiła wielkie sukcesy. Chciałby pan powtórzyć jej sukces?

Zna pan kogoś, kto by nie chciał?

Z Cezarym Morawskim, dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu rozmawiał Tomasz Pajączek.
http://wroclaw.onet.pl/cezary-morawski-moje-odwolanie-to-jest-jakies-nieporozumienie/pm7mh5w


#teatrpolski

Leave a Reply