Dyrektorskie podchody

Dyrektorskie podchody odnosi się do felietonu Witolda Mrozka pt. „Plotkarski felieton o stołkach”

Dyrektorskie podchodyI jest on rzeczywiście plotkarski, albowiem każdy kto zna panujące układy w świecie teatralnym, wie że niewiele w nim jest esencji jeśli chodzi o dyrektorskie notowania wymienionych w nim nazwisk.

Ciekawe natomiast są w nim dwie rzeczy:

Po pierwsze obrazuje on rzeczywiście jakimi torami toczy się często myślenie tych, którzy w rzeczywistości obsadzają dyrektorskie stołki, czyli urzędników, albowiem mit o uczciwych konkursach jest jeno mitem właśnie, bo w rzeczywistości służą konkursy tylko do legitymizacji wcześniej wybranych w zaciszach gabinetów nazwisk.

A po drugie bardzo prawdziwe jest stwierdzenie, że wielu wziętych artystów woli skupić się na własnej pracy twórczej niż intrygowaniem i politykowaniem, aby dobrać się do dyrektorskiej posady, która obciążona jest walką z urzędnikami, frekwencją i cięciami budżetowymi.

Dlatego właśnie obserwujemy już od dłuższego czasu syndrom co raz słabszych dyrektorów, którzy szukają ratunku w dyrektorowaniu, albowiem nikt nie chce ich zatrudniać do reżyserii.

A co do oznacza dla jakości prowadzonych przez nich placówek, kiedy jeszcze owe dyrektorskie słabeusze są opanowani chorobą zazdrości, która nie pozwala wpuszczać do teatru lepszych od siebie, nie trudno sobie wyobrazić.

Amen

Plotkarski felieton o stołkach

Wróżenie z fusów na temat nowych dyrekcji to popularna rozrywka bankietowa – kto, z kim i przeciw komu. Oczywiście zabawa ta straciła sporo z kolorytu, odkąd ustały spiskowe teorie dziejów na temat kolejnych teatrów przejmowanych rzekomo przez Macieja Nowaka. Dziś Nowak stara się w Poznaniu sprostać własnej legendzie, zaś nowi dyrektorzy coraz częściej wyłaniani są w postulowanych intensywnie latami przez tzw. środowisko konkursach – pisze Witold Mrozek.

Z drugiej strony, dyrektorskie ambicje części tzw. młodego pokolenia – którym w polskiej kulturze, jak wiemy, jest się do mniej więcej pięćdziesiątki – tam, gdzie występowały, najczęściej zostały zaspokojone. Wielu wziętych artystów woli dziś skupić się na pracy twórczej, niż walczyć z urzędnikami, frekwencją i cięciami budżetowymi. Chyba coraz częściej okazywać się będzie , że środowisko teatralne cierpi na syndrom tzw. krótkiej ławki. Tymczasem potencjalnych wakatów przybywa. Przyjrzyjmy się im i popuśćmy wodze fantazji. Kto na który stołek?

Pierwsza niespodzianka – w krakowskim Teatrze Słowackiego Krzysztof Orzechowski kończy dyrekcję po 17 latach rządów. Jak pisze lokalna prasa, władze województwa zdecydowały się na konkurs mimo lobbingu samego kardynała Dziwisza. A każdy, kto miał coś wspólnego z krakowskim życiem społecznym, wie, jak powiązana z politykami obu prawic jest krakowska kuria. Kto przejmie miniaturowy Burgtheater przy Plantach? Można wyobrazić sobie różne opcje: spośród reżyserek powracających do Teatru Słowackiego, uwagę zwraca np. Agata Duda-Gracz. Do kojarzonej z Teatrem Słowackiego wizji teatru literackiego i psychologizującego pasowałaby Agnieszka Glińska i może dobrze by się w Krakowie sprawdziła, ale nie wiem, czy po przygodach z warszawskimi urzędnikami i menadżerami chciałoby jej się znów pakować w kierowanie instytucją. Ciekawą kandydaturą byłby Paweł Miśkiewicz – niedawno z zespołem Teatru Słowackiego zrobił udaną wariację na „Króla Leara”, na festiwalu Boska Komedia podbił publiczność świetną „Podróżą zimową”, ma dyrektorskie doświadczenie z Warszawy i Wrocławia. Być może w wypadku zwycięstwa Miśkiewicza do Krakowa wróciłby wtedy Krystian Lupa, a Jan Klata nagle miałby niespodziewaną konkurencję. Między placami: Świętego Ducha a Szczepańskim z pewnością wytworzyłoby się intensywne napięcie. Tyle tylko, że dla niektórych konserwatywnych krakowskich opiniodawców, przesiadujących przy Teatrze Słowackiego w Café Trema, Miśkiewicz stanowiłby zapewne zbyt „młodzieżową” propozycję.

To nie koniec przetasowań pod Wawelem. Ratusz rozpisał konkurs w nowohuckim Teatrze Ludowym, zapomnianym przez Boga i media. Tu wiadomo już, kto startuje. Jedna z propozycji ma charakter dynastyczny: start ogłosił Jerzy Fedorowicz junior, dziś wicedyrektor, przez wiele lat pracujący w dziale promocji teatru za dyrekcji swego ojca i jego pełnomocnika, a potem zastępcy – Jacka Stramy. Jerzy Fedorowicz zasiada w parlamencie z list PO, syn był przez pewien czas radnym miejskim. Konkurencją dla niego jest Piotr Sieklucki, To szef prywatnego Teatru Nowego przy Gazowej – założonego 10 lat przez wychowanków krakowskiej PWST – dziś sceny o dość lekkim, klubowym charakterze, kojarzonej z obyczajową lewicą. O dyrekcję w Nowej Hucie starają się też m.in. reżyserzy Małgorzata Bogajewska i Piotr Waligórski, a także Dorota Ignatjew, która jako wicedyrektor rozruszała Teatr Zagłębia w Sosnowcu.

Tymczasem we Wrocławiu wciąż nie wyjaśniło się, co dalej z Krzysztofem Mieszkowskim, szefem Teatru Polskiego i posłem Nowoczesnej. Miasto zapowiada konkurs, ale go nie ogłasza, rada artystyczna teatru protestuje. Tym, co jak się zdaje mogłoby uratować dyrektora Polskiego na parę kolejnych lat, byłby powrót do Wrocławia Bogdana Zdrojewskiego. Eksminister jest poważnym kandydatem na szefa dolnośląskiej Platformy Obywatelskiej, wcześniej wielokrotnie wspierał Mieszkowskiego w opałach. Można wyobrazić sobie scenariusz, w którym jako nowy lider forsuje przedłużenie kontraktu w zarządzie województwa. Byłoby to chyba dla Platformy korzystne wizerunkowo. Choć kto jeszcze wierzy, że działania w zakresie polityki kulturalnej jakkolwiek przekładają się na wyborcze wyniki?

Jeśli jednak przedłużenie kontraktu Mieszkowskiego się nie uda, sukcesja po nim będzie najgorętszym teatralnym tematem tego roku. Niektórzy spodziewali się, że o dyrekcję będzie się starał Michał Zadara, który właśnie po prawie trzech latach pracy z całym zespołem zrealizował 14-godzinne „Dziady” bez skrótów – istotne wydarzenie w historii teatru polskiego, również tego pisanego z małych liter. Jednak Zadara zapowiada, że w razie konkursu nie wystartuje – nie chce być dyrektorem nigdzie poza Warszawą.

Krążą też plotki, że na Polski ostrzy sobie zęby Jacek Głomb, od 22 lat kierujący Teatrem im. Modrzejewskiej w Legnicy. Jego dyrekcja oznaczałaby zapewne głębokie zmiany w profilu artystycznym sceny – Głomb ma gust raczej zachowawczy, żadne tam eksperymenty. Ale my, wiadomo, plotek nie powtarzamy.

To nie koniec wieści z Dolnego Śląska. W Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu kończy się również kontrakt Danuty Marosz. Czy władze województwa go przedłużą, nie wiadomo. Marosz, przez wiele lat wałbrzyska radna, jako dyrektor naczelna zatrudniała kolejno czterech zastępców ds. artystycznych: Piotra Kruszczyńskiego, Sebastiana Majewskiego – którzy wprowadzili Wałbrzych do ekstraklasy – później Piotra Ratajczaka i wreszcie, od roku, Macieja Podstawnego. Ten ostatni tchnął w zastały już trochę teatr nowe życie, zrobił z niego miejsce debiutów i scenę _naprawdę_ młodego pokolenia reżyserów (patrz początek tekstu). Szkoda by było to zaprzepaścić.

Na koniec, spójrzmy na Warszawę. Być może szykuje się tu 246 odcinek telenoweli pt. „Teatr Studio”. Chodzą słuchy, że rozpisany będzie konkurs na nowego wicedyrektora artystycznego – następcę Agnieszki Glińskiej, podwładnego Romana Osadnika.

Ciekawe, kto w by takim konkursie wystartował. Atmosfera wokół teatru – po konflikcie dyrektora naczelnego z dyrektor artystyczną i rezygnacji tej ostatniej – nie jest, oględnie mówiąc, najlepsza. Musiałby to być ktoś albo bardzo odważny, albo zdesperowany, albo zgadzający się po prostu na rolę kuratora jednego z programów, a nie żadnego „dyrektora”.

A konkursów w Studio sporo. Niedawno Osadnik rozpisał jeden na kierownika galerii Studio, wcześniej we współpracy z Instytutem Muzyki i Tańca przeprowadził drugi na kuratora programu tanecznego. I niby wszystko fajnie, niby taki scenariusz służy przejrzystości i konkurencji, więc zgadza się z liberalnym, późnokapitalistycznym zdrowym rozsądkiem. Tyle tylko, że przy takiej strategii zarządzania możemy mieć do czynienia z instytucją hybrydą – potworem Frankensteina, gdzie program wydarzeń w barze na dole mało ma wspólnego z tym, co dzieje się na scenie, program taneczny powstaje w zupełnym oderwaniu od propozycji dramatycznych, a galeria też idzie odrębnym, własnym torem. Od takiej wizji tylko krok do rozpisywania przetargów na premiery. Traci na tym charakter i wyrazistość miejsca.

Z miejsc mniej wyeksponowanych: zmieni się dyrekcja Ateneum. Teatr pełen celebryckich twarzy, w którym dziś nie za wiele się dzieje. Kulesza, Dorociński, Opania, Fronczewski – wielu ich fanów często nawet nie kojarzy, że wszyscy pracują na etatach przy ul. Jaracza.

Interesującym kandydatem na szefa Ateneum byłby znów szerzący swoją wizję nowego „teatru popularnego” Zadara. Umie wykreować wizję, jest pracowity, ma olbrzymią determinację i budzące zazdrość, podziw bądź niechęć zdolności autopromocyjne. Dogadałby się z celebrytami, radzi sobie z pracą w trudnych warunkach – to spektakle Zadary uratowały końcówkę sezonu w Powszechnym. Z drugiej strony, bardziej realny byłby ktoś, kto sam jest bardziej celebrycki i ktoś, kogo władze Warszawy mniej by się bały. Może Tomasz Karolak? Jego IMKA borykała się niedawno z finansowymi problemami, zresztą nie byłaby to pierwsza unia personalna w polskim teatrze. Czekałaby nas być może wtedy kolejna wariacja warszawskiego snu o West Endzie, ale i tak byłoby ciekawiej niż dziś.

Wszystkie powyższe plotki, hipotezy i insynuacje są i tak niczym przy zabawie, która czeka nas w przyszłym roku. Wtedy kończy się kadencja dyrektora w Teatrze Dramatycznym m. st. Warszawy – złączonym z trzech dawniejszych scen osobliwym pomniku polityki kulturalnej Hanny Gronkiewicz-Waltz. Czy oznacza to koniec epoki Tadeusza Słobodzianka? O tym, być może, w kolejnych odcinkach.