Dyrektorzy przekleństwem polskiego teatru

Dyrektorzy przekleństwem polskiego teatru – to właśnie dyrektorzy teatrów są winni obecnemu fatalnemu stanu polskiego teatru instytucjonalnego.

Dyrektorzy przekleństwem polskiego teatru


Dyrektorzy przekleństwem polskiego teatru

Czytam, że Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów chwali się tym, że w Klasyfikacji zawodów i specjalności pojawił się zawód “dyrektor teatru” i że zmiana ta dokonała się dzięki temu Stowarzyszeniu i myślę sobie, że to właśnie dyrektorzy są winni fatalnemu stanu polskiego teatru.

Gdzie nie spojrzeć, tam jakaś miernota na stanowisku, której jedyną umiejętnością jest umiejętność wchodzenia władzy w cztery litery, a jedyna „zasługa” to układy towarzyskie, rodzinne, albo polityczne, dzięki którym dostała się taka miernota na stanowisko.

Jakiś palant, któremu nie powierzono by reżyserii teatru cieni rozkłada na łopatki jeden ze stołecznych teatrów, dzięki układom ze „spółdzielnią teatralną”.

Inny robi dokładnie to samo z innym stołecznym teatrem pozbywając się utalentowanego dyrektora artystycznego, a tkwi dalej przylutowany do stołka dzięki protekcji homolobby.

Jakiś trzeciorzędny aktorzyna nawet bez papierów reżyserskich, który wcześniej występował w teatrze tańcząco-śpiewanym, marginalizuje największy teatr w regionie i robi z niego skansen, grając tylko w gwarze i robiąc tylko teatr o problemach jednej z mniejszości, a pozwala mu się na to, bo jest jakimś pociotkiem szarej eminencji kultury w danym województwie.

Jakiś fałszywy guru w innym największym teatrze regionu otoczył się małą, ale silną grupką dupolizów i przez 10 lat programowo zadłużał teatr, równocześnie wypłacając horrendalne honoraria swojemu dworowi niby-aktorów i falsyfikatów-reżyserów.

Rzeczona „spółdzielnia teatralna” przez ostatnią dekadę poobsadzała swoimi członkami prawie wszystkie teatry miernotami, których jedyną „zasługą” było mniej lub bardziej jawne członkostwo w owej „spółdzielni” i przez dekadę owi dyrektorzy próbowali na siłę wciskać widzom jakiś intelektualny bełkot zwany „nowym teatrem”, który był niczym innym niż jednym wielkim blefem, mającym za zadanie zatuszować brak jakichkolwiek kompetencji zawodowych zarówno zatrudnionych reżyserów, jak i samych dyrektorów.

A wszystko to działo się przy głośnych fanfarach pochwalnych największych szkodników teatralnych, jakimi jest grono opiniotwórczych pseudorecenzentów, którzy wychwalali powstałe sceniczne fekalia i nazywali je majstersztykami. A ponieważ widownia swój rozum ma, do teatru chodzi dzisiaj o 30% mniej widzów, niż 10 lat temu.

Dlatego trudno nie czuć ogromnej satysfakcji, że głowa po głowie dyrektorskiej się zaczyna toczyć i szkodnik po szkodniku zaczyna być tępiony. I nie ma to bynajmniej z mojej strony nic wspólnego z aprobatą polityki dobrej zmiany, a jedynie ogromną ulgą, że być może nadchodzi kres tych fałszywych papieży teatru i że wkrótce znikną zarówno owi dyrektorzy-szkodniki, jak i ich piewcy i zajmą należne im miejsce na śmietniku historii.

Oby!!!

Amen.


#teatr