Dzieci zakałą restauracji

Dzieci zakałą restauracji – problem dzieci w restauracjach to nie problem, a skrót myślowy. Prawdziwym problemem są rodzice.

Nie dalej niż wczoraj, kiedy byłem na objedzie z moją scenografką kilka nieznośnych bachorów zakłócało nam nie tylko swobodną rozmowę, ale także spokojne spożywanie posiłku i oboje wymieniliśmy myśli na temat niewychowanych dzieci w restauracjach, które sprowadzały się tak naprawdę do jednego, że całkowitą odpowiedzialność ponoszą rodzice, którzy nie wychowują swoich latorośli.

Daleko mi do tego, żeby samego siebie jak dziecko uważać za ideał, ale pamiętam, że przynajmniej raz w tygodniu chodziłem za mamą do restauracji i nie tylko potrafiłem wcześnie samodzielnie posługiwać się sztućcami, ale także wiedziałem, że nie służą one do zabawy, że je się z zamkniętą buzią, że nie gada się z jedzeniem w ustach, że nie biega się po restauracji bo nie jest to plac zabaw, że nie krzyczy się i nie gada głośno w miejscach publicznych, że kobieta puszcza się w drzwiach przodem i że damom należy odsunąć krzesło, kiedy siadają, więc do szewskiej pasji doprowadzają mnie rodzice, którzy puszczają swoje potomstwo samopas i mają jeszcze muchy w nosie, kiedy zwraca się im uwagę na niegrzeczne zachowanie ich dzieci.

Dlatego w pełni się zgadzam z autorką poniższego artykułu, że wszystkiemu są winni rodzice.

Dzieci zakałą restauracji

Twoje dziecko nie jest świętą krową i ty też nią nie bądź!

Z zamiarem napisania tego tekstu noszę się od roku, może dłużej. W knajpach jem ciągle, więc rozwrzeszczane dzieci spotykam dość często. To jest po prostu statystyka, a nie to, że wszystkie dzieci wrzeszczą. Tylko, że problem dzieci w restauracjach to nie problem, a skrót myślowy. Problemem są rodzice.

Na początek rozgraniczmy dwie rzeczy: knajpy dedykowane rodzicom z dziećmi, z kącikami zabaw od takich, w których nie ma nawet jednej złamanej kredki czy innego misia. W tych pierwszych godzisz się na to, że spotkasz kilka dziewczyn na ploteczkach i orbitujące wokół nich dzieciaki. To jest normalne i jeśli wchodzisz do takiego miejsca, to z tym nie dyskutujesz. Matka też człowiek i potrzebuje czasem wyjść do ludzi. O tych knajpach dziś nie rozmawiamy.

Dziś dyskutujemy o miejscach, które w żaden sposób nie wysyłają komunikatu: „Wpadnij z dzieciakami, u nas nie będą się nudzić!”. Dyskutujemy o knajpach dla dorosłych, ewentualnie dorosłych z dziećmi, które potrafią się zachować przy stole. Żeby było jasne – nie mam nic przeciwko dzieciom, czasem nawet dają się lubić. Sama spotykam się w knajpach z dzieciatymi koleżankami. Jest tylko jedno „ale” – zawsze wybieramy miejsca, w których dzieci nie będą się nudziły, ewentualnie knajpy dla dorosłych, jeśli z góry wiadomo, że dzieciak jest dobrze wychowany i nie wyrywa dermy z siedzeń. Albo nie skacze w butach po stole, podczas kiedy zachwyceni rodzice nagrywają to telefonem (autentyk). Albo nie niszczy wystroju knajpy, podczas gdy rodzice nie widzą powodu, aby pokryć koszty zniszczeń, bo „to tylko dziecko” (również autentyk).

To wszystko nie świadczy źle o dziecku, tylko o rodzicach, bo dziecko pozwoli sobie na tyle, na ile pozwolą mu rodzice. Przykład zawsze idzie z góry. Jeśli dajesz pozwolenie na takie zachowania, to problem jest z tobą, a nie z twoim dzieckiem, ponieważ nie uczysz go ani szacunku dla innych ludzi, ani szacunku dla cudzej własności.

„To tylko dziecko”, „Przecież nie przywiążę go do krzesła”, „Jest energiczny, musi się wybiegać!”

Razem z powiciem dziecięcia spada na ciebie szereg obowiązków. To nie jest tak, że twoje dziecko jest pozłacane i cały świat ma podzielać twój zachwyt. Świat chce mieć święty spokój, a twoim obowiązkiem będąc w miejscu publicznym jest dbanie, aby twoje dziecko nie uprzykrzało tego czasu innym.

Rozumiem, że działają na ciebie hormony i być może płacz dziecka brzmi w twoich uszach jak pieśń o miłości, ale zrozum też ludzi, którzy obok próbują w spokoju zjeść obiad, podczas gdy twój dzieciak funduje im łupiący w skroniach ból głowy. Nie tylko ty płacisz za obiad i ci się należy – cała reszta też płaci i też jej się należy. Restauracja to miejsce takie samo, jak teatr czy muzeum. Wyobrażasz sobie, aby podczas spektaklu przez pół godziny wyło dziecko i nikt nie reagował? No właśnie. Jeśli nie możesz go uspokoić, to po prostu wyjdź na chwilę i poczekaj, aż mu przejdzie. Szanujmy się.

Bądźmy dla siebie ludzcy i traktujmy innych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani.

Tu dochodzimy do pewnego rodzaju egoizmu, który jest po prostu nieznośny. Kiedy prowadzę samochód staram się nie uprzykrzać życia innym kierowcom, jeździć żwawo i płynnie, a jak włączam się do ruchu, to wciskam w podłogę, aby człowiek za mną nie musiał hamować. Myślę o innych, bo nie jestem pępkiem świata. To samo dotyczy ciebie i twojego dziecka. Rozumiem, że kochasz je do obłędu, a jego kupka pachnie fiołkami, ale zrozum, nie wszyscy muszą podzielać tę miłość. Wyobraź sobie taką sytuację: jesteś na romantycznej randce ze swoim facetem, na stole świece, pyszne jedzenie, głęboko patrzycie sobie w oczy i… w tym momencie dzieciak przy stole obok zaczyna walić łyżką w talerz. Raz, drugi, piętnasty, jeb, jeb, jebjebjebjeb!, a rodzice nic – zen, spokój, niewzruszenie jedzą zupę (autentyk). No i co, wkurza cię to? Pewnie, że cię wkurza.

Nie wiem też skąd w niektórych rodzicach bierze się przekonanie, że w restauracji obsługa ma obowiązek nie tylko podać im jedzenie, ale także niańczyć dziecko? Ty masz ten obowiązek. Od niańczenia cudzych dzieci są niańki, a nie kelnerzy. Ganiające między stolikami dzieci może i są pocieszne, ale ciekawa jestem czy dalej będzie tak wesoło, jak na głowie rozkosznego malucha wyląduje talerz gorącej zupy. Do kogo będziesz miała wtedy pretensje? Bo powinnaś mieć do siebie, że nie przypilnowałaś. Czy -eś.

I wcale nie chodzi o to, aby młode matki zamknąć w domach i zakazać im wstępu do restauracji. Wprost przeciwnie – uważam, że wychodzenie z dziećmi do miejsc publicznych innych, niż parki jest super. Szybko uczą się pewnych norm społecznych i są bardziej kontaktowe. Właśnie dlatego jak grzyby po deszczu powstają knajpy z kącikami dla dzieci.

Jeśli nie jesteś pewien, czy twoja pociecha będzie grzeczna, to wybierz miejsce, w którym może być niegrzeczna.

Jesteś autorem, odpowiedzialność za dziecko jest zawsze po twojej stronie, więc kiedy inni goście czy obsługa zwracają ci uwagę, to nie strzelaj focha, bo „to tylko dziecko”, nie unoś się. To jest AŻ dziecko. TWOJE dziecko. A zwrócenie uwagi to nie afront, więc nie bierz tego osobiście. Trudno, aby ktoś zwracał uwagę dwulatkowi, kiedy obok siedzą jego rodzice. Dzieci płaczą, krzyczą, są głośne i są wszędzie. To normalne, bo dzieci tak po prostu mają, ale…

…ciąży na tobie społeczna odpowiedzialność, obowiązek myślenia także o tym, jak zachowanie twojego dziecka wpływa na innych.

Ostatnio miałam taką sytuację: knajpa, trójka dorosłych, dwoje dzieci. Dorośli pogrążeni w rozmowie, zaś dzieci, na oko pięcioletnie, wyjąc jak syreny strażackie biegają wokół stołu. Mija kwadrans, mija pół godziny, sytuacja bez zmian. Są jak zajączki z reklamy Duracell. Powolutku w środku umieram. Dlaczego nikt nie reaguje? Dla kontrastu kawałek dalej para z dwójką dzieci, jedno mniej więcej trzyletnie siedzi przy stole i rysuje kredkami, które przyniosła mu mama, drugi bobas w wózku smacznie śpi. Rodzice konsumują obiad. Tych drugich w myślach błogosławię, ale wiem, że jak zwrócę uwagę tym pierwszym, to będzie agresja i obraza majestatu. Rodzicu, nie unoś się i zechciej zauważyć, że nie jesteś sam!

Nie mam dzieci, ale mam psy i za ich zachowanie w miejscach publicznych jestem tak samo odpowiedzialna, jak ty za zachowanie swojego dziecka. Właśnie dlatego Precel tym razem nie pojechał z nami do Włoch, bo w przeciwieństwie do Polki jest czasem nieznośnym nicponiem i muszę z nim jeszcze sporo popracować, nim bezstresowo będę mogła go zabierać w miejsca publiczne. Nie oburzaj się o ten przykład, bo jest całkiem trafiony.

Chodzi o odpowiedzialność.

Jasne, że potrafię sobie wyobrazić skrajny poziom zmęczenia. Być może twój maluch nie śpi w nocy, w związku z czym ty chodzisz na rzęsach. Być może puszczenie go luzem w knajpie daje ci wybawienie w postaci półgodzinnego gapienia się w ścianę i snu z otwartymi oczami. Ja to naprawdę rozumiem i jestem pełna współczucia, ale na miłość boską – wybierz knajpę z kącikiem zabaw dla dzieci i wtedy gap się w tę ścianę nawet i dwie godziny!

Są oczywiście restauracje, które informują wprost, że nie życzą sobie małych dzieci, np. Altelier Amaro nie akceptuje rezerwacji z dziećmi poniżej 14 roku życia i mają tę informację na swojej stronie. Jeśli jednak ze strony restauracji nie ma takiego jasnego komunikatu, to jedynym, do czego mogę się odwołać jest twoje wyczucie, empatia, kultura osobista i może telefon przed wizytą. W ten sposób dowiesz się, czy to odpowiednie miejsce dla twojego dziecka.

To wszystko sprowadza się do bardzo prostych rzeczy: odpowiedzialności za własną pociechę i odrobiny empatii. Miejsca publiczne dlatego nazywane są miejscami publicznymi, że nie jesteśmy w nich sami i w związku z tym powinniśmy respektować pewne niepisane prawa. Jednym z nich jest zachowanie, które nie jest uciążliwe dla innych.

Magda

http://krytykakulinarna.com/dziecko-w-restauracji/


#dzieci