Dziennikarz jak szmata

Dziennikarz jak szmata to doskonały felieton Karoliny Korwin Piotrowskiej na temat kim tak naprawdę jest współczesny dziennikarz i czym jest współczesne dziennikarstwo.

 

dziennikarz jak szmataZgadzam się w pełni z Panią Karoliną i pisałem już o tym niejednokrotnie na moim blogu.

Standardy dziennikarstwa w Polsce już dawno osiągnęły dna, a ta grupa z Panem Lisem na czele, która najgłośniej wydziera się teraz na temat wolności mediów, zagrożeniu demokracji itd., itp., etc. przodowała w tych niskich lotach, jak nikt inny.

Ta grupa także, jak żadna inna była pupilkami poprzedniej władzy i czerpała z tego astronomiczne korzyści.

Ich wrzask jest niczym innym, niż wrzask bydła pozbawianego koryta.

Dlatego nie oczekujcie po mnie współczucia, ani poczucia zagrożenia demokracji.

Ja na żadne marsze ratujące ich ozłacane tyłki iść nie będę, bo zasłużyli oni dokładnie na to, co otrzymują.

Amen

 

Ludzie mają dziennikarzy w d…. TVP też. Dokładnie TAM.

Karolina Korwin Piotrowska
dziennikarka i prezenterka telewizyjna


Przez ćwierćwiecze demokracji udało się zrobić na pewno jedno: zawód dziennikarza z szanowanego stał się sprowadzony do funkcji szmaty. A więc nie udawajmy, że płaczemy nad niezależnością i pracownikami TVP.

Pamiętam, kiedy pisałam „Ćwiartkę” i czytałam rankingi najbardziej szanowanych zawodów w Polsce. Jeszcze w latach 90 dziennikarz był w czołówce, wzbudzał zazdrość, bo każdy wiedział, że dziennikarz nie mógł być jakimś wioskowym głupkiem, coś musiał jednak umieć, coś reprezentować, by mówić do ludzi.

Potem sytuacja się zmienia. Pamiętam te momenty, kiedy jakaś jedna czy druga miła pani, która co prawda nie umiała złożyć poprawnie zdania, ale uśmiechała się ładnie, zaczęła tu i ówdzie nazywać siebie dziennikarką, bo na przykład dane jej było zadać jedno durne pytanie na wizji jakiemuś aktorowi albo innemu równie znanemu jak ona. Niektórzy mówili wtedy, że jednak może potrzebne są jakieś kryteria, aby kogoś nazwać dziennikarzem, tak jak potrzebujemy kryteriów, by kogoś nazwać aktorem, lekarzem etc. Że jednak to zawód zaufania, że trzeba jednak coś więcej umieć….Naprawdę?

Kiedy przyszły media komercyjne, weszły inne standardy. Liczy się ten, kto ma widzów. Ten, kogo ludzie słuchają. To zdrowe i normalne. Pojawiły się też duże pieniądze, zaczęto po cichu plotkować o wysokich kontraktach dla tych najlepszych, zwykle bez grama prawdy w wysokości tychże kontraktów, ale pokazywało to jedną tendencję- dziennikarz stawał się powoli gwiazdą, celebrytą, osobą ze ścianek i okładek kolorowych pisemek do czytania u dentysty.

Dziennikarze zaczęli nie tylko stawać na ściankach, ale i coraz bardziej ochoczo udzielać wywiadów o swoim życiu na łamach prasy kolorowej. Pamiętamy okładki z wyznaniami Tomasza Lisa, Beaty Tadli, Hanny Lis czy Piotra Kraśki? Były szef „Faktów”, Kamil Durczok, też co jakiś czas czuł się w obowiązku poinformować ludność na łamach kolorowej gazety, co u niego słychać. Wszak wiemy o ich życiu i przemyśleniach niemal równie wiele, co o życiu intymnym Dody, Górniak czy Karolaka. Pamiętam, jak patrzono na mnie krzywo, kiedy mówiłam głośno o tym, że w normalnym kraju, w normalnych mediach jest nie do pomyślenia, żeby szef dużego programu informacyjnego czy prowadząca go dziennikarka latali po mediach kolorowych i opowiadali o tym, jak żyją i z kim i dlaczego oraz jaki krem albo motor kupują. To się odkładało latami gdzieś w umysłach ludzi, że taki dziennikarz niewiele rózni się od pani z nowymi cyckami na ściance. Jest wart tyle samo. Czyli coraz mniej. A czy ma coś do powiedzenia? A co mnie to obchodzi, czytałam o nim w „Vivie”…

Równocześnie, wraz z mnogością wyznań o życiu, miłości, ciąży, botoksach czy rozwodach, szacunek do tego zawodu wśród odbiorców leciał na tak zwany zbity pysk. Można sprawdzić. Ludzie chętnie nazywający siebie dziennikarzami przeszli na stronę taniego, cekiniarskiego celebryctwa a więc odbiorca zaczął ich traktować jak celebrytów. Ich się nie szanuje, bo i za co?.

A do tego, nie ukrywajmy tego, wielu z dziennikarzy z wielu stron i firm medialnych, bez względu na to, jaki kapitał za nimi stoi, zmieniło ten zawód w brudną szmatę do szybkiego wynajęcia. Pojawiło się też wiele osób, które bycie celebrytą z bankietu, z profilu na Instagramie i pokazu mody pomyliły z robieniem dziennikarstwa. Standardy? A co to takiego? Wiedza? Obycie? Od kilku lat ten zawód, zarówno w telewizji jak i szczególnie w gazetach, jest jak pole minowe. Dziennikarze z grupy obdarzonej szacunkiem stali się grupą słabo opłacanych, niepewnych swego losu ludzi, którzy czują, jak grunt powoli usuwa się im spod nóg i jak ich kariera coraz bardziej nie zależy od nich samych tylko od tego, kto jest aktualnie przy władzy i czy mają lajki na fejsie.

Krystyna Pawłowicz na facebooku, fot. screen z Facebook

Krystyna Pawłowicz na facebooku, fot. screen z Facebook

Teraz mamy sytuację, kiedy spora grupa z nich, znanych i podobno lubianych, jest na liście Pani Pawłowicz, która na Facebooku zapowiada otwarcie ich koniec. Czy to kogoś naprawdę teraz interesuje? Czy ktokolwiek naprawde się tym przejmuje? A kogo do jasnej cholery naprawdę interesuje los celebryty, który jest jak papier toaletowy, do szybkiego użycia? Jeśli z własnej woli stawiasz sie na tej samej półce co pani z nowym botoksem i cyckami, to nie dziw się, że ludzie teraz po cichu zaczynają kibicować twemu zapewne widowiskowemu upadkowi. Bo upadek jest cholernie medialny, wiesz coś o tym, robiłeś przecież media. W filmie„Wolny strzelec”, który pokazuje nowe media od tej najgorszej, najstraszliwszej strony, coraz częściej obecnej i w Polsce, pada takie zdanie: „Wyobraź sobie nasze wiadomości jako krzyczącą kobietę biegnącą po ulicy z poderżniętym gardłem”. Tak teraz wygląda często dziennikarstwo, albo to, co w porywach dobrego humoru bywa tak nazywane.

Przykro mi, że tak jest, bo swoją przygodę w telewizją zaczynałam w TVP, mam tam wielu znajomych, z których wielu szuka teraz desperacko nowej pracy. Wiele się tam nauczyłam, także tego, że istnieje się tam tak długo, jak długo jest u władzy ten, który dawał ci pracę. O tym, że nie prowadzę „Filmidła” dowiedziałam się pod toaletą. I nikt nie uważał tego za niestosowne czy dziwne. Może to i lepiej, że tak się stało, bo wolę świat w którym funkcjonuję, w którym jesteś wart tyle, ile osób cie ogląda a nie zależysz od tego, kto aktualnie rozkłada partyjne karty. Tam, na Woronicza, jak nigdzie indziej w mediach, to polityka rządzi anteną a nie zawodowstwo.

Z jednego z najbardziej szanowanych zawodów dzienikarstwo w Polsce stało się sprzedajną, służalczą a do tego coraz bardziej durną szmatą. Dziwką do wynajęcia. Kukiełką w rękach sprytnych PR-owców różnych partii czy firm, którzy przekazują mu przekazy dnia. I nie udawajmy, nikogo tak naprawdę nie interesuje, co się stanie z TVP, tak jak niemal nikogo nie interesuje, czy publiczne media będą wolne czy nie i czy narodowe czy wynarodowione. Póki kasa się jeszcze zgadza i leci pogoda po „Wiadomościach”, „M jak miłość” oraz „Rolnik szuka żony” jest pięknie i resztę odbiorca ma dokładnie TAM, ma to w dupsku.

Sami do tego doprowadziliśmy. To cudowna „zdobycz” ostatniego ćwierćwiecza.
http://wiadomosci.onet.pl/opinie/ludzie-maja-dziennikarzy-w-d-tvp-tez-dokladnie-tam/l6k41k


#tvp