Ewa Kutynia, znakomita aktorka

Ewa Kutynia, znakomita aktorka – Ewa Kutynia opowiada o swojej wielkiej miłości do teatru, pracy w filmie i drodze zawodowej.

Ewa Kutynia to jedna z moich ulubionych aktorek i choć mamy z nią zwyczaj żartować, że jesteśmy obydwoje patentowanymi leniami, to uwielbiamy ze sobą pracować i mamy już ze sobą kilka teatralnych “dzieci”.

Po raz pierwszy zagrała u mnie w “Push up – ostatnie piętro”, potem kolejno w “Sinobrodym – nadziei kobiet”, (za którego dostaliśmy obydwoje Złotą Maskę), “Jordan” i “Małych zbrodniach małżeńskich”.

Cenie ją za ogromny profesjonalizm i za to, że nigdy nie spoczywa na laurach i za to, że zmusza mnie do myślenia, albowiem, ciągle ma odwagę pytać się, co reżyser ma na myśli.

 

 

Ewa Kutynia, znakomita aktorka

 

Ewa Kutynia. Wybór był oczywisty

Popularność przyniósł Ewie Kutyni udział w serialu “Kryminalni” w roli aspirant Zuzy Ostrowskiej. Rzadko jednak pojawia się na ekranie. Jej pasją jest scena i teatr – o aktorce Teatru Śląskiego w Katowicach pisze Tomasz Gawiński w Przeglądzie.

«Już w szkole wiedziała, że chce być aktorką. Delikatna, kobieca, lubi sportowy styl. W serialach grała jednak twarde kobiety, policjantki. I to role w “Na dobre i na złe” oraz w “Kryminalnych” sprawiły, że stała się rozpoznawalna. Zagrała w kilku filmach, lecz nie do końca oswoiła się z pracą na planie filmowym. Jej życiem jest teatr.

Wakacje spędza nad morzem. Z mężem i córką. W Jantarze. – Staramy się tak planować urlop, aby jego część była aktywna; zazwyczaj dotyczy to zagranicznego wyjazdu. I wtedy przemierzamy setki kilometrów i odkrywamy różne zakątki. Grecja, Włochy, Portugalia. Nigdy nie siedzimy w jednym miejscu, na plaży; trudno nas spotkać przy basenie.

Ta druga część urlopu jest przeciwstawna. – Spokojny wypoczynek nad morzem, spacery, beztroska. Czas na książki, na gry z dzieckiem, zabawy. Więcej lenistwa. Do Jantara przyjeżdża od wielu lat. Jeszcze będąc dzieckiem, bywała tu z rodzicami. I pokochała to miejsce. Za kameralność i spokój. Najpierw przyjeżdżała z rodzicami, potem z siostrą, a teraz ze swoją rodziną. Na dwa tygodnie. – Znamy wiele okolicznych miejsc. To optymalny czas, aby naładować akumulatory, nie poczuć znużenia. Tutaj naprawdę wypoczywamy. To ich stałe miejsce latem. – Bo w ferie zimowe wyskakujemy w różne zakątki, za każdym razem gdzie indziej.

Pracuje w Katowicach. W Teatrze Śląskim występuje od 1999 r. – Za chwilę będzie już 20 lat.

Zaraz po ukończeniu studiów zagrała epizodyczną rolę w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. A potem była już tylko scena w Katowicach.

Urodziła się w Częstochowie, ale młodość spędziła kilkanaście kilometrów od tego miasta, w Kłobucku. – W rodzinie nie było tradycji aktorskich, ale brakowało też umysłów ścisłych, górę brały upodobania humanistyczne. Mama na dobranoc, obok bajek, czytała mi “Lilije” Adama Mickiewicza, które z jednej strony wywoływały dreszcze, z drugiej rozbudzały ciekawość tego magicznego świata. A tata był najwierniejszym widzem konkursów recytatorskich, w których najpierw uczestniczyła moja siostra, a potem ja.

I wtedy, jak wspomina, w Młodzieżowym Domu Kultury w Częstochowie spotkała Krystynę Koziołek, która przygotowywała ją do konkursów. – Nie tylko pomagała w doborze tekstu, ale też nauczyła mnie najważniejszej rzeczy – że tekst, który mówimy, należy rozumieć. Wtedy nie kłamiemy. Jesteśmy prawdziwi i przekonujący. I to ona zaraziła mnie teatrem i bardzo we mnie wierzyła, co przekładało się na pewność, że mogę iść dalej właśnie tą drogą, że to, co robię, ma sens.

Drugą osobą, która miała wpływ na jej dalsze losy, była nauczycielka języka polskiego w liceum, Wiesława Chęcińska. – To ona doceniała moją indywidualność, której dawałam wyraz, pisząc dość oryginalne prace, mieszczące się raczej w kategorii małych form literackich niż w granicach szkolnego wypracowania. Cały czas mnie motywowała i wspierała, przez co deficyty matematyczne stawały się mało istotne, a kierunek, w jakim chcę pójść – coraz bardziej klarowny. Dlatego mój wybór był oczywisty. Zdecydowałam, że chcę zostać aktorką.

Na studia wybrała uczelnie w Krakowie i Łodzi. Złożyła też, jakby tak trochę asekurancko, papiery na prawo, gdyż jej siostra poszła właśnie w tym kierunku. – Dlaczego te miasta, a nie Warszawa? Bo zawsze chciałam być najbliżej domu, który był dla mnie bardzo ważny. I właśnie do obu tych szkół aktorskich zdawałam.

W obydwu przeszła pierwszy etap, ale potem terminy się pokrywały, zatem wybrała Państwową Wyższą Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną im. Leona Schillera w Łodzi. Startu na prawo zupełnie zaniechała.

Okres studiów, jak to określa, zlał jej się w jedną całość. Nie pozostawił żadnych istotnych wspomnień. – Do wydarzeń pozytywnych, które wtedy zrodziły się na gruncie zawodowym, należała rola Infantki w spektaklu Teatru Telewizji “Diabeł przewrotny” w reżyserii Jana Jakuba Kolskiego. Reżyser znał mnie wcześniej z teledysku Grzegorza Ciechowskiego, “ojDADAna”, który realizował. Ten występ teatralno-telewizyjny wiele mnie nauczył. Zagrałam obok Franciszka Pieczki, Krzysztofa Majchrzaka, Piotra Machalicy. Grałam główną rolę kobiecą, niewiele przy tym wiedząc o pracy na scenie, w teatrze, a zwłaszcza przed kamerą. To był mój debiut. Duży stres, mała świadomość. Gdybym teraz mogła to zagrać, pewnie zrobiłabym to zupełnie inaczej.

Było to jednak, jak przyznaje, ważne doświadczenie. – Podpatrywałam, jak robią to najlepsi. Franciszek Pieczka z wielką skromnością, pokorą i ze spokojem budował swoją rolę. Dla mnie był to pierwszy sprawdzian. Jestem wymagająca wobec siebie, więc z niektórych scen byłam zadowolona, ale z innych już nie. Byłam wtedy na początku drogi i trudno mi to dziś oceniać; wolę skupić się na teraźniejszości.

Zaraz po ukończeniu studiów otrzymała propozycję pracy z Katowic, z Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego. – Nie miałam wątpliwości, czy ją przyjąć. Jak mawiał mój starszy kolega, znakomity aktor, zmarły niedawno Benio Krawczyk: “Aktorstwa uczy się w marszu”, poprzez pracę, a perspektywa etatu dawała mi taką szansę.

Była bardzo zadowolona, choć dobrze wiedziała, że czeka ją mnóstwo pracy. – Jako najmłodsza w zespole wchodziłam z jednej premiery w drugą.

I była to najlepsza szkoła. Różnorodny repertuar, różne sposoby pracy reżyserów sprawiły, że coraz swobodniej i odważniej budowałam swoje postaci, a po jakimś czasie potrafiłam sobie odpowiedzieć na pytanie, nad jakimi tekstami i w jaki sposób lubię najbardziej pracować.

Odkrywała wówczas swoją teatralną tożsamość. – Grałam główne role. Ważne role. Np. Luizę w “Intrydze i miłości” w reżyserii Krzysztofa Babickiego czy Julię w przedstawieniu “Romeo i Julia” wyreżyserowanym przez Bartosza Zaczykiewicza.

Z czasem, kiedy dojrzewała, role się zmieniały. – Wyrastałam z ról podlotków i automatycznie pojawiały się możliwości budowania ról bardziej złożonych, skomplikowanych. Z każdą kolejną sztuką odkrywałam w sobie inne umiejętności.

Pociągało ją i intrygowało, kiedy musiała sięgać po coś nowego,

czasem dalekiego od tego, co dotychczas robiła. – To były cenne wyzwania. Do takich spektakli zaliczam m.in. role Lechy w “Zamianie” wyreżyserowanej przez Annę Smolar albo nagrodzone role w spektaklach “Push up” i “Sinobrody” w reżyserii Grzegorza Kempinsky’ego.

Debiut filmowy tak naprawdę był debiutem serialowym. Wystąpiła w “Na dobre i na złe”. – W istocie to był epizod. Podobnie jak rola dentystki w filmie Michała Rosy “Co słonko widziało”. A zaraz potem pojawili się “Kryminalni”. Zagrałam funkcjonariuszkę, która była w ekipie policyjnej. Występowałam jako aspirant Zuza Ostrowska w parze z Tomkiem Karolakiem. Udział w serialach dawał rozpoznawalność i zasilał domowy budżet.

Jak mówi, teatr miała już oswojony.

– Dużo w nim grałam, odkrywałam różne swoje możliwości. Natomiast praca w filmie, przed kamerą, jest zupełnie inna. Niektórzy rodzą się z jakąś niemal wrodzoną umiejętnością swobodnego bycia przed kamerą, inni muszą ją stopniowo wypracowywać.

A kamera, jak podkreśla, była jej obca.

– Dlatego musiałam jej się nauczyć, oswoić się z nią, ale jak sądzę, chyba nie do końca udało mi się to zrobić. Nigdy nie dotknęłam takiego momentu, abym przed kamerą czuła się tak dobrze, jak na teatralnej scenie. Zresztą żadna z tych ról nie była rolą główną i zawiłą, nie zmuszała do ogromnych poszukiwań.

Zwraca uwagę, że na scenie jest czas na szlifowanie roli, na dyskusje nad nią, na jej analizowanie. – A grając w serialu, niewiele wiemy o postaci, którą kreujemy, nowych szczegółów dowiadując się z odcinka na odcinek.

Dodaje, że z pewnością było to dla niej nowe wyzwanie i doświadczenie.

– Potem zagrałam w serialu political fiction reżyserowanym przez Agnieszkę Holland, Magdalenę Łazarkiewicz i Katarzynę Adamik – “Ekipa”. Wybitni aktorzy, wybitne reżyserki. Spotkanie dużo znaczące zawodowo.

Potem już przez kilka lat nie stanęła na planie filmowym. Skoncentrowała się na pracy w teatrze. Poza tym, jak mówi, zdecydowała się na dziecko. – Było to dość późne, zatem bardzo świadome macierzyństwo. Wiedziałam, że to czas, który chcę poświęcić córce. Rodzina to fundament.

Nawet do pracy w teatrze nie wracałam już z poprzednią intensywnością. Odkryłam, że nie ilość odbytych premier daje największe zadowolenie. Czasem lepiej jest poczekać na mądry, wielowarstwowy dramaturgicznie tekst, a jeśli jeszcze szczęśliwie się złoży – reżyser traktuje swoje zadanie odpowiedzialnie, wymaga i zmusza do poszukiwań. Moje wybory zawodowe szczęśliwie prawie zawsze spotykały się z pełnym zrozumieniem zarówno obecnego dyrektora Roberta Talarczyka, jak i jego poprzedników. Etat w teatrze to także powinność. I czasem zdarza się, że trzeba zagrać w produkcji, która nie do końca leży w mojej estetyce. Jeśli jednak mam możliwość wyboru, absolutnie z niej korzystam.

W 2013 r. mogliśmy zobaczyć ją w TVP w spektaklu teatralnym z jej rodzimej sceny nagranym na potrzeby telewizji. Był to głośny monodram brytyjskich dramatopisarek Anny Reynolds i Moiry Buffini “Jordan” w reżyserii Grzegorza Kempinsky’ego.

Wciąż występuje w Teatrze Śląskim, ale zastrzega, że uważnie przygląda się propozycjom, które ją spotykają.

– Ostatnie zrealizowane ulubione spektakle to: “Chłopiec z łabędziem” i “Conrad” o Józefie Korzeniowskim w reżyserii Ingmara Villqista. Tak naprawdę “Conrad” to kilka ról, bowiem wcielam się we wszystkie żeńskie postaci.

Za tę kreację, spośród kilkuset ról, uznano ją za najlepszą aktorkę na Śląsku oraz Opolszczyźnie i otrzymała za to “Złotą Maskę” na Śląsku.

– To utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto zastanowić się, w jaki sposób i nad czym się pracuje.

O film nie zabiega, ale… – Jeśli pojawi się kiedyś szansa na zagranie ciekawej roli filmowej, na pewno z ogromną radością z niej skorzystam. Miło wspominam okres, kiedy pojawiałam się zarówno na scenie, jak i na planie filmowym, ale i w tej chwili jest mi po prostu dobrze.

Drodzy Czytelnicy, zapraszamy Was do redagowania “Ciągu dalszego”. Prosimy o nadsyłanie na adres redakcji propozycji dotyczących tego, o czym chcielibyście przeczytać.»

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/263015.html

#EwaKutynia