Film jak teatr, czyli najgorsi z najgorszych

Film, jak teatr, czyli najgorsi z najgorszych to wywiad z reżyserem Przemysławem Wojcieszkiem, który mówi całą gorzką prawdę o skorumpowanym środowisku filmowym. 

 

Film jak teatr, czyli najgorsi z najgorszychBardzo podoba mi się ten wywiad, albowiem Przemek ma rzadką cywilną odwagę mówić prawdę o tym środowisku, które w teatrze wygląda dokładnie tak samo i że jego antydotum na taki stan rzeczy jest dokładnie taki sam, jak mój, czyli wyzwolenie się z tego bagna poprzez off – w jego wypadku film niezależny, a w moim teatr niezależny, bo gdyby podmienić w tym wywiadzie słowo film na teatr, wyszedłby dokładnie tak samo prawdziwy obraz do cna skorumpowanego świata teatralnego w Polsce.

Polecam tę lekturę.

 

Przemysław Wojcieszek: Do kina trafiają najgorsi z najgorszych. Chyba nawet sportem zajmują się ludzie mądrzejsi

”Polski reżyser mówiący o moralności to jak tirówka opowiadająca o celibacie”


Przemysław Gulda

Środowisko filmowe to ludzie bez moralności i klasy, festiwale filmowe to parady bezwstydnej głupoty, a w Gdyni filmowy grajdoł pokazuje swoje gnioty przy akompaniamencie fanfar – reżyser Przemysław Wojcieszek nie ma litości dla rodzimych filmowców. Właśnie skończył swój najnowszy projekt – ekranowy pamiętnik zatytułowany „Berlin Diaries”.

Twój najnowszy film, „Berlin Diaries”, to rzeczywiście bardziej kręcony kamerą pamiętnik niż film fabularny. Skąd pomysł, żeby zaproponować widzom taką bardzo nietypową formułę?

– Od dłuższego czasu staram się myśleć o kinie jak o języku, sposobie komunikacji, w którym kamera jest przedłużeniem mojego ramienia, moim okiem. Używam jej, kiedy chcę. Tak jak poeta czy pisarz zapisuje swoje myśli w noszonym przy sobie notesie. Chciałem przekonać się, czy mogę upodobnić tworzenie kina do prostoty pisania wiersza, czy to tylko moje optymistyczne deklaracje. Wyciągnąłem z kąta festiwalową torbę i postanowiłem, że wszystko, czym tworzę, musi się w niej zmieścić. Chciałem się dowiedzieć, ile mogę osiągnąć, posługując się wyłącznie niewielką kamerą z jednym obiektywem i miniaturowym mikrofonem. Skończyło się na pełnometrażowym filmie. Kino jest dziś proste jak poezja. Może dlatego w „Berlin Diaries” jest tyle wierszy.

W filmie nie ukrywasz swojej frustracji, zmęczenia, wściekłości. Skąd się biorą te wszystkie emocje? Co sprawiło, że twoje życie jest dziś w takim punkcie?

– Jedna sprawa to gniew, inna to frustracja. Gniew jest męski, piękny i wyzwalający, i jest to od lat moje ulubione uczucie. Frustrację staram się ograniczać. Po zmontowaniu pierwszej wersji filmu poczułem, jak wiele jest w nim resentymentów. Opowiadania o tym, że chronicznie nie mam kasy, jechania po konkretnych ludziach ze środowiska, którzy blokują moje scenariusze, rozdając w tym samym czasie pieniądze swoim kumplom. Z jednej strony to fajnie przyp***lić komuś po nazwisku, zwłaszcza w filmie, który zostaje na zawsze, z drugiej schodzę wtedy do poziomu tych ludzi. Małych, zawistnych warszawskich geszefciarzy, którzy stają się przypisem do mojej twórczości.

W twoim filmie pojawia się motyw ucieczki i wycofania. Jak się czujesz na uboczu, które sam wybrałeś?

– Zawsze chciałem mieć w kinie polskim taką pozycję, jaką w swoich środowiskach mają pisarze czy poeci, dla których lepiej jest, jeśli trzymają się na uboczu. Przez wiele lat było to niemożliwe, bo walka o miejsce przy żłobie decydowała o powstaniu filmu. Kiedyś urzędnik był Bogiem, należało składać mu ofiarę z własnej przyzwoitości. Dziś biorę aparat i robię film. W każdej chwili mogę zrobić następny. Chciałbym mieć taką pozycję, jaką w świecie literackim ma Jacek Podsiadło. Czyli taką, że – w dużym skrócie – „wszyscy możecie mi skoczyć”.

Do tej pory stawiałeś przed kamerą aktorów i kazałeś się im – raczej w sensie przenośnym niż dosłownym – obnażać. Teraz sam dość mocno obnażasz samego siebie – w obu sensach tego słowa.

– Masz na myśli to, że jestem nagi? Nie mam z tym żadnego problemu. Zawsze śmieszyli mnie aktorzy, którzy mają problem z nagością, bo to jakby hydraulik miał problem z kluczem do rur. Dokonałem tu zresztą pewnych cięć, ale nie chodziło o mój wstyd, którego nie mam. Raczej o dobro aktorki, którą bardzo lubię i życzę jej, aby w tak konserwatywnym kraju jak Polska zrobiła karierę, na którą zasługuje.

Czy kręcenie tego filmu było dla ciebie formą terapii? Czy kręcenie filmów w ogóle jest dla ciebie tym momentem, kiedy żyjesz bardziej, a może żyjesz naprawdę?

– Muszę przyznać, że mam naprawdę świetne spotkania z widownią przy okazji pokazów „Berlin Diaries”. Kilka dni temu przez kilka godzin rozmawialiśmy po projekcji. O życiu, śmierci, o kinie jako rodzaju przeżycia religijnego. O tym, że kamera wyławia jakiś fragment obojętnej nam rzeczywistości i sakralizuje ją, napełnia ją nowym sensem. To świetne, że ten film prowokuje do takich rozmów. Dystrybucja dziennika powinna składać się właśnie z takich spotkań. Powinna być równie intymna jak sam film.

Za jego sprawą odkrywasz swoje miękkie i wrażliwe podbrzusze, wystawiasz się na ataki, a może wręcz hejt. Zarówno ze strony środowiska, jak i widzów, którzy potrafią przecież być bezlitośni. Nie boisz się tego?

– Nie, zupełnie. Mam to gdzieś. Zresztą zawsze miałem. Chcesz, żebym słuchał twojej krytyki? Zacznij najpierw czytać książki, które ja czytam. Zacznij oglądać te same filmy. Może wtedy się tym przejmę.

Ważnym, może wręcz najważniejszym tematem „Berlin Diaries” na płaszczyźnie emocjonalnej jest przepracowywanie traumy po śmierci bliskiej osoby. Czy z kamerą w ręku, a nawet stojąc przed kamerą, łatwiej ci było przejść przez ten proces?

– Ciągle go przechodzę. Nie wiem, czy opowiadanie o tym mi pomogło, ale wiem, że musiałem to zrobić. Śmierć kogoś, kogo bardzo kochasz, zostawia puste miejsce i nie przestaje być ono puste dlatego, że o tym opowiesz. Musisz o tym mówić, ale tak naprawdę niewiele to zmienia. Jeśli ten film dokonał jakiejś pozytywnej przemiany, to raczej uświadomił mi, że wszystko mogę, że jestem całkowicie niezależny. Że jestem równie niezależny, co pisarz lub poeta.

W pewnym momencie filmu wspominasz, że formę filmowego pamiętnika za doskonałą uważał wielki rosyjski mistrz kina Andriej Tarkowski. Ale mówił o tym cztery dekady temu, kiedy nie było jeszcze tych wszystkich form wizualnej autokreacji: Instagrama, Snapchata czy Periscope’a. Czy słowa Tarkowskiego są nadal aktualne?

– Tak, to najbardziej uderzająca myśl, jaką znalazłem w jego „Dziennikach”. Dostał od kogoś kamerę 8 mm i od razu uznał ją za narzędzie artystycznego wyzwolenia. Naszkicował nawet kilka krótkich scenariuszy, ale do realizacji żadnego z nich, o ile wiem, nie doszło. Kontynuacją tego pomysłu wydają mi się jego polaroidy, które zrobił tuż przed emigracją i później we Włoszech. Fotografia natychmiastowa okazała się łatwiejsza niż natychmiastowe kino. Dziś, paradoksalnie, łatwiej jest o natychmiastowe kino niż o dobrego polaroida.

Wychodzi na to, że trochę jednak grasz zaufaniem widza: twój filmowy pamiętnik okazuje się w dużej części fikcyjny. Dlaczego?

– Na początku kręciłem wszystko. W rezultacie miałem wiele godzin materiału, z którego nic nie wynikało. Życie jest monotonne i składa się z identycznych, nieustannie powtarzanych sytuacji. Gromadziłem też dużo różnych myśli, aż w końcu, sfrustrowany, usiadłem przy maszynie do pisania. Napisałem krótki scenariusz, który to wszystko uporządkował, a w związku z tym, że nie potrafię gadać sam ze sobą, zaprosiłem do tej opowieści Joasię Łaganowską. Wątek naszej relacji jest całkowicie fikcyjny, ale myśli są moje i są cholernie szczere. Myślę, że to się czuje.

W filmie jednocześnie padają deklaracje twojej miłości i nienawiści do kina. Kochasz robić kino, ale nienawidzisz tych, którzy robią z tego przemysł?

– Tak, nienawidzę kina, a jednocześnie je kocham. Cały czas porównuję środowisko filmowe do ludzi związanych z teatrem, których przez kilka lat miałem okazję poznać. Mam wrażenie jakiejś potwornej selekcji negatywnej. Do kina trafiają najgorsi z najgorszych. Chyba nawet sportem zajmują się ludzie mądrzejsi i lepiej wykształceni, a przynajmniej nieco bardziej zawstydzeni swoją głupotą. Każdy festiwal filmowy, w którym uczestniczę, to festiwal bezwstydnej głupoty. A jednocześnie patrzę na swoją kamerę i wiem, że to jest moje narzędzie pracy, że mogę nim wszystko, że nie stawia ono przede mną żadnych ograniczeń, że jest to narzędzie absolutnego wyzwolenia w każdym wymiarze: artystycznym, duchowym, zawodowym.

To co jest nie tak z tym przemysłem filmowym? Co ci się w nim nie podoba tak bardzo, żeby krzyczeć o tym w swoim filmie?

– K***a, krzyczę o nim, naprawdę? W Polsce nie ma przemysłu filmowego. Jest środowisko filmowe bardzo zazdrosne o – publiczne zresztą – pieniądze na filmy. Nietolerujące żadnych outsiderów, żadnych oznak niezależności. Niszczące w bezlitosny sposób jakiekolwiek przejawy nonkonformizmu. Wspomniałeś o Tarkowskim. Krzyknąłem z wrażenia, kiedy przeczytałem u niego, że dziennik może być sposobem na obejście sowieckiej cenzury. Bo tak naprawdę nic się nie zmieniło. Robiąc dziś kino w Polsce, możesz być równie dobrze ustawiony jak dawni partyjni reżyserzy. Twoi koledzy rozdają ci pieniądze na filmy, rok później ty rozdajesz im. Nie ma żadnej karencji dla ekspertów. Dziś ja tobie, jutro ty mnie. Idealna, czysta sytuacja. Polski reżyser mówiący o moralności to jak tirówka opowiadająca o celibacie.

Czy polskie środowisko filmowe jest twoim zdaniem przegniłe do krwi i kości, czy da się je jeszcze jakoś naprawić?

– Wszystko zmienia się i idzie w dobrą stronę. Z jednej strony kino jest w coraz większym stopniu dokonaniem indywidualnym. Mogę sam zrobić film, o sobie, o kimś, kogo kocham. Z drugiej kino spełnia się jako doświadczenie wspólnotowe. Pokazuję film widzom, dyskutujemy o nim. Idziemy na wódkę. Gadamy o sztuce, życiu i pierdołach. Niezauważalnie wchodzimy po pas do pobliskiego jeziora, nie przestając gadać, nie gasząc papierosów. Wspaniałe, magiczne doświadczenie.

Jak w literaturze – wciąż jeszcze potrzebny jest wydawca, producent, ale zmniejsza się przestrzeń dla skorumpowanych, wypalonych macherów. Dla tych wszystkich spoconych sk***nów… Widzisz, znowu zaczynam się wk***ać. Nie chcesz może raczej pogadać o muzyce?

Chyba nie. Wolę o tym, że bardzo odważnie mówisz w swoim filmie o temacie raczej przemilczanym – problemach finansowych artysty w Polsce. Wpisujesz się tym samym w serię pojedynczych gestów tego typu, swoistych „coming outów” biedy, z których najgłośniejsza była deklaracja Roberta Brylewskiego. Co cię skłoniło do takich wyznań? Czy nie ciągnie cię do tego, żeby po prostu nakręcić parę reklam za duże pieniądze i nie mieć więcej tego typu problemów?

– A ciebie nie ciągnie do tego, żeby po prostu napisać parę tekstów na cześć Ewy Kopacz albo Andrzeja Dudy i nie mieć tego typu problemów? Nie pamiętasz, jak skończyło się dla Broniewskiego czy Tuwima pisanie wierszy na cześć partii? Jestem reżyserem filmowym próbującym zachować minimum niezależności – to jednak bardzo daleko od: Jestem k***ą za kasę. W tym filmie przez chwilę patrzę na siebie w lustrze. Wyglądam, jak wyglądam, ale jestem w stanie spojrzeć sobie w oczy. To jest coś, czego nie chciałbym stracić.

Stajesz się twórcą coraz bardziej osobnym, ale i wsobnym: twoje filmy stają się dość mocno eksperymentalne, wykraczające poza granice standardowego kina. Co cię tak konsekwentnie pcha w tę stronę?

– Moja dziewczyna powiedziała kiedyś coś, z czym bardzo się zgadzam. Kiedy zaczynasz tworzyć, robisz film o chłopaku albo o dziewczynie, która jedzie rowerem i ma mnóstwo fantastycznych przygód. Po wielu latach robisz film o kimś, kto po prostu jedzie rowerem przez dziewięćdziesiąt minut, i to, czy kogoś spotka czy nie, nie ma większego znaczenia. Jest pęd, chwila, radość z tego, że wciąż cię to cieszy, że wciąż jesteś sobą, że wciąż żyjesz. Interesuje cię bardziej proces i twoja własna kondycja, a większość historii rozgrywa się w twojej głowie. Myślę, że to naturalne.

Ta osobność ma też wymiar instytucjonalny: coraz trudniej zobaczyć twoje filmy w kinach, a nawet na wielu ważnych festiwalach, choćby w Gdyni. Dlaczego? W filmie mówisz o niechęci do „wypełniania tabelek”. Czy to tylko to?

– Bez przesady. „Sekret” debiutował w Berlinie, „Jak całkowicie zniknąć” na Nowych Horyzontach. Film, który teraz przygotowuję, „Stan, w którym jestem”, będzie miał również premierę w Berlinie. Natomiast „Berlin Diaries” to film szczególny. Zrealizowałem go sam, kopia była gotowa na kilka godzin przed projekcją. Jest maksymalnie osobisty i nie wyobrażałem sobie, że wysyłam go byle gdzie i do byle kogo. Nowe Horyzonty to jedyny duży festiwal w Polsce, na którym mogłem go pokazać. Zresztą po tej projekcji dostałem niewielki grant, dzięki któremu powstała strona internetowa, trailer filmu etc.

Nie bardzo też wiem, jak mógłbym promować „Berlin Diaries”. Hej, słuchajcie, zrobiłem film o śmierci mojej matki i o swoich problemach z alkoholem, zapraszam, sala numer osiem! Bez żartów. Myślę, że jest tak, jak być powinno. Na film przyszły osoby, które po prostu chciały zobaczyć to, co zrobiłem. Także ty. Po projekcji podszedłeś do mnie, powiedziałeś: Stary, to jest świetne, pogadajmy o tym. Nie ustawiała tego żadna agencja PR. Film broni się sam. Pyta o niego parę osób. A festiwal w Gdyni był zawsze dla mnie męką. Czułem się tam obco. Na chwilę się to zmieniło, kiedy dyrektorem został Michał Chaciński, ale on był zbyt niezależny i szybko mu podziękowano.

Warszawski grajdoł musi jednak mieć swój festiwal premier, gdzie pokazuje się ich gnioty przy akompaniamencie fanfar. Mógłbym narzekać, że obecny dyrektor tego festiwalu jest godnym pożałowania popychadłem kilku środowiskowych koterii, ale zamiast tego wolę robić kolejne filmy. Wiem, że świetnie sobie poradzę.

Ważnym motywem twoich wczesnych filmów i realizacji teatralnych była wiara – przez niektórych krytyków określana wręcz jako naiwna – w to, że „miłość wszystko zwycięży”. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach bohaterów na powierzchni utrzymywały szczere uczucia. Optymizm, który z tego wynikał, zdaje się zanikać w twoich najnowszych dziełach. Trudno go znaleźć w „Berlin Diaries”. Co się z nim stało?

– Wypłukała go kawa, ogromne ilości kawy. Zrobiłem film o swojej kondycji i jest on pesymistyczny. Co mam zrobić? Pierd***ąć śmiech z puszki? Jest, jaki jest. Chciałbym oglądać więcej takich filmów. Uczyć się życia od innych ludzi.

Gdzie, kiedy i jak będzie można oglądać „Berlin Diaries”? W jaki sposób chcesz dystrybuować i promować ten film?

– Jeśli chodzi o festiwale, postanowiłem wysyłać ten film tylko do przyjaciół. Często są to imprezy, na których nie byłem od lat, ale wiem, że wszystko jest jasne, nie muszę się tłumaczyć i nie muszę niczego „promować”. Jak do tej pory odbiór jest rewelacyjny. Mam pokazy na Ińskim Lecie Filmowym, w Zwierzyńcu, po wakacjach na Cinergii w Łodzi, na Tofifest w Toruniu. Swoją drogą: jeśli ktoś czyta to teraz i czuje się urażony, że do niego nie zadzwoniłem, proszę o telefon.

Innym wyzwaniem jest dystrybucja takiego dziennika. Nie widzę żadnego dystrybutora, który mógłby się tego podjąć. Myślę, że zorganizuję wiosną kilkadziesiąt pokazów filmu w kinach studyjnych i pewnie wezmę udział w większości z nich. A potem wydam film trochę jak książkę, dołączając do niego wiersze i notatki.

Twój najnowszy film, ten, nad którym prace dopiero się zaczynają, przenosi cię dużo dalej niż tylko do Berlina. Co możesz już dziś ujawnić na temat realizowanego właśnie afrykańskiego projektu?

– Tak, kręcę film w Afryce. Na początku brzmiało to jak science fiction, ale produkcja jest już tak zaawansowana, że myślimy dziś o tej Afryce jak o Zgierzu albo Koluszkach. Scenariusz dostał mocną rekomendację Berlinale, więc nie pozostaje mi nic innego, jak zrobić film! Jest to bardzo prosta historia o dziewczynie z Europy, która postanawia odwiedzić rodzinne strony swojej matki. Jej towarzyszem podróży zostaje chłopak, który właściwie pieszo zmierza w stronę Europy. To opowieść o ludziach, którzy mają wybór, i o tych, którzy nie mają żadnego. Myślę też, że to, co najciekawsze, dzieje się dziś poza Europą. Byłoby głupotą nie przyglądać się temu. Pewnego dnia te pozornie odległe procesy mogą zdecydować także o naszym życiu.

Przemysław Wojcieszek (ur. 1974). Reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta. Zadebiutował w 1999 roku kameralnym filmem „Zabij ich wszystkich”. Na duży ekran trafił jego kolejny film: „Głośniej od bomb” z 2001 roku. Od tego czasu nakręcił kilka filmów i zrealizował kilka spektakli teatralnych – wszystkie działy się we współczesnej Polsce i najczęściej dotyczyły młodych ludzi, niemieszczących się w ten czy inny sposób w społecznych normach. W 2005 roku otrzymał Paszport „Polityki”.

Przemysław Gulda. Dziennikarz „Gazety Wyborczej” od 2000 roku. Pisze o kulturze. Jego teksty ukazują się w lokalnym, trójmiejskim wydaniu „GW”, w „Gazecie. Co jest grane” i w portalu gazeta.pl. Relacjonuje festiwale muzyczne na całym świecie. Ma w dorobku dwie książki: powieść „Siedemnaście sekund” i zbiór opowiadań „Chłopcy i dziewczęta w Polsce”, jest współautorem alternatywnego przewodnika „Zrób to w Trójmieście” (wyd. Agora). We wrześniu ukaże się jego książka „Moi sąsiedzi nie żyją” – reportaż o gdańskich Żydach.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,140251,18591107,przemyslaw-wojcieszek-do-kina-trafiaja-najgorsi-z-najgorszych.html

________________________________________________________________________________
#film #teatr