Gniew kobiety wzgardzonej

„Gniew kobiety wzgardzonej” to najnowsza recenzja Marcina Mochala, tym razem „Czarownic z Salem” w Teatrze Wybrzeże.

 

gniew kobiety wzgardzonej

foto. Teatr Wybrzeże

Mimo, że mamy podobną z Marcinem wrażliwość, to tym razem kompletnie się nie zgadzam, ale o to chyba chodzi, żeby z twórczej dyskusji dowiedzieć się czegoś więcej i nie okopywać się na z góry przewidzianych pozycjach.

W odróżnieniu od wyznawców „jedynie słusznego teatru” jestem daleki od tego, żeby narzucać widzowi tylko i wyłącznie jeden rodzaj teatru i jedną jego estetykę.

A już w szczególności, jak to oni mają w zwyczaju traktować wszystko, co odmienne od ich spojrzenia na świat, jako coś gorszego.

Dlatego zamieszczam tu recenzję „Gniew kobiety wzgardzonej”, mimo, że jestem co do tego spektaklu całkowicie odmiennego zdania.

 

Marcin Mochal

„Gniew kobiety wzgardzonej”

Arthur Miller – „Czarownice z Salem” (reż. Adam Nalepa – „Teatr Wybrzeże”, Gdańsk)

Występują: Katarzyna Dałek, Mirosław Baka, Cezary Rybiński, Robert Ninkiewicz, Katarzyna Z. Michalska, Magdalena Boć, Małgorzata Brajner, Monika Chomicka-Szymaniak, Sylwia Góra-Weber, Katarzyna Kaźmierczak, Piotr Domalewski, Krzysztof Matuszewski, Krystyna Łubieńska, Maciej Szemiel, Jarosław Tyrański, Anna Kaszuba, Zofia Nather.

On – John Proctor (Mirosław Baka) – farmer w średnim wieku, głowa rodziny. Człowiek cieszący się poważaniem w miasteczku Salem. Ona -Elizabeth Proctor (Małgorzata Brajner), żona Johna, szanowana gospodyni. I … druga ona – Abigail Williams (Katarzyna Dałek) – niegdysiejsza gosposia Proctorów, dawna kochanka Johna, której jednak bardzo nie w smak, że Proctor uznał swoje winy i powrócił do żony, mimo że od czasu feralnego romansu małżeństwo się chwieje. Abigail nie cofnie się przed niczym by Johna odzyskać.

Wychodząc od typowego trójkąta miłosnego Arthur Miller utkał studium zazdrości, szaleństwa i religijnej paranoi. Oto niewinna zabawa dziewczyn w lesie – poszły potańczyć, wyszaleć się. Ktoś coś zobaczył, źle zinterpretował, ktoś skłamał. Czystym zbiegom okoliczności wyobraźnia zaczyna podsuwać coraz bardziej fantazyjne rozwiązania. Uczestnicząca w tańcach Abigail w lot uzmysławia sobie, że może narastającą spiralę obłędu wykorzystać do własnych celów. Rozmiary absurdalnego piekła mającego rozpętać się w Salem oraz liczba ofiar, które ono pochłonie, chyba przerażą także ją samą.

Po pierwsze i najważniejsze: przedstawienie Adama Nalepy ogląda się dobrze. Reżyser zmierzył się z klasykiem i mimo kilku potknięć, o których mowa będzie poniżej, wyszedł z tej potyczki zwycięsko. Spektakl jest spójny i ma odpowiednie tempo. Został wystawiony zgodnie z duchem literackiego pierwowzoru. Reżyser oparł się pokusie, jeśli kiedykolwiek ją miał, eskperymentowania na wymowie tekstu, zaufał autorowi i wygrał.

Już podczas pierwszych minut spektaklu w oczy rzuca się wielkość sceny, na potrzeby przedstawienia dodatkowo pogłębionej. Obsadowo spektakl również jest spory, występuje w nim niemal dwudziestka aktorów. Adam Nalepa, zapewne z pomocą choreograf Wioletty Fiuk, zdołał nad tym rozmachem zapanować. Nie ma „pustych miejsc”, faktycznie wykorzystywana jest cała scena. W tym miejscu mała acz istotna uwaga natury technicznej. Aż prosiło się o mikroporty. Miałem to szczęście, że spektakl obejrzałem z pierwszego rzędu. Obawiam sie, że widzowie w dalszych rzędach, nie mówiąc już o tych na balkonie mogli mieć spore problemy ze zrozumieniem części kwestii, zwłaszcza tych padających z głębi sceny. Oszczędna, lecz wielofunkcyjna scenografia Macieja Chojnackiego również zdała egzamin.

Na wysokości zadania stanął także zespół aktorski. Bohaterowie sztuki zmieniają się, wydarzenia, które ich dotykają wpływają na ich psychikę, sposób zachowania etc. – aktorzy potrafili to oddać, zaś niektóre rozwiązania sceniczne, np sekwencje przesłuchań rzekomych czarownic zostały tak pomyślane, by robić odpowiednio mocne wrażenie. Na szczególne wspomnienie zasługuje Katarzyna Dałek, która poza umiejętnościami aktorskimi wręcz imponuje w tym spektaklu wokalnie. Tak, wielu „niemusicalowych” aktorów potrafi dobrze śpiewać. Ale czysto zaśpiewać „Ave Maria” operowym głosem to już zupełnie inny poziom. Brawo!

W spektaklu śpiewa jednak nie tylko Dałek. Został on podzielony na części kilkoma piosenkami wykonywanymi po angielsku przez Titubę (Sylwia Górę-Weber), której towarzyszy grający na żywo taper oraz ciekawa choerografia. Tylko czemu właśnie po angielsku? Tekstowo zostały dobrane bardzo trafnie, stanowiąc swoisty komentarz dla rozgrywającej się akcji – np. pierwszą piosenką jest „Girls wanna have fun”, lecz każdą piosenkę da się świetnie przetłumaczyć na polski. Wówczas efekt byłby lepszy, tym bardziej, że nie „zgrzytałaby” zmiana języka.

Źle brzmi też język polski, którym posługuje się Tituba w scenie przesłuchania. Nikt, nawet obcokrajowiec słabo posługujący się polszczyzną tak sztucznie nie mówi. Wina w tym oczywiście przekładu, lecz można to było poprawić. W oryginale Tituba mówi slangiem, język angielski w pisowni jest bardzo podatny na dobre oddawanie akcentów. Polskie próby imitacji z reguły wypadają nader kiepsko.Całkowite zrezygnowanie z prób oddania „inności” sposobu wysławiania się Tituby, lub też bardziej ryzykowne pociągnięcie – zastosowanie np. czystej gwary podhalańskiej byłoby znacznie lepsze niż sztucznie udziwniony język. Kładzie się on cieniem całej sekwencji.

Reżyser zdecydował się również od czasu do czasu przebić „czwartą ścianę”. W tym konkretnym wypadku zabieg ten nie wypalił. Podczas zmian dekoracji nie opada kurtyna, nie ma żadnych przerw. Akcja popychana jest do przodu poprzed czytającą odpowiednie fragmenty dramatu Millera Krystynę Łubieńską. I są to dość ważne fragmenty, o ile zdołałem wychwicić, a ciężko było, gdyż uwaga widzów w naturalny sposób kierowała się na ukrytą zazwyczaj część spektaklu, czyli zmiany wystroju sceny, poprawkach kostiumów etc. Szkoda, bo chyba reżyserowi nie chodziło o to by oglądający przedstawienie ludzie momentami gubili fabularny wątek.

Podsumowująć, gdańskie „Czarownice z Salem” warto zobaczyć. Teatr Wybrzeże może poszczycić się tym spektaklem jako przykładem nowoczesnego, niesztampowego teatru, który jednocześnie jest lojalny wobec klasycznego tekstu. Oby więcej takich sztuk.

_____________________________________________________________________________
#teatr