Islandia fenomenalna

Islandia fenomenalna, czyli „zdrowy naród to ten, dla którego sport istnieje obok, a nie zamiast” (innych dziedzin życia społecznego).

 

Islandia

JESTEM ISLANDCZYKIEM!!!

Znalazłem następujący wpis Wojciecha Wierciocha na Facebooku:

„Islandia – fenomen! Kraj liczący tyle mieszkańców co Podgórze, dzielnica Krakowa, a potrafiący w pięknym stylu wyautować (wybrexitować) Anglię podczas EURO 2016. Ale to nie tylko naród piłkarzy – oni potrafią też znakomicie wspierać i promować swoich pisarzy (którzy są na świecie bardziej obecni niż polscy twórcy; do tego mają też ciekawą muzykę i niebanalne kino). To się nazywa ZRÓWNOWAŻONY ROZWÓJ! A w Polsce panuje narodowa histeria tylko w obszarze sportu. Gdy zaś ktoś próbuje tłumaczyć, że nie samą piłką żyje człowiek, zostaje zakrzykiwany i obrażany przez różnych celebrytów, jak np. ksiądz Kazimierz Sowa, który na ostatek wyrzucił mnie ze swoich znajomych na FB (co na to Marek Sowa?)… Mądrze powtarzał Stefan Kisielewski: ZDROWY NARÓD TO TEN, DLA KTÓREGO SPORT ISTNIEJE OBOK, A NIE ZAMIAST (innych dziedzin życia społecznego).”
https://www.facebook.com/wojciech.wiercioch.5/posts/494557950669035

Wiem, że to nie będzie popularny wpis, ale post Wojciecha w pigułce zawiera to, o czym myślę od dawna, że to właśnie małe kraje, jak Islandia, Węgry i Walia, pokazały w tych mistrzostwach europy o co chodzi w sporcie – ducha walki, ciężką pracę i zespołowość, a nie pychę, próżność i egoizm.

I niestety Polska i polska drużyna piłkarzy należy w moim odczuciu do tej drugiej kategorii.

W polskiej piłce brakuje właśnie najbardziej tego o czym pisze Wojciech Wiercioch, pracy u podstaw i postrzeganie piłki i sportu w ogóle jako jednej z dziedzin życia społecznego, które rozwijają obywateli i promują kraj zagranicą, a nie łączą nas w nacjonalistycznej histerii.

To zresztą nie dotyczy tylko Polski polskich piłkarzy, sorry, ale szczerze mówiąc nie kręci mnie oglądanie wyfiołkowanych panienek, którym po całym meczu nawet jeden włos nie skrzywił się w wymodelowanej fryzurze, ani wytatuowanych po samą twarz osobników, którzy sprawiają wrażenie, jakby wyszli prosto z kryminału – zresztą obydwa przypadki są objawem tej samej choroby – skrajnego egocentryzmu.

Tak, wolę oglądać futbol bez „wielkich gwiazd”, który powala mnie swoją wolą walki i zespołowością, niż wypacykowane „gwiazdy”, które zamiast ciężkiej pracy zwalają się na murawę i odgrywają teatrzyk ciężkich kontuzji, kiedy tylko ktoś zabierze im piłkę.

Uwielbiam sport, bo niesie on ze sobą spontaniczną dramaturgię, której żaden scenariusz i żaden scenarzysta nie dorówna, ale nienawidzę sportu, który ma zapchać umysł mas w duchu powiedzenia „igrzysk i chleba”, nienawidzę sportu, który nie jednoczy, a dzieli i powoduje nacjonalistyczne histerie, który właśnie jest zamiast prawdziwych wartości, a nie obok.

Amen


#sport