Jak znielubić teatr

Jak znielubić teatr to znakomita rozmowa z Stanisławą Celińską, która do bólu szczerze opowiada o sobie i o tym dlaczego znielubiła teatr Warlikowskiego.

 

znielubić teatr„Dokonałam wyboru i zostawiam mroczne, dekadenckie rzeczy, które nie niosą nadziei…”, mówi wybitna aktorka Stanisława Celińska. 

A dalej:

„W dzisiejszej sztuce brakuje dobra…”

„Tego, co robi Krzysztof, już psychicznie i fizycznie nie wytrzymuję…”

„Koledzy skakali po scenie jak stado koni i ja nie chciałam z nimi przebierać nogami. Mogłabym skakać w stadzie, gdybym wierzyła w ten teatr. A ja czułam się śmieszna, dziwna, obca…”

„Jakieś mieszanki, dialogi z filmów, ktoś dopisuje coś Szekspirowi, Proustowi. Mnie to nie interesuje….”

„Przestałam wierzyć w ten teatr: te same rozwiązania, kostiumy, scenografia… Efekciarstwo, pozór, a ja wolę prawdę…”

A ja sobie myślę, że jeśli największa gwiazda takiego teatru mówi takie rzeczy i odchodzi z  teatru Warlikowskiego, to jest nadzieja, że w ogóle czasy „nowego teatru” szybko się skończą.

Oby!

 

Znielubiłam teatr

– Dokonałam wyboru i zostawiam mroczne, dekadenckie rzeczy, które nie niosą nadziei – wybitna aktorka Stanisława Celińska opowiada, dlaczego zamiast grać u Krzysztofa Warlikowskiego czy Agnieszki Holland, woli śpiewać piosenki.

«Newsweek: Wychodzi pani na mądralę.

STANISŁAWA CELIŃSKA: Dlaczego? – Na najnowszej płycie „Atramentowej” wyśpiewuje pani mądrości życiowe w rodzaju „Trzeba wstać, bo świt, trzeba żyć” albo „Bo picie wódy to nie jest dobra rzecz” ze spokojem stoika, który już wszystko wie. SC:- Kocham Cesarię Evorę, ale nie rozumiem słów, które ona śpiewa. Nagrałam więc piosenki, jakie chciałabym usłyszeć. Ale nie śpiewam z pozycji mądrali, tylko kogoś, kto ma te same wątpliwości i pytania, co słuchacze. Mam tutaj ukochany wiersz Rilkego, zaraz go znajdę, z cyklu „Sonety do Orfeusza”. „Gdy pamięć ziemska cię wygania/ do milczącej ziemi powiedz płynę/ do spieszącej wody powiedz jestem”.

O czym to jest?

– Ten wiersz radzi, jaką przyjąć postawę życiową: nie daj się zamknąć w jednej roli, nie płyń na fali, stawiaj światu opór. Jestem kojarzona z rolami silnych kobiet, na scenie często krzyczę, tryskam energią. Ale dziś – w tym świecie pełnym wrzasku, pędu – odwagą jest powiedzenie czegoś spokojnie, co nie znaczy, że bez emocji. Długo do tej odwagi dojrzewałam.

Pani tu Rilkego cytuje, ale teksty, które pani śpiewa, są po prostu banalne, kiczowate.

– Prostota czasami trąci o banał. W świecie zalanym lawiną dźwięków i informacji najprostsze prawdy są trudne do wyłowienia; te o Bogu, miłości i samotności. Chcemy porozmawiać o nich z kimś szeptem… Taki jest przekaz tej płyty. Okazało się że trafny. Słyszał pan, że „Atramentowa” już jest złota? [Sprzedało się ponad 10 tys. egzemplarzy – przyp. red.]. Żadna z ról nie dala mi tyle radości, co te piosenki. Może dlatego, że pochodzę z rodziny muzycznej i muzyka jest mi bardzo bliska, mama grała na skrzypcach, tata na fortepianie, jako dziecko słuchałam Chopina? A może już dojrzewam do kondensacji? Wierzę, że w piosence przez trzy minuty można powiedzieć tyle, co podczas trzech aktów spektaklu.

A mnie się wydaje, że ludzie kupują płytę Celińskiej, bo lubią, jak mądre banały śpiewa osoba po przejściach. Jak pani: alkoholizm, rozwód, zejście na dno i wreszcie sukces.

– Osoba po przejściach mogłaby je też wykrzyczeć. Jak przestałam pić, to właśnie tak się zachowywałam na scenie. Krzyczałam: „Jestem, wracam, żyję!”. Dzisiaj już mogę coś ważnego powiedzieć cicho. No, ale nie jest wyłącznie słodko.

Mówi pani o piosence do syna? „Przepraszam cię, synku / za smutno rdzawe kolory / mordercze popołudnia/ i samobójcze wieczory”.

– Jak Muniek Staszczyk przysłał mi tekst, to pomyślałam: „Nieźle mi przypierdolił”. Co innego mówić w wywiadach o trudnych sprawach, a co innego włączyć w to dziecko, nawet dorosłe. Jak zaczęłam nucić „Przepraszam cię, synku…”, pojawiły się łzy, gula w gardle, wróciło poczucie winy, dawne wspomnienia. Wybaczyłam sobie, bo inaczej nie można iść dalej. Zdecydowaliśmy z Muńkiem, że trzeba to zaśpiewać, przełamując własne wzruszenie, wstyd i ból, bo może w ten sposób pomożemy ludziom pijącym i ich dzieciom. Może wybaczą sobie w imię miłości. Tak naprawdę chciałabym mówić ludziom o czymś dobrym, co przyniosło mi nadzieję, ukojenie, wiarę. Bo moja wiara mnie ocaliła.

Nie wierzę – mówi to ta sama osoba, która gra w teatrze Krzysztofa Warlikowskiego: drażniącym, niewygodnym, dalekim od łatwych pocieszeń, rozdrapującym rany…

– Dokonałam wyboru i zostawiam mroczne, dekadenckie rzeczy, które nie dają nadziei. W dzisiejszej sztuce brakuje dobra. Nie chodzi o to, by zostać moherem i przesiadywać w kościele jak dewotka. Ale chcę się wyraźnie opowiedzieć po stronie miłości, Boga, nadziei. Pokazywać jasną stronę życia. Żyjemy w czasach, w których Pan Bóg, Chrystus, miłość potrzebują reklamy; bo wszyscy widzą tylko zło, dekadencję, tak jakby dzień się kończył, a rano miało nie przyjść.

I pani chce robić tę „reklamę”? To raczej nie z Warlikowskim. Dlatego odeszła pani w czerwcu z tego teatru?

– Tak. Mój pobyt w tym teatrze się skończył. Tego, co robi Krzysztof, już psychicznie i fizycznie nie wytrzymuję. Ile można? Przeżyłam śmierć bliskich, dużo trudnych rzeczy i jeżeli chcę mówić o trudnej stronie życia, to nie w ten sposób – nie na zasadzie babrania się w tym wszystkim.

Już podczas prób „Kabaretu warszawskiego” w 2013 r. pokłóciła się pani z Warlikowskim. Wyszła pani z próby, pojechała na działkę i nie wróciła.

– W pierwszej części spektaklu zagrałam Jacqueline Bom Bom, tancerkę rewio-wą, którą szef wysyła na przedwczesną, jej zdaniem, emeryturę. Wraca załamana do domu, upija się z o wiele młodszym kochankiem [w tej roli Redbad Klynstra – przyp. red.]; w końcu zakłada na głowę worek plastikowy, jakby popełniała samobójstwo. Zagrałam to resztką sił. Pomyślałam: „Znowu alkohol, dół, śmierć…”.

Już mnie to nie kręci. Jak byłam młoda, nagrałam się kurw i pijaczek. Nie jestem moherem, ale jak miałam w drugiej części modlić się do Matki Boskiej o orgazm dla kogoś, to mi to zgrzytało.

Ja znam wersję, że się pani obraziła za brak dużej solowej roli.

– Koledzy skakali po scenie jak stado koni i ja nie chciałam z nimi przebierać nogami. Mogłabym skakać w stadzie, gdybym wierzyła w ten teatr. A ja czułam się śmieszna, dziwna, obca. To nie jest tak, że wymagam specjalnego szacunku, ale jestem jednak przyzwyczajona do hierarchii w teatrze. Kiedyś we Współczesnym, jak tupnęłam na próbie na Tadeusza Łomnickiego, to Erwin Axer wziął mnie na bok i powiedział: „Stasiu, w teatrze jest hierarchia”. Po latach zrozumiałam, że hierarchia to nie tylko wybitne nazwisko, ale też lata spędzone na scenie. Jak marudziłam, że jestem zmęczona graniem głównej roli, to Barbara Drapińska posłała mnie po papierosy i zapałki, żeby mi wyrównać pod sufitem. Miał mnie kto ustawić. A tutaj jest zupełnie inna sytuacja.

Pewnie tak było wcześniej, tylko byłam mniej zmęczona, bardziej wierzyłam w ten teatr. Teraz przestałam i zaczęło mi przeszkadzać.

Na próbie powiedziała pani, że ma dość tego, bo robicie spektakl o ofiarach World Trade Center, podczas gdy w Powstaniu Warszawskim zginęło 200 tysięcy cywilów.

– Nie wykluczam.

I jeszcze, że już ma pani dość ciągłego grania w spektaklach o pedałach i Żydach.

– Nie jestem antysemitką, sama zagrałam Ninę, młodą Żydówkę w „Krajobrazie po bitwie”.

Rozumiem, że zrobiliśmy „Dybuka”, by otworzyć temat żydowski. Mówienie o tożsamości płciowej, miłości między mężczyznami czy kobietami miało sens, kiedy robiliśmy „Oczyszczonych” 15 lat temu. Poszerzaliśmy wtedy dyskusję. Ale Krzysztof zamknął się w tych tematach. Jakby chciał – powiem ordynarnie – przypodobać się światu. A ja chciałabym jeszcze inne tematy poruszyć w życiu i na scenie.

I to ciągłe babranie się w złu, brak światła, szukanie diabła we wszystkim… Ja wolę szukać anioła. Diabła już kiedyś znalazłam. Ciało się zbuntowało.

To znaczy?

– Krzysztof zaczął próby do nowego spektaklu „Francuzi”. Miałam zagrać Fedrę, dojrzałą kobietę, która zakochuje się w pasierbie. On, czyli Hipolit, w ogóle nie jest nią zainteresowany, następuje szereg tragedii i w końcu z tych wszystkich nieszczęść Fedra pije jodynę. Popełnia samobójstwo. Znowu dramat…

-… szarpanie flaków, ran. Z trudem uczyłam się tekstu, na próbach płakałam. I byłam nieznośna. Myślałam: jak mam to wiarygodnie zagrać? Nie potrafiłabym i nie chciałabym zagrać Anny Kareniny, która zostawia dzieci i idzie za chłopem. Podobnie z Fedrą – też zostawia dzieci, popełniając samobójstwo. Myślę, że prawda tych postaci jest bardzo bliska szaleństwa.

Żeby to dobrze zagrać, trzeba się do tej granicy mocno zbliżyć. I tego się przestraszyłam.

Przeprosiłam Krzysztofa i odmówiłam. Tak jak nie chciałam zagrać u Agnieszki Holland.

Miała zagrać pani główną rolę w filmie według powieści Olgi Tokarczuk.

– Holland wybrała mnie spośród wielu aktorek, roboczy tytuł filmu „Pokot”. Postaci, którą miałam grać – Duszejce – giną dwa ukochane psy. Odkrywa, że zostały zastrzelone podczas nielegalnego polowania. Bezskutecznie stara się, by ukarano myśliwych. Bierze więc sprawiedliwość w swoje ręce. Na początku przekonywałam się, że kocham psy i mam coś wspólnego z tą postacią. Wmówiłam sobie nawet, że byłabym zdolna zabić, gdyby im coś się stało. Ale w afekcie? Z premedytacją? Trzy tygodnie przed zdjęciami mieliśmy próbę – cała ekipa. Już po wszystkim chciałam się zapaść. Znowu moje ciało przyszło mi na ratunek. Zamiast płakać, poszukałam ratunku w przyrodzie. Pojechałam na ukochaną działkę, popatrzyłam na drzewa, niebo, poczułam się dobrze. Obudziłam się wyspana, szczęśliwa i dotarło do mnie, że nie dam rady grać Duszejki, wziąć na siebie jej dramatu.

Ale to przecież tylko rola? Wiele razy powtarzała pani, że ma zawód w małym palcu.

– Myślę, że nie chodziło o zmęczenie. Zawsze lubiłam kontrasty, nie dawałam zamknąć się w jednej roli. Tym razem jednak poczułam, że tak dobrze mi się śpiewa te piosenki z „Atramentowej”, ludzie mnie kojarzą z dobrą Stasią, a ja zaraz mam biegać po ekranie z siekierą? Nie muszę grać wszystkiego! Trzeba za czymś się opowiedzieć. Nie można być lalką pociąganą za sznurki. Wiem, że artysta bywa kurwą, że służy to temu, to tamtemu. Ale może ja już nie muszę? Jestem na emeryturze, owszem, małej, ale mogę zacząć odmawiać ról, które mnie niszczą. Zadzwoniłam do Agnieszki Holland i przeprosiłam.

Gdyby to była inna książka, żeby tam czuć było Boga, dobro, nadzieję… Żebym wierzyła, że to ma sens, tobym w to poszła – urobiła się, padła. Ale ja w tę historię sama nic uwierzyłam; ta Duszejko wydawała mi się strasznie papierowa, a cała historia naciągana.

Krzysztof Warlikowski zresztą też kiedyś wystawiał wielkie teksty: Szekspira, Sofoklesa, Sarah Kane, Koltesa. A teraz jakieś mieszanki, dialogi z filmów, ktoś dopisuje coś Szekspirowi, Proustowi. Mnie to już nie interesuje. Zresztą jak usłyszał, że zrezygnowałam z Holland, strasznie się przejął, ale chyba zrozumiał, że jestem zmęczona. Ja jestem przy nim cały czas, od początku.

Spotkaliście się w 1998 roku. Kim była wówczas Stanisława Celińska?

– Miałam 51 lat, od 10 lat nie piłam, tułałam się po teatrach. Był czas, że musiałam sprzedać antyki, żeby było na życie. Zasuwałam, miałam dzieci na utrzymaniu: syn 23 lata, a córka 21. Brałam, co się dało: recital, teatr, film, nawet epizody. Wiedziałam, że narozrabiałam i teraz muszę odpokutować. Byłam w Teatrze Studio na etacie, na próbie pojawił się on: niewysoki, z kolczykiem w uchu. Pomyślałam cynicznie: to pewnie jeden z tych młodych porąbanych reżyserów.

Zobaczyłam, że jednak dobrze kombinuje, robi teatr misteryjny… Ale bałam się w to pakować.

Miałam inne zadania niż teatr: zarabiać, prać, gotować. Rozjechaliśmy się na wakacje, myślę, we wrześniu zrezygnuję. A on na pierwszej próbie: „Myślałem całe wakacje o tobie…”. I jak miałam się wymiksować? Marzyłam wtedy, aby do końca oddać się teatrowi, by grać całą sobą. Stąd chęć wyjechania w latach 60. do Jerzego Grotowskiego. Szukałam misterium w sztuce, dlatego po latach zrobiłam „Księgę Hioba”. Kiedy spotkałam Krzysztofa, byłam zaoraną matką, ale on tę pasję we mnie przypomniał, rozbudził na nowo. Byłam też zaniedbaną kobietą, Krzysiek żartobliwie nazywał mnie nawet dresiarą. A jednocześnie mówi, że widzi we mnie Agnieszkę z „Nocy i dni”. Zobaczył we mnie coś, czego sama już nie widziałam. Odmłodził mnie, sprawił, że inaczej zaczęłam o sobie myśleć. Jego uwielbienie dla mnie było poruszające.

Do tego stopnia, że zagrała pani matkę Hamleta.

– Wtedy już nie grałam dramatycznych amantek, byłam grubą, silną babą. Śpiewałam „Song sprzątaczki”, jakbym chciała powiedzieć światu: wróciłam i jestem mocna. Gdzie ja do roli matki Hamleta? Ona należała do eleganckich aktorek typu Teresa Budzisz-Krzyżanowska. Jeszcze większe zaskoczenie przeżyłam, kiedy zaproponował, bym zagrała szukającą miłości tancerkę peep-show w „Oczyszczonych”. Trzy razy chciałam uciec, aż wreszcie poszłam do prawdziwej kabiny zobaczyć, jak to się robi. Zrozumiałam, że to musi zagrać kobieta dojrzała, wtedy ma to sens. Odważyłam się obnażyć piersi. Ostatni raz w „Krajobrazie po bitwie” po kazałam dwa piegi, a potem nic nic było. Co ja miałam pokazywać? Ale pokazałam.

Nie sztuka podpisać się pod Warlikowskim dzisiaj, kiedy jest uznany. Sztuką było stać przy nim, kiedy był jeszcze nieznany i wyszydzany, robił „Zachodnie Wybrzeże”, „Oczyszczonych”, „Hamleta”, „Burzę”.

Z kim się pani przez te lata zaprzyjaźniła w teatrze?

– Z nikim. W tym teatrze jest Zygmunt Malanowicz, z którym poznaliśmy się w 1970 roku, kręcąc „Krajobraz po bitwie” Wajdy. Jest moim przyjacielem. Na wyjazdach opiekował się mną Adam Kasjaniuk, który jest organizatorem pracy artystycznej, spędzałam czas z garderobianymi. Nie miałam siły biegać z zespołem. Wiedziałam, że ode mnie dużo zależy, że muszę być taką energetyczną lokomotywą zespołu. Jak ja ruszę, nadam ton, to inni też pójdą. Kumulowałam siły, by wieczorem zagrać tak, jak trzeba.

Czuła się pani samotna?

– Tak. Nie piję alkoholu, więc te wszystkie biesiady nocne interesowały mnie, dopóki rozmawialiśmy o teatrze. Gdy zaczęło się samo gadanie o czymkolwiek i picie, to już mnie nie bawiło. Brałam jakąś robotę, uczyłam się tekstu w pokoju. Bycie na tym dworze Krzysztofa, w grupie adorującej go, już mnie nie interesuje.

A może pani chciała być gwiazdą tego teatru, a chętnych było więcej?

– Przez lata to ja nią byłam… Ale to chyba nie o to chodzi. Przestałam wierzyć w ten teatr: te same rozwiązania, kostiumy, scenografia… Efekciarstwo, pozór, a ja wolę prawdę. A może po prostu już nie mam siły pruć żył przez pięć-sześć godzin?

Czuje się pani zmęczona?

– Gram uczciwie. Jeżeli tańczę salsę w „Opowieściach afrykańskich” o 24, to jestem gotowa od 19. Poza tym mam kłopoty z kolanami, zwyrodnienia się pogłębiają. Dobrze by było trochę schudnąć, ale w tym zawodzie to trudne. Dieta mówi: ostatni posiłek o 19, a ja wtedy zaczynam spektakl. Mogę zjeść o 18, ale wtedy zasnę w pierwszym akcie. Odpada. Wracam po wszystkim do domu, środek nocy, rozdygotana, w emocjach i co? Mam na głodniaka położyć się spać? Jedzenie uspokaja.

Katoliczka, aktorka wychowana na tradycyjnym teatrze, domatorka. Może zrozumiała pani, że nie pasuje do tego teatru?

– To nie jest już moja bajka, to prawda. Przez lata wierzyłam, że to jedyny żywy teatr w Polsce. Wybór był jasny: albo zostajesz u Warlikowskiego i godzisz się na te tematy, pracę, zespół – albo idziesz do starego, tradycyjnego, często martwego teatru. A ja chciałam być w zespole. Bałam się być bez etatu. Może ze względów finansowych? Kredyty, pomagam swoim dzieciom. Może jestem z pokolenia, które nie wierzy, że szczęście i bezpieczeństwo są poza zespołem? Nie zauważałam, jak toksycznym uczuciem jestem związana z tym teatrem, kłamałam sobie, że jest OK. A teraz myślę: mam emeryturę, na kredyt zarobię, a jak trzeba będzie, to sprzedam mieszkanie i pójdę do dzieci. Ale zrobię wszystko, żeby być wolna.

Co pani czuje, odchodząc po 17 latach?

– Znielubiłam „teatr na maksiora” ten oparty na krzyku, przemocy wobec widza. Chciałabym pójść do teatru i usłyszeć proste prawdy. No i bardzo mi się spodobało, że mam te piosenki.
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/205719.html

_______________________________________________________________________________
#teatr