Jarosław Jakubowski i jego “Kukła”

Jarosław Jakubowski i jego “Kukła” – Z Jarosławem Jakubowskim o jego sztuce „Kukła” rozmawia Jolanta Hinc-Mackiewicz w cyklu rozmów Z OBOZU ŚWIĘTYCH

Jarosław Jakubowski jest jednym z niewielu dramatopisarzy w Polsce, którzy zasługują na to miano. W odróżnieniu od większości grafomanów i innej maści dekonstrukcjonistów, ten facet potrafi pisać sztuki teatralne.

Dlatego uważam, że rozmowa z nim jest godna polecenia.

Jarosław Jakubowski i jego Kukła

Jarosław Jakubowski i jego “Kukła”

PODMIOTOWOŚĆ KUKŁY

JHM – Kim jest tytułowy bohater Pańskiego dramatu Kukła? Czy to współczesny everyman? Bezwolny, uwikłany we własne lęki, niepewny, co zrobił, a co mu się wydaje? Mieszczą się w charakterystyce postaci trzy znaczenia słowa „kukła”, które Pan podaje w zestawieniu postaci: manekin, osoba bezwolna, podatna na manipulację lub osoba bez inicjatywy.

Jarosław Jakubowski – Ta postać jest złożona z tych trzech znaczeń. Można ją też potraktować jako pewien sztuczny teatralny konstrukt potrzebny mnie jako autorowi do pokazania bezwolności człowieka współczesnego. Na pewno jest on uwikłany w różne role społeczne: męża, ojca, syna. Myślałem o tym bohaterze jako odpowiedniku Kafkowskiego Józefa K.

JHM – Ten dramat ma, według mnie, dwie perspektywy. Pierwsza wynika z niedojrzałości bohatera czy poddawania się wpływom świata, a drugi dotyczy pozorności relacji w rodzinie.

Jarosław Jakubowski – Socjologicznie rzecz ujmując, ten obraz to symbol kryzysu współczesnej rodziny. A główny bohater jest to everyman, jak Pani określiła na początku, który dokonał czynu potwornego, ale nie do końca go sobie uświadamia. Dokonuje mordu na człowieku, którego spotyka w piwnicy. Na początku jest tym czynem zafascynowany, wyzwolony w jakiś sposób. Później zaczynają go dopadać wątpliwości i tym się różni od Lafcadio. Bohater Lochów Watykanu Andre Gide’a dokonywał morderstwa świadomie, traktując swój czyn jako akt osobistej wolności, wyzwolenia się ze społecznych czy moralnych więzów. (Wypycha z pociągu jakiegoś podróżnego pod wpływem niejasnego impulsu, żeby pokazać, że może to zrobić.)

Mój bohater na początku działa zmęczony bezwolnością. Postanawia stać się człowiekiem, który ma wpływ na cokolwiek. Jednak w trakcie tego morderstwa zaczyna rozumieć znaczenie swego czynu i buduje sobie jego własną mitologię. Uznaje, że on daje mu podmiotowość, jakąś namiastkę wolności. Napawa go on euforią. W pewnym sensie ma poczucie wolności i jednocześnie się wikła w cały proces ukrywania zbrodni i współdziałania z ojcem. I to jest właściwie jedyna rzecz, która ich łączy poza piecem, którego obsługi ma się nauczyć.

JHM – Akcja sztuki toczy się wokół dwóch tematów: jeden to opowieść o dramacie rodzinnym, a drugi o wewnętrznym świecie przeżyć bohatera, w którym on popełnia morderstwo i ukrywa zbrodnię. Nie wiem, czy popełnił zbrodnię, czy mu się tylko wydawało (odchodzę tu od założenia dramaturgicznego). Ta postać jest fascynująca. Proces dojrzewania odbywa się w niej – paradoksalnie – poprzez ucinanie relacji z żoną i dzieckiem. Wobec dziecka widoczna jest kompletna atrofia uczuć. Jednak bohater wchodzi w relację z rodzicami, która na początku również była pozorna. Ich interesuje tylko zabezpieczenie grobu, a wcześniej w rozmowie z ojcem ważny był tylko piec. To dla mnie symboliczne, bo z jednej strony to jest ogień, czyli ognisko domowe, źródło duchowości. Z drugiej – w naszym klimacie – piec w domu jest racją bytu. Zatem umiejętność obsługi pieca w Pana tekście jest oznaką pewnego przystosowania do życia i dojrzałości. I bohater osiąga tę dojrzałość.

Jarosław Jakubowski – W moim zamyśle zbrodnia miała być realna, wręcz hiperrealistyczna, lecz godzę się z różnymi interpretacjami tej sytuacji i postaci. Jednak w założonej linii rozwoju bohatera, on odcina więzy łączące go z bliskimi, ze światem, zwłaszcza z żoną i dzieckiem, ponieważ chce – świadomie czy podświadomie – siebie ukarać, skazać na samotność. Jest człowiekiem niedojrzałym emocjonalnie, bo bliscy nie są mu potrzebni do niczego. Ma swoją „bańkę egzystencjalną”, w której się dość dobrze urządził. Jest jak kukła.

JHM – Wygodnie się urządził. Sytuacja nie wymaga od niego żadnej aktywności.

Jarosław Jakubowski– Moment zabójstwa jest punktem zwrotnym rozwoju tej postaci. Syn chce siebie ukarać, a z drugiej strony jednak dojrzewa do w miarę zrównoważonych relacji z rodzicami, zwłaszcza z ojcem. I podejmuje z nim pewną grę. Chce być ukarany i jednocześnie wciąga go we współudział w zbrodni. A to z kolei powoduje frustrację.

JHM – Czy ofiara zbrodni to figura Jezusa, którego mordujemy wszyscy przez nasz brak miłości w rodzinie? Czy to jest Chrystus zabijany przez nas w każdym napotkanym człowieku, którego staramy się sobie podporządkować?

Jarosław Jakubowski – Tak, mordujemy Chrystusa ślepym naśladownictwem pewnych schematów nam narzucanych albo przejmowanych przez nas bezrefleksyjnie.

JHM – W takim razie Pański dramat jest o naszej ułomności w relacjach z najbliższymi, o nieumiejętności prowadzenia rozmowy, też o zbiorowym egoizmie, o rodzinie jako zbiorze egoizmów. Rodzice mają swoją sprawę i właściwie nie interesuje ich, co myśli, co czuje Syn. Są zadowoleni, kiedy jego małżeństwo się rozpada – wypełnia się w tym schemat braku akceptacji nowej rodziny dorosłego dziecka. Nawet jeżeli bohaterowie na koniec wchodzą w dialog, to jest on pozorny i odbywa się tylko na poziomie komunikatów. Tym samym Pański dramat byłby właściwie diagnozą społeczną tego, co się z nami dzieje. Gubimy zdolność dostrzegania innego człowieka. To odniesienie do Chrystusa jest bardzo wyraźne. Czy Pan chce wpisać się tym dramatem w deskrypcję perspektywy śmierci naszej cywilizacji spowodowanej umieraniem duchowości?

Jarosław Jakubowski – Tak, to trafne spostrzeżenie. Cywilizacja umiera, bo umierają rodziny. Oczywiście są też inne aspekty katastrofy cywilizacyjnej, którą obserwuję i staram się opisać. Jednak kryzys rodziny uznaję za najpoważniejszy powód słabości cywilizacji i jej agonii. Nie jestem optymistą co do przyszłości znanego nam świata. Nawet nie mówiąc o sytuacji obecnej wynikającej z pandemii, uważam, że będzie „tak samo, tylko bardziej”…

JHM – Huellebecq powiedział coś podobnego, że aspekty śmierci w pandemii są zbyt banalne, by coś zmienić. Pogłębiła się jedynie izolacja i dystans między ludźmi. Jest Pan mistrzem dialogu pokazującego ułomność relacji. Rytm dialogów jest niewymuszony i naturalny, bardzo klarowny. Jednak chcę wrócić do problemu rozmowy Syna z rodzicami. Sto lat temu ona byłaby normalna. Niewiele osób zagłębiało się w przeżycia swojego dziecka. Co się stało z naszym światem, że to co dawniej było normą, dziś jest przyczyną traumy? Czy to skutek atrofii uczuć? A może raczej zagubienia planu duchowego, który wtedy był nienazwany a obecny, bo wpisany w normalne życie. Dzień się zaczynał od modlitwy nad chlebem, nad posiłkiem i oczywistością była modlitwa wieczorna, do której całą rodziną klękano. Czy przyczyną jest nieobecność planu duchowego w naszym wygodnym życiu, w którym nie modlimy się z dziećmi, bo to wydaje się anachroniczne i śmieszne? Jeżeli się modlimy przy stole, to wraz z gośćmi pojawia się pytanie: czy można ich włączyć w ten rytuał modlitwy? A zresztą, może okazać się tak, że to są tylko puste gesty, bo dzieci wychodząc w świat, natychmiast kontestują zasady obowiązujące w domu.

Jarosław Jakubowski – Jak umiera rodzina, tak umierają rytuały – stają się pustą grą gestów i słów. Nawet człowiek świadomie wierzący, jak ja, miewa poczucie pustki tych gestów, nie daremności, ale czegoś, co może wynika z chwilowego, czasem głębszego znużenia. Nie ma łączności między pokoleniami. Pokolenie ojców jeszcze zaangażowane w te rytuały, przekazując je swoim dzieciom, natrafia na próżnię, ponieważ te rytuały są zupełnie nieczytelne albo są czytane na opak przez młodych. I być może jest to przyczynek do tego, żebyśmy się zastanowili wspólnie nad – nie chcę powiedzieć „odnowieniem rytuału” – ale sprowadzeniem go do wymiaru bardziej osobistego, międzyludzkiego, żebyśmy byli bliżej siebie. Może przyszłością Kościoła zamiast wielkich zgromadzeń są małe wspólnoty. Nie chcę jednak wchodzić tym dramatem na pole rozważań eklezjalno-teologicznych.

Przyczyną upadku może być rozejście się rytuałów „starych” i sposobów funkcjonowania „młodych”, którzy mają inny sposób życia. Nawet jeśli uda się starszym narzucić te rytuały, to ciśnienie świata jest tak duże, że ten rytuał nie wytrzymuje. On się rozpada, traci treść, stając się co najwyżej ciekawostką.

JHM – A ja sądzę, że chodzi o miłość. Mam wrażenie, że w Pana dramacie, w tej rodzinie, którą Pan oświetla – nie ma miłości. Jest wzajemne związanie polegające tylko na tym, że starzy rodzice obsługują syna. Potem obsługują jego rodzinę, więc jej rozpad przynosi im ulgę, bo mają mniejszy ciężar do uniesienia. Natomiast coś się stało z młodym pokoleniem, czyli wracamy do punktu wyjścia. To jest nie tylko atrofia uczuć, brak miłości – ale to jest niezdolność bohatera do wzięcia odpowiedzialności za siebie, za swoją rodzinę i rodziców. Dorosły człowiek winien się skupić na swoim życiu albo na pomocy starszym, zamiast tego on cały czas od nich oczekuje opieki. Powiedział Pan, że świat wywiera silną presję na nas, wskazując pewne wygodne dla nas wzorce. Może to jest opowieść o nowym pokoleniu, któremu wygodnie jest nie myśleć, że trzeba podjąć obowiązek. Tym samym znowu wracamy do problemu egoizmu.

Jarosław Jakubowski – Rzeczywiście, obserwuję w pokoleniu rówieśników moich dzieci pewną pozę wobec starszych – pozę bierności, obojętności i nieufności. A jednocześnie w tych młodych ludziach jest duży smutek. Kiedy to widzę, czuję się winny. Coś poszło nie tak. Coś się nam rodzicom i dziadkom nie udało przekazać. Mamy zerwaną ciągłość pokoleniową. W nas jest lęk, co będzie dalej, gdy nas już nie będzie, a świat będzie w rękach naszych dzieci i wnuków.

JHM – Pan nazywa to, co mnie dręczy od bardzo długiego czasu. To oznaczałoby, że Jezusa mordujemy wszyscy tak, jak rodzice głównego bohatera. Jeżeli przyjmiemy, że przekazanie duchowości czy przekazanie wiary następnemu pokoleniu jest najważniejszym naszym zadaniem – to popełniliśmy błąd, bo skupiliśmy się na „obsłudze pieca” – zabezpieczaniu potrzeb materialnych, zaspokajaniu ambicji, przyjemności i potrzeby rozwoju, zapominając o więzi duchowej. (Nawet nie psychicznej, ale duchowej.) Skupiliśmy się na tym, żeby dać im wszystko, czego sami jako dzieci nie mieliśmy. I to nas tyle kosztuje, że już nie starcza energii, czasu czy uwagi, żeby myśleć i rozmawiać o tym, co naprawdę jest ważne i co je może zabezpieczyć przed smutkiem.

Smutek i odrzucanie rodziców w wieku dorastania są naturalne, są etapem poprzedzającym wytworzenie własnego systemu wartości. Ale co ze smutkiem i poczuciem przegranej dorosłych?

Powstaje tylko pytanie, na ile dzieciom dajemy wolność na znalezienie swojego systemu wartości? I co spowodowaliśmy swoim zaniechaniem, że one nie mają narzędzi do szukania go?

Jarosław Jakubowski – Zaniechaniem lub niedostatecznym wysiłkiem. Ten wysiłek skierowaliśmy, jak Pani powiedziała, na coś innego – na piec, żeby w nim był ogień, żeby było nam ciepło i wygodnie. A w dramacie Ojciec skupił się na zacieraniu śladów – jego rola na tym polegała.

JHM – Mamy zatem zaburzenie roli ojca. Próba uchronienia dziecka przed konsekwencjami jego czynów nie może się dobrze skończyć.

Jarosław Jakubowski – Myślę, że kryzys ojcostwa jest też istotnym tematem tego i innych moich dramatów. Coś się stało z męskością w naszym świecie. Imperatyw, żeby żyć wygodnie i dostatnio przesłonił rolę ojca. Ojciec powinien objaśniać świat, egzekwować prawa i obowiązki. Dawkuje miłość, ale jest postacią, która scala świat dziecka. Ojciec w moim dramacie bierze udział w destrukcji świata, bo chce mieć spokój. Też jest trochę kukłą.

JHM – Generalnie wszyscy chcą mieć święty spokój, matka też – chce tylko dobrze wyglądać na cmentarzu.

Jarosław Jakubowski – Rozmowy z synem są bardziej przesłuchaniami – dwoje na jednego. Tam nie ma żadnego przepływu energii, uczuć. To nie ma nic wspólnego z rozmową. Jednostronny przekaz, który syn przyjmuje z udawaną (lub nie) pokorą dla świętego spokoju. W tym sensie i matka i ojciec są współodpowiedzialni za to, co się dzieje. Pisząc ten dramat, już po początkowych scenach wiedziałem, że bohater nie może uniknąć odpowiedzialności, A ponieważ brakuje instancji w postaci ojca jako prawodawcy, on musi sam sobie wymierzyć karę. Trochę jak w Wyroku Franza Kafki, ale to jest taki „Kafka” współczesny, który ma doświadczenie wieku XX i dwóch dekad XXI. Bohater próbuje też znaleźć drogę wyjścia z matni, w której się znalazł. Znajduje wyjście takie, a nie inne, bo to konsekwencja jego postawy wcześniejszej.

JHM – A ta postać zabitego człowieka? Cały czas towarzyszy Synowi. Czy to jest Jezus, który przywołuje go do stanięcia w prawdzie? Gdyby się ciągle nie pojawiał bohaterowi, być może udałoby mu się wyrzuty sumienia zagłuszyć.

Jarosław Jakubowski – Tak, to jest postać milcząco towarzysząca bohaterowi i zmuszająca go do zajęcia stanowiska. Przez większość czasu akcji tej sztuki bohater „zajmuje stanowisko” kukły. Jednak pod koniec, według mnie, udaje mu się wyzwolić z tej roli. To za późno, żeby cokolwiek zrobić, ale ostatnie jego słowa wskazują na to, że przejrzał.

JHM – Prosi Boga o wybaczenie.

Jarosław Jakubowski – Tak, ale to jest jego ostatnia chwila, kiedy musi się zdać na Miłosierdzie Boga. Nic innego mu nie pomoże. To jest skok rozpaczy bohatera w coś nieznanego, ale zawierza siebie Bogu w tej ostatecznej chwili. Mam nadzieję, że mój bohater zostanie zbawiony.

JHM – To, jak on ginie, jest szczególne. To jest wieczerza wigilijna – tu też mamy groteskowe odniesienia do tradycji oczekiwania na niezapowiedzianego gościa. Zamiast dodatkowego talerza – kieliszek, który posłuży do samobójstwa – wypija z niego zatrute wino. Zakończenie jest przewrotne, bo ginie na oczach rodziców i spodziewa się miłosierdzia, ale to jest kompletnie niezgodne z nauką Kościoła. Samobójca, który robi to świadomie, popełnia grzech, którego już nie może odpokutować. Pański bohater nie wydaje się chory psychicznie. Mam wrażenie, że działa zupełnie świadomie, więc choroba nie może być dla niego usprawiedliwieniem.

Jarosław Jakubowski – Zdaję sobie z tego sprawę, ale fotografuję pewną sytuację i nie podporządkowuję jej zasadom Katechizmu. On wymierza sobie sprawiedliwość.

JHM – Tak, ale de facto fałszywą. To jest ucieczka, to jest tchórzostwo! Sprawiedliwością byłoby to, gdyby się do mordu przyznał i poniósł konsekwencje swego czynu. Czy pokazanie takiego końca bohatera nie jest znów odwróceniem systemu wartości? Trochę się tworzy zamieszanie. Popełnienie przez niego samobójstwa na oczach rodziców jest z jednej strony ukaraniem ich (a zwłaszcza ojca) za współudział w zacieraniu śladów zbrodni. A z drugiej strony on może jest naprawdę szalony i nie rozróżnia zasad?

Jarosław Jakubowski – Świat, w którym on funkcjonuje jest poniekąd szalony, choć z zewnątrz wygląda normalnie.

JHM – Ale to go nie usprawiedliwia! Mam wrażenie, że takim zakończeniem rozgrzesza pan swojego bohatera.

Jarosław Jakubowski – Nie, nie, nie! Wręcz przeciwnie – symbolicznie się od niego odrywam. Dokonując samobójstwa, on zrywa ze mną jako człowiekiem, z każdym z ludzi. Staje się kimś nieludzkim. Czuję do niego litość, ale zdaję sobie w pełni sprawę ze znaczenia jego czynu, który skazuje go na potępienie. Niemniej nic nie odbierze mi nadziei na to, że może jednak Pan Zastępów, który jest nieodgadniony dla ludzkiego rozumu, znajdzie jakąś okoliczność łagodzącą. Nie wiem tego. I ani go nie usprawiedliwiam, ani nie potępiam. Pokazuję pewną konsekwencję jego rozwoju, który prowadzi go do katastrofy. To postać okrutna i nieludzka, postępująca wbrew naszym oczekiwaniom co do bohatera.

JHM – Jaka jest Pana diagnoza świata, w którym są tacy bohaterowie i świat tak wygląda?

Jarosław Jakubowski – Ta sztuka jest metaforą losu człowieka uwikłanego w ten świat, który nie nastraja optymizmem, mówiąc oględnie. Pisząc sztukę, nie podejmuję się diagnozy świata, staram się raczej stawiać znaki, w tym przypadku ostrzegawcze.

JHM – Z tej sztuki wyłania się pewien obraz. Jest tak przez Pana ostro oświetlony, że wnioski nasuwają się same. Świat widziany z perspektywy Pańskiej sztuki jest niewesoły, choć…oczywiście…jest taki.

Jarosław Jakubowski – Jeżeli tak metaforyzujemy i uogólniamy, to wypadałoby powiedzieć, że nasz zachodni świat popełnia samobójstwo zbiorowe. Ta postać nam to mówi, że tak się to może skończyć, jeżeli nie postąpimy inaczej niż ten człowiek, bo pokazuję tu drogę ku zatraceniu bohatera. Kusiło mnie, żeby pokazać jakieś odkupienie, żeby pokazać światło i drogę wyjścia. Stwierdziłem jednak, że to byłoby nieszczere. Chciałem napisać tekst, który będzie dramatem okrutnym, a jednocześnie maksymalnie szczerym i konsekwentnym w przedstawieniu bohaterów i linii ich rozwoju.

JHM – Myślę, że to się Panu udało. Tekst jest bardzo spójny i wyrazisty w przesłaniu, choć czytając go, tęskniłam za odrobiną nadziei.

Jarosław Jakubowski – Jest to jedna z moich najbardziej drastycznych i bezwzględnych sztuk. To doświadczenie było mi potrzebne. Pisząc ją, miałem nadzieję, że ostatnie słowa bohatera, kiedy przyzywając Boga, uznaje Jego wszechmoc – dają jakąś nadzieję, bo Bóg był cały czas obecny w jego życiu. Że to jest jakieś światełko w tunelu…

JHM – Ciekawe, który daimonion to Panu szepnął? Miłoszowy daimonion był – według samego poety – podejrzanej konduity. Według mnie towarzyszący Pańskiemu bohaterowi zabity Chrystus próbuje do końca go odwieść od grzechu, od śmierci wiecznej… Bardzo Panu dziękuję za ten dramat i za pasjonującą rozmowę.

https://teatrologia.pl/autorzy/podmiotowosc-kukly-z-jaroslawem-jakubowskim-o-jego-sztuce-kukla-rozmawia-jolanta-hinc-mackiewicz-w-cyklu-rozmow-z-obozu-swietych/?fbclid=IwAR110zAauR4__wbaGtFm-sk1MJ2ZXUh92Ua-7p4lRqqfmksENYqxPjplikE


#teatr