Królem życia bez wspierania się kulturą

Królem życia bez wspierania się kulturą – Włodzimierz Kaczkowski wspaniale wspomina swój największy sukces życiowy, który był pozateatralny oczywiście.

Ze wspaniałą autoironią i dystansem do siebie samego, Włodek wspomina jak został królem życia w Mrzeżynie.

Królem życia bez wspierania się kulturą

Królem życia bez wspierania się kulturą

Pod wpływem sugestii o napisaniu książki przejrzałem moje dotychczasowe wspomnieniowe notatki pisane na facebooku.

Ile tam frustracji, biadolenia, niespełnionych ambicji rozczarowań: sobą ludźmi, światem. Niby coś się tam udawało, ale zwykle to nie wystarczało, bo ambicje były większe. Taki dziecięcy żal do świata, że nie jest taki, jaki sobie wymyśliliśmy. A niby dlaczego miałby być? Mam nadzieję, że się z tego wyrasta. Lepiej późno niż wcale.

Żeby temu procesowi pomóc, zacząłem szukać w życiorysie czegoś, co byłoby bezwzględnym sukcesem, bez żadnych „ale”, jakiegoś okresu w moim życiu, w którym miałem poczucie, że świat należał wyłącznie do mnie, bez żadnych dwuznaczności i ambiwalencji.

I znalazłem: jak się domyślacie poza książkami i teatrem. Był rok zdaje się 1976. Po pierwszym roku Wiedzy o Teatrze, ktoś z kolegów z Akademii Muzycznej zaproponował wyjazd do Mrzeżyna, miejscowości wypoczynkowej leżącej nad morzem. Podobno można tam było nieźle zarobić, pracując jako kelner w restauracji, a przy okazji oczywiście odpocząć.

Zapadła decyzja, jedziemy, po drodze niektórzy koledzy się wykruszyli, została nas dwójka albo trójka, ale w tym zestawie dojechaliśmy do celu.

Okazało się, że z zatrudnieniem nie ma problemu, od razu dostajemy kitle kelnerskie i po krótkim przeszkoleniu zostajemy skierowani na salę.

Tak jak trochę przeczuwałem zupełnie się nie nadawałem do tej roboty: myliłem dania i stoliki, nie rozróżniałem znaczenia gości, nie umiałem też być wobec nich odpowiednio uniżony. I co najważniejsze nie dopisywałem do rachunków, co kompromitowało starą gwardię kelnerów pracujących tam na stałe. No zupełna klęska.

Po trzech dniach musiałem odbyć poważną rozmową z szefową, która poinformowała mnie, że nie widzi mnie w tej pracy, ale ktoś tam nie dojechał i awaryjnie trzeba zastąpić bramkarza, więc może bym spróbował.

Bez wiary we własne siły, ale z obawy przed długami, które zaciągnąłem na konto przyszłych zarobków, wyraziłem zgodę.

Zostałem oficjalnie poinformowany o systemie obowiązującym przy wieczornych dancingach. W południe zdaje się między 14.00 a 16.00 odbywała się sprzedaż biletów przez przedstawicieli jakiejś Agencji Rozrywki, a moja rola wieczorem miała polegać wyłącznie na sprawdzaniu tych biletów i ewentualnym utrzymywaniu porządku podczas dancingu.

I tutaj przejawił się cały nonsens gospodarki socjalistycznej i jedna z przyczyn, dla których musiała ona upaść. Oczywiście w południe, w czasie przewidzianym na nabycie biletów nikt nie schodził z plaży, żeby się w nie zaopatrzyć, za to wieczorem w restauracji zjawiał się dziki tłum wczasowiczów spragnionych rozrywki. Ale sprzedających bilety, już wtedy nie było, a ja nie byłem uprawniony do ich wydawania. (uprzedzam pytania młodych, internetu wtedy nie było)

Przez pierwsze dni próbowałem przestrzegać tych reguł. Z biletami przyszło tylko kilka osób, reszta deklarowała zapłatę na miejscu, ale ja nie przyjmowałem pieniędzy i nie wpuszczałem, bo wydawało mi się, że po to jestem zatrudniony.

Ludzie byli wściekli, odchodzili, a po chwili pojawiali się wewnątrz restauracji. Okazało się, że dostawali się od zaplecza, wpuszczani przez kelnerów, których opłacali.

Nawet próbowałem interweniować u moich pracodawców w tej sprawie, ale poinformowano mnie, żebym się nie wtrącał.

Po kilku dniach skapitulowałem, pozwoliłem na to, żeby goście po prostu za wejście rewanżowali mi się banknotami wpychanymi do kieszeni.

Ja wiem, że to było naganne z punktu widzenia moralnego, ale tłumaczyłem sobie, że po pierwsze, system przekupstwa i tak by funkcjonował beze mnie, po drugie, ostentacyjnie nie liczyłem pieniędzy, stosując kościelną zasadę, co łaska, nie odróżniając bogatych od biednych, a po trzecie mówiłem sobie, że walczę z kretyńskimi zasadami socjalistycznej gospodarki, rozwalając ją od środka.

Teraz nareszcie system funkcjonował bezbłędnie, mężczyźni popisując się przed swymi damami nie oszczędzali, jak to dzisiaj bywa na wydatkach, byli wylewni i szczodrzy, zwłaszcza, że już wstępnie, wcześniej spożytym alkoholem byli przygotowani do zabawy.

Tak, że nad ranem chwiejąc się na nogach, bo drugą formą niekoniecznie chcianej rekompensaty za wejście, było częstowanie wódką, okazywało się, że oprócz stałego wynagrodzenia dziennie zarabiam (wiem, nie ma się czym chwalić, ale właściwie nie wiadomo było, kogo w ten sposób oszukiwałem, bo nikt nie był zainteresowany rozwiązaniem problemu) tygodniową średnią pensję.

Pomału, pomału zacząłem się do tego przyzwyczajać.

Nad ranem kończąc dancing, szło się jeszcze do dyskoteki w piwnicach, gdzie puszczał przeboje Jacek Bromski, obecny prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, brało się potem dwie butelki szampana z baru i szło z dziewczynami na plażę, po drodze zahaczając o piekarnię, gdzie właśnie wyjmowano świeże, gorące bułki z pieca, które smakowały obłędnie.

Na plaży paliło się ogniska, kąpało w morzu, śpiewało piosenki i rozmawiało o niczym. No żyć, nie umierać.

Kiedy normalni ludzie wstawali do pracy, my lądowaliśmy w domkach campingowych, gdzie usypiał nas szum fal i okolicznych drzew.

Potem z kacem wstawaliśmy późnym popołudniem, szliśmy do restauracji na spóźniony bezpłatny obiad i czekaliśmy na kolejny dancing.

Wszystko było proste, pieniądze nie grały żadnej roli, miało się je właściwie za nic i to w ilości, który uniemożliwiał ich wydanie na bieżąco. Bo i na co? Przecież wszystko było na miejscu i za darmo: Dziewczyny, wino, śpiew.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy nie było to może na najwyższym poziomie, ale kogo to obchodzi, kiedy się ma dwadzieścia lat.

Jak ze swoją nienarzucającą się muskulaturą mogłem pełnić odpowiedzialną funkcję bramkarza? Sam tego do końca nie rozumiem.

Zdaje się, że byłem pewnego rodzaju atrakcją, zarówno dla personelu, jak i gości: student szkoły teatralnej stojący na bramce.

Większych wpadek nie było, do miejscowej legendy, przeszły trzy sytuacje, pierwsza, kiedy nie rozpoznałem striptizerki, która przez dwa tygodnie rozbierała się tuż przy mnie (do moich obowiązków należała też ochrona występów artystycznych) bo zobaczyłem ją ubraną, druga, kiedy miałem usunąć pijanego, agresywnego gościa, a w odpowiedzi na jego przekleństwa, przekonywałem grzecznie, że jest zbyt pijany i miło byłoby z jego strony, żeby opuścił teren restauracji, i trzecia, kiedy ktoś rzucił we mnie szklanką z herbatą, która roztrzaskała się na ścianie tuż obok mojej twarzy. Ot codzienne życie restauracji z dancingiem.

W każdym razie byłem tam „kimś” odpowiednio docenianym i wynagradzanym, bez żadnych krytycznych ocen i dzielenia włosa na czworo.

Jeszcze po dziesięciu latach przy przypadkowym przejeździe przez Mrzeżyno kłaniano mi się z szacunkiem na ulicy.

Nigdy mi się już to później nie zdarzyło w trakcie mojej kariery teatralnej.

To wtedy byłem autentycznym „królem życia”, bez wspierania się czytaniem książek, czy całą kulturą, która jak wiadomo od czasów Freuda, jest tylko źródłem cierpień.

Marcin Świetlicki ma rację:

Nigdy nie będzie takiego lata… Nigdy papieros nie będzie tak smaczny,
a wódka taka zimna, pożywna.
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewczyn.
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek.

Tak dla bezpieczeństwa: Jeśli ktoś będzie próbował wyciągnąć mi kiedyś to moje naganne zachowanie, zaświadczę, że całą historię zmyśliłem dla poklasku na facebooku.

Być królem życia:
https://www.facebook.com/wlodzimierz.kaczkowski/posts/2622824264433233


#sukces