Kultury pogrzeb własny

Kultury pogrzeb własny to znakomity artykuł Piotra Iwickiego z Polskiego Radia o tym, jak dotychczas okradano artystów.

 


Nie jestem zwolennikiem PiS, ani Po i nie podzielam pewnie wiele poglądów pana Iwickiego, ale udało mu się znakomicie opisać, jak funkcjonował system okradania artystów i grzebania polskiej kultury w poprzednich latach:

Musimy naprawić system finansowania kultury

Dodano: 10.05.2016 [19:11]

Kultury pogrzeb własnyWiara i tożsamość, dziedzictwo i kultura, to kluczowe elementy stanowiące o tym czy naród i państwo przetrwają nawet najbardziej krytyczne zakręty swojej historii. Winston Churchill pomimo wojennej zawieruchy nie zgodził się na budżetowe cięcia w sferze kultury. Niestety tej lekcji nie odrobiła poprzednia władza. W sposób zawoalowany dobrała się również do pieniędzy polskich artystów i twórców oraz tych, którzy ich dzieła popularyzują. Ostatecznie straciła na tym nasza kultura. Apeluję do premiera Piotra Glińskiego oraz do popierających go polityków o radykalną zmianę tej sytuacji. Tezy i ton zamieszczonego w Codziennej parę dni temu wywiadu ministra kultury oraz jego dotychczasowe działania świadczą o tym, że ma on nie tylko wolę działania ale i determinację. Czekamy na strukturalne reformy polityki kulturalnej naszego państwa.

Dokładnie rok temu obserwowałem internetowe wpisy celebrytów i znanych artystów, którym przyszło dopłacić do podatku. Niektórzy oddawali kilkumiesięczne dochody. Niestety, oprócz obserwacji była też i smutna konstatacja: wielu moich kolegów to idioci, bo już jesienią poparli swymi nazwiskami i twarzami tych, którzy zgotowali im ten los. Wiem, mocne to słowa, ale jeśli komuś wyciąga się pieniądze z kieszeni, można oczekiwać od niego zwykłej refleksji. Liczenia, myślenia, wyciągania wniosków. Ale próżna to nadzieja.

Ostatnie lata rządów Platformy Obywatelskiej były dramatyczne dla twórców. Wiadomo, że za liberalnymi i lewicowymi poglądami na całym świecie stoją twórcy. W USA nawet trudno być czynnym artystą z pierwszych stron gazet bez lewicowych bądź liberalnych poglądów. Pozostali są w niszy. A co u nas?

Kultura  to moje naturalne środowisko. Jako artysta, publicysta, krytyk, menager, producent i animator kultury, obserwowałem działania decydentów przed minionymi, wygranymi przez Prawo i Sprawiedliwość  wyborami, jako coś niezwykłego. Dlaczego? Bo wszystko co robiła władza spod szyldu PO, biło w wolne zawody, twórców, naukowców, pisarzy, artystów wszelkich proweniencji. Nawet w dziennikarzy, ale ci, w wielu wypadkach, jako ostatni przejrzeli na oczy. Obserwowałem tych z pierwszych stron kolorowych magazynów, ale i tych, którzy nagle zostali bez pracy. Ci drudzy szybko zrozumieli, że coś złego się dzieje, u celebrytów potrwało to kilka miesięcy dłużej. System ogołocenia artystów miał dwa etapy: spektakularny i zawoalowany. Zdumiewająca była pasywna postawa tych, których to dotykało najbardziej.

Scenariusz upadku miał dwie odsłony. Najpierw podatkiem VAT w wysokości 23%  obłożono imprezy kulturalne. Jako animator w podwarszawskiej gminie Raszyn widziałem, że muszę podejmować decyzje: jak organizować koncerty, aby mieścić się w budżecie? Bo pierwsza połowa tej dekady ze swoją zmianą opodatkowania umów od działalności kulturalnej zaskoczyła i organizatorów, i artystów. O co chodzi? Dajmy na to w Pcimiu, Garwolinie czy Rabce miał wystąpić kabaret „nietelewizyjny”. Czyli nie lansowany w tv laureat PAKI czy innego dużego konkursu kabaretowego, tryumfujący w internecie, mający tysiące fanów. Miał, bo nikt nie przewidział, że do 5 tysięcy złotych (to górna granica honorarium dla takich kabaretów – brutto) władze i szefostwa domów kultury będą musiały doliczyć 23% podatku VAT! Umowy rozwiązywana, albo… No właśnie. Polska zaradność sprawiła, że szybko zaczęto namawiać artystów do zawieranie umów o dzieło, czyli takich, gdzie wypłacano kwotę opodatkowaną jedynie od połowy sumy zawartej w umowie.  Dajmy na to, zamiast 5 tysięcy złotych powiększonych o 23 % VAT-u (czyli łącznie 6150 pln), dom kultury, urząd gminy czy miasta mógł zawrzeć umowę na 5 tysięcy złotych, z których artysta płacił podatek jedynie od 2,5 tysiąca! Koszty uzyskania na poziomie wspomnianych 50% sprawiały, że do opodatkowania szła tylko połowa. Jak łatwo policzyć, z kasy samorządu wychodziło 5 tysięcy złotych (a nie 6150), z czego połowa „na starcie” pozostawała w kieszeni twórcy, a druga połowa była pomniejszona o 18% podatku typowego dla osób fizycznych w tzw. pierwszej grupie podatkowej. Rachunek prosty, a życie pokazało, że ta „śmieszna” różnica 23 % VAT zamordowała wiele zespołów, zamarło życie kulturalne na prowincji, zwłaszcza to bazujące na zaproszonych gościach. Telefony menadżerów małych kabaretów, numer po numerze, przestawały dzwonić. Kabarety przestały jeździć a menagerowie mówili wprost: zabił nas podatek.
No właśnie. A co z tymi 50% kosztów uzyskania?

Gdy już wydawało się, że buforem będą koszty uzyskania i zamiast umów i faktur typowych dla osób prawnych wejdziemy do świata umów cywilno-prawnych typowych dla osób fizycznych, okazało się, że zmniejszono możliwość naliczania kosztów uzyskania 50% do poziomu 42 764 złotych. Co to oznaczało? Ot to, że twórcy uprawnieni do korzystania z praw autorskich i artystów wykonawców korzystających z praw pokrewnych, lub rozporządzania przez nich tymi prawami, jak i za przeniesienie prawa własności wynalazku, topografii układu scalonego, wzoru użytkowego, wzoru przemysłowego, znaku towarowego lub wzoru zdobniczego bądź z tytułu opłaty licencyjnej za przeniesienie prawa stosowania wynalazku, topografii układu scalonego, wzoru użytkowego, wzoru przemysłowego, znaku towarowego lub wzoru zdobniczego, oni wszyscy nagle mogli to robić realnie do podwojonej kwoty  42 764 złotych czyli do 85 528 złotych. Potem, musieli płacić jak wszyscy, z uwzględnieniem 20% kosztów uzyskania. Efekt prosty: brak zgody na takie umowy.

Wiem, tu padną pytania: dlaczego artyści maja być lepsi? To proste. Każda rola, koncert, spektakl, praca plastyczna czy opowiadanie wymagają nowego nakładu intelektualnego, ot, procesu twórczego. Raz są to setki przeczytanych książek, kiedy indziej miesiące prac naukowych często wieńczonych fiaskiem albo próby do koncertu bez gwarantowanego efektu braw w finale. Zamiast biletu na tramwaj, śniadania w teczce, bezpiecznej umowy o pracę, twórcy podejmują każdego dnia ryzyko, sukces odnoszą nieliczni. I ten przywilej opodatkowania tylko płowy całkowitego dochodu im zabrano. Artyści ocknęli się, gdy musieli dopłacić. I to słono. Słynny kompozytor i pianista oddał dwumiesięczne dochody, a popularny aktor z telewizyjnych seriali – jak się okazało – pracował nad niemal jednym sezonem serialowej papki na poczet podatku…

Wiem, to wszystko nie dotyczy w wielu wypadkach ludzi biednych, ale ta sama ustawa objęła muzyków, aktorów drugiego planu, prostych wyrobników „na wierszówkach” w gazetach czy magazynach, którzy aby wyżyć muszą siadać w nocy za kołami pseudo taksówek (jak wirtuoz z Filharmonii Narodowej) albo dorabiać na stoiskach w marketach czy siedząc na warcie jako ochroniarze. Smutne ale prawdziwe. W wielu wypadkach artyści to trochę ofiary swojego talentu: nie potrafią nic innego. Uczyli się i studiowali przez 17 lat! Dzisiaj są najgorzej opłacaną grupą zawodową „na etatach”. I niech nazwiska gwiazd, które stanowią mniej niż 1 % środowiska nie przyćmią prawdziwego obrazu naszej kultury, świata twórców, naukowców czy pisarzy.

A to tylko początek. W następnym tekście napiszę, jak każdego dnia z ich kieszeni wielkie koncerny wyciągają ponad milion złotych. Jak wygląda cicha i bezwzględna wojna, między producentami sprzętu elektronicznego a tymi, którzy przez to niebawem umrą z głodu. A sprawa dotyczy wszystkich. Pani i Pana też. Na imię jej, czyste nośniki.


#kultura