Kultury tu brak

„Kultury tu brak” odnosi się do tego, że kiedy nagle powiały nowe wiatry polityczne po 8 latach rządów PO nawet GW zauważyła, że z kulturą w Polsce jest źle, żeby nie powiedzieć katastrofalnie.

 

Kultury tu brakTo doprawdy zakrawa na kiepski żart, że nagle po dziesięciu latach rządów grabarzy polskiej kultury GW wychodzi z tym odkrywczym artykułem, że w stan kultury polskiej jest katastrofalny.

Od kilku lat piano nam peany o tym, jakie to ogromne pieniądze płynęły w kierunku kultury, a kiedy mówiło się o tym, że owszem, ale inwestowano wyłącznie w puste budy, bo budowano bez umiaru, najczęściej nie przewidując później z budżecie nawet utrzymania budynków, a o zatrudnieniu twórców już nie wspominając, to nagle wszyscy z szacowną gazetą włącznie nabierali wody w usta.

I nagle grom z jasnego nieba – „Rozumiem, że jesteśmy społeczeństwem na dorobku, wszystkim jest ciężko w czasach płynnej nowoczesności. Ale bez kultury rozwój gospodarczy nie ma sensu.” No co za wiekopomne odkrycie!!!

I te „twarde dane”, do których nagle mamy dostęp, a z których wynika, że „średnia zarobków wynosi tu 3 tys. zł” To przecież następny żart, bo prawie wszyscy artyści, których znam upiliby się ze szczęścia, jeśli zarabialiby 3 tysiące miesięcznie.

Przemilczany jest fakt, że główna część zarobków w tej statystyce przypada kadrze zarządzającej instytucjami kultury, która jest posadzona na tych stołkach przez odchodzącą władzę.

Więc co z tego, że dane wnioski w poniższym artykule się zgadzają, skoro są one o spóźnione o 8 lat?

No co?

No przynajmniej to, że kultury tu brak.

 

Najbiedniejsza branża w kraju. Czy bez kultury rozwój gospodarczy ma sens?

Roman Pawłowski
06.11.2014 15:32

Mamy twarde dane: kultura i sztuka były najsłabiej opłacaną branżą w Polsce, średnia zarobków wynosi tu 3 tys. zł brutto, ale jedna czwarta pracowników nie osiąga nawet 2300 zł. Jest się czym martwić?

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Znajoma, która zajmuje się projektami międzynarodowymi w dużej instytucji kultury, opowiadała mi, jak sobie radzi finansowo. Otóż od lat nie było w jej instytucji podwyżek, a jeść trzeba. Znalazła niedaleko biura bar, w którym lunch kosztuje 15 złotych. Jest to cena niezwykle konkurencyjna jak na hipsterskie centrum Warszawy, w sąsiednich lokalach tyle samo trzeba wydać na filiżankę latte. Czasem jednak nie ma nawet tych 15 zł, zamawia więc zupę za 6 zł. – Jeśli zamówię oba dania i zrezygnuję z drugiego, to mogę zjeść zupę nawet za 4 zł – tłumaczyła z dumą.

Głód kultury znajoma zaspokaja podobnymi sposobami. Filmy ogląda w kinie Luna, w poniedziałki można wejść tam za dychę, wejściówki do teatrów załatwia przez znajomych, książki pożycza od przyjaciół. W klubach zamawia głównie wodę. Lubi szczególnie jedno miejsce, popularne wśród warszawskich artystów – podają tam wodę z owocami, ma więc napój i deser w jednym. Pośmialiśmy się, że mogłaby napisać poradnik „Jak być hipsterem w Warszawie – wersja ekonomiczna”. Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie to, że jest ekspertką z wieloletnim doświadczeniem, programuje wydarzenia o milionowych budżetach, w których biorą udział najwybitniejsi artyści z Polski i zagranicy.

O tym, że pracownicy sektora kultury są opłacani poniżej swoich kompetencji, wiedzieliśmy od dawna, mówił o tym raport warszawskiej fundacji Pro Cultura i Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy. Wynikało z niego, że zdecydowana większość pisarzy, muzyków i tancerzy z tych dwóch aglomeracji zarabia mniej niż 20 tys. zł rocznie. Teraz mamy twarde dane z badania wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak za rok 2013. Kultura i sztuka jest najsłabiej opłacaną branżą w Polsce, średnia zarobków wynosi tu 3 tys. zł brutto, ale jedna czwarta pracowników nie osiąga nawet 2300 zł. To gorzej niż w tradycyjnie niedoinwestowanych sektorach – szkolnictwie i służbie zdrowia.

Dane przeczą optymizmowi polityków, którzy twierdzą, że kultura nigdy nie miała tak dobrze. Owszem, pieniądze płyną szerokim strumieniem, ale na infrastrukturę. Ich głównym beneficjentem są na razie firmy budowlane. „Res Publica Nowa” zbadała blisko 70 polskich miast pod kątem wydatków na kulturę. Okazało się, że samorządy wydają obecnie ponad półtora razy więcej na inwestycje w kulturze niż przed wstąpieniem Polski do Unii. Wydatki na program wzrosły już tylko o 40 proc. Powstaje dziura, w której lądują twórcy i kuratorzy. A przecież bez nich te wszystkie nowe muzea, teatry i filharmonie są tylko pustymi skorupami.

Klasa kreatywna, która miała być kołem zamachowym gospodarki, sama wymaga dzisiaj wsparcia. Artyści, których zadaniem jest wymyślanie nowych idei i kształtowanie zbiorowej wyobraźni, stali się prekariuszami. Znam artystkę, która jest zarejestrowana jako bezrobotna, bo z oficjalnej sprzedaży swoich dzieł nie byłaby w stanie opłacić czynszu. Znam aktorkę, która pracuje jako sprzątaczka na ćwierć etatu, żeby mieć składki w ZUS. Znam wybitnego pisarza, który w tym samym celu zatrudnił się fikcyjnie u znajomego. Ostatnio podzielił się ze mną wielką radością – otóż odziedziczył kawałek ziemi, będzie więc mógł legalnie skorzystać z ubezpieczenia dla rolników!

Rozumiem, że jesteśmy społeczeństwem na dorobku, wszystkim jest ciężko w czasach płynnej nowoczesności. Ale bez kultury rozwój gospodarczy nie ma sensu. Bo co nam zostanie – pies przebrany za pająka i majtki celebrytek?

„New York Times” zachwycał się ostatnio nowymi salami koncertowymi m.in. wKatowicach, Krakowie i Szczecinie. To „symboliczny triumf nad komunistyczną przeszłością i przyjęcie nowoczesnych europejskich wartości” – pisał z entuzjazmem amerykański dziennik. Obawiam się, aby ten triumf nie zamienił się w klęskę i aby nowe gmachy kultury – a będzie ich w polskich miastach coraz więcej – nie stały się kamieniem, który pociągnie całą branżę na dno. Bez inwestycji w ludzi to nieuniknione.

http://wyborcza.pl/1,75475,16925662,Najbiedniejsza_branza_w_kraju__Czy_bez_kultury_rozwoj.html#ixzz3rDHMpDMX


#kultura