Marionetki na smyczy

Marionetki na smyczy to niezwykle trafny artykuł Wiesława Hołdysa na temat oblicza współczesnego polskiego teatru, obnażający mechanizmy hucpy i wiernopoddaństwa tak zwanych „modnych twórców”.

marionetkiJa nazywam to troszkę inaczej, bo dla mnie to nic innego, niż hucpa, amatorszczyzna i brak elementarnej znajomości warsztatu teatralnego.

Pisałem już o tym nie raz, a chyba najwyraźniej dałem temu wyraz w niedawnym wywiadzie, którego udzieliłem Infoposterowi: http://www.kempinsky.pl/rezyser-na-infoposterze/

A o „histerycznych” środkach aktorskich szerzej mówi artykuł: http://www.kempinsky.pl/dosyc-histerii-aktorskiej/

Więc jeżeli jesteście zainteresowani tematyką teatralną, a zakładam, że moi czytelnicy głównie składają się z teatromanów, macie tu kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń, różnych ludzi, które wszystkie układają się w coraz bardziej czytelny wzór: Koniec amatorszczyzny w teatrze nadchodzi!

 

 

Sztuka to nie rozrywka

„Teatr dobrym sposobem na rozrywkę, rozwój intelektualny i spędzanie czasu ze znajomymi”? Wybieram drugą odpowiedź, czyli rozwój intelektualny, dodając – nieco górnolotnie – rozwój duchowy i przede wszystkim przeżycie estetyczne. Trzeba sobie przypomnieć, że teatr jest dziedziną sztuki, taką samą jak malarstwo, rzeźba, muzyka czy też literatura. Nie rozrywką, nie polityką, nie leżanką u psychoanalityka – ale sztuką, którą warto odbierać wspólnie – dlatego też przychylam się do odpowiedzi trzeciej: spędzanie czasu ze znajomymi.

Uważam, że moda i  podążanie za trendami w sztuce są zabójcze. To, czym sztuka się żywi, to poszukiwanie własnego wyrazu. Natomiast podążanie za trendami powoduje, że spektakle stają się podobne do siebie jak dwie krople wody, zlewając się w jedno monstrualne przedstawienie będące dla widza źródłem nudy, bo przecież ile można oglądać to samo.

Trendy spektakl
A więc, drogi widzu, jeśli wybierasz się na np. „Balladynę” Słowackiego lub jakikolwiek spektakl oparty na dramacie zaliczanym do klasyki (której nie bronią już żadne prawa autorskie) i spodziewasz się usłyszeć ze sceny słowa napisane przez autora dramatu – może cię spotkać niespodzianka. Albowiem usłyszysz zupełnie inny tekst, dlatego że modne jest przepisywanie, dopisywanie, lifting, reintepretacje etc. Zajmuje się tym dramaturg (jeśli kobieta – to dramaturżka) – termin ten w modnym teatrze nie oznacza, jak w  Słowniku języka polskiego, autora tekstu wstawianego na scenie, tylko osobę, która podczas prób zajmuje się wzmiankowanym wyżej procederem. Dalej – obowiązkowe wideo na scenie. To, czym oplecione są twarze aktorów, to druty od mikrofonu, jako że w modnym teatrze nie pracuje się nad emisją głosu. Spektrum gry aktorskiej opiera się na dwóch środkach: histerycznym wrzasku przeplatanym ekspresyjnym szeptem. Kostium współczesny: w wersji premium z sieciowego domu mody, w wersji oszczędnej – z second handu. Światło obowiązkowo kolorowe, z przewagą niebieskiego, bo robi się bardziej upiornie na scenie, tj. onirycznie. Ten rodzaj modnego teatru bardzo jest popierany przez decydentów i media głównego nurtu. Przez widzów chyba trochę mniej.

Teatr (nie)zależny
To sztuka na smyczy. Niedawno zetknąłem się z takim określeniem, będącym tłumaczeniem angielskiego leash art –  oznaczające uzależnienie artystów od decydentów, którzy z kolei bardzo popierają modną sztukę. Artyści, podejmujący grę w modną sztukę, stają się zakładnikami i marionetkami sztuki na smyczy – w zamian za lojalność wobec mody umożliwia im się udział w imprezach ogólnopolskich i międzynarodowych.
Ale nie cały teatr chodzi uwiązany na pańskiej smyczy mody. Wśród różnych form istnienia teatru – instytucjonalnego, finansowanego ze środków publicznych albo prywatnego (który zresztą także ze środków publicznych korzysta) – istnieje jeszcze forma teatrów jako organizacji pozarządowej albo inaczej mówiąc – trzeciego sektora. Na ogół są to organizacje funkcjonujące jako stowarzyszenia bądź fundacje założone przez grupę twórców po to, aby realizować własne cele artystyczne. Co wydaje się niezwykle cenne, jako że miniona (mam nadzieję, że nie bezpowrotnie) sława i chwała polskiego teatru na takich zjawiskach się w dużej mierze opiera – dość wymienić teatr Cricot 2 i Tadeusza Kantora. W  Polsce przeważają organizacje niewielkie, skupione na realizacji kilku celów – aczkolwiek doświadczenia innych krajów (Holandia, Niemcy), gdzie organizacjom pozarządowym zleca się po prostu prowadzenie działalności teatralnej na większą skalę, wskazują, że tak wcale być nie musi. Można powiedzieć, że widownia takich teatrów jest niszowa – i jest to prawda. Zakładając jednak (co potwierdza własna praktyka), że średnio spektakl ogląda kilkadziesiąt osób (takie teatry zwykle grają w małych salach) i że teatr gra w miarą regularnie kilkadziesiąt spektakli rocznie – daje to liczbę kilku tysięcy widzów rocznie. Co nie jest tak mało, zważywszy na jakość widza, który świadomie wybrał taki, a nie inny spektakl, często się do niego przygotował, nie kierując się ani modą, ani gwiazdami na afiszu. A jest to widz najcenniejszy. I dodać trzeba, że istotne jest, aby takich teatrów istniało jak najwięcej, dlatego że stwarza to różnorodność życia teatralnego – coś, czego przez lata Polsce zazdroszczono, i coś, co budowało markę polskiego teatru jako jednego z najlepszych na świecie. Tak było jeszcze cał- kiem niedawno, teraz już nie jest – ale mam nadzieję, że znowu będzie. Siły, czyli artyści, ciągle jeszcze są, gorzej ze środkami.

Finanse a sztuka
Taki teatr skazany jest na ubieganie się o grant na każdy projekt – niewiele (aczkolwiek są takie) organizacji pozarządowych ma zapewnione środki na bieżącą działalność. Dodać też trzeba, że wpływy ze sprzedaży biletów i spektakli wcale nie są takie niskie, osiągając często – przynajmniej w przypadku naszej organizacji – poziom 30-40 proc. rocznego budżetu. I jeszcze to, że organizacje pozarządowe w dużym stopniu korzystają ze środków europejskich, stając się – by tak rzec – importerem dewiz, czyli euro, które pozostają w kraju. Natomiast system grantów funkcjonujący w Polsce często nazywany jest dosadnie: „grantoza” – i jest to słuszne okre- ślenie. Wylano już morze atramentu na opisanie wszystkich wad systemu grantów w Polsce, więc czując się zwolniony z opisywania szczegó- łowego, wymienię tylko trzy główne jego wady: wrzucanie do jednego worka projektów festiwali i festynów z projektami spektakl, zbyt szczegó- łowy formularz (wypełnienie czegoś takiego zajmuje minimum dwa dni i jest obarczone ryzykiem, że w wypadku drobnego błędu np. rachunkowego wniosek zostaje odrzucony) i zbyt małe środki przeznaczane na tego typu konkursy. Prowadzi to do tego, że większość energii twórców zrzeszonych w organizacjach trzeciego sektora pochłania pisanie owych wniosków. Na własnym przykładzie: w ubiegłym roku Stowarzyszenie Teatr Mumerus złożyło 16 wniosków, z czego cztery zostały przyjęte, a 12 zostało odrzuconych. Jeżeli piszę o własnej organizacji, to tylko jako o przykładzie szerszego zjawiska i dlatego, że bezpośrednio znam jej funkcjonowanie. Tego typu organizacji jest w Polsce kilkaset i one budują ciągle przecież jeszcze istniejące bogactwo życia teatralnego w naszym kraju. Czy są potrzebne i godne finansowania z pieniędzy podatnika? Na to pytanie powinien sobie odpowiedzieć każdy z odbiorców sztuki teatru, bo jest to także pytanie o kulturę chodzenia do teatru w Polsce.

Wiesław Hołdys
Gazeta Finansowa
17–23 kwietnia 2015 r.

link do źródła:
http://gf24.pl/wp-content/uploads/2015/04/47-55.pdf

 

marionetki:

marionetka

1. teatralna lalka poruszana za pomocą nitek lub drutów;
2. człowiek całkowicie podległy wpływowi kogoś innego, pozostający na czyichś usługach
http://sjp.pl/marionetka

____________________________________________________________________________
#teatr