Mężczyźni są do niczego

„Mężczyźni są do niczego” to znakomita rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem o kryzysie męskości w naszych czasach, ale także kryzysu związku jako takiego…

 

Mężczyźni są do niczegoWokół siebie mam coraz więcej mężczyzn, którzy totalnie się pogubili w nowej roli mężczyzny, ponieważ wydaje im się, że partnerstwo i równouprawnienie, których się od nich wymaga godzi w ich męskość i coraz niżej oceniają swoją wartość.

Z drugiej jednak strony mężczyźni, którzy pozostają dużymi niesfornymi dziećmi, które nie potrafią niczego ofiarować kobietom w związku są także coraz częstszym zjawiskiem.

Kobiety także nie mają łatwo, bo wśród moich znajomych mam wiele przyjaciółek, które w imię kariery poświęciły tradycyjne role kobiece, albowiem nie mogły, albo nie chciały godzić rodzicielstwa i partnerstwa z karierą.

Oba gatunki są wedle moich obserwacji coraz bardziej nieszczęśliwe, albowiem często mimo życiowych sukcesów, pozostają coraz bardziej sfrustrowani i osamotnieni, coraz bardziej nieszczęśliwi.

Być może jest tak, że przeżywamy kryzys związku jako modelu społecznego, ponieważ „Nadszedł czas związków bez wspomagania. Nawet dzieci przestają odgrywać rolę kleju. Spoiwem nowych związków może być tylko wielkie, wzajemne uczucie, świetny dobór seksualny, partnerstwo, wzajemny szacunek i atrakcyjność społeczna. A tego żadna ze stron nie potrafi. Brak wzorców.”

Jakkolwiekby nie było, nie są to łatwe czasy dla człowieka, który jednak z natury jest zwierzęciem stadnym i ma głęboko zakorzenioną potrzebę łączenia się w pary.

 

Wojciech Eichelberger: Mężczyźni są do niczego

Kobiety często pytają: „Dlaczego jestem sama? Czemu nie mam dzieci?”. I odpowiadają: „Bo mężczyźni są do niczego! To dzieciaki, które chcą tylko grać, nurkować, jeździć na motorach albo bzykać się bez zobowiązań”. Czy tak jest? Może przyczyny epidemii samotności trzeba szukać gdzie indziej? – pyta Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Często słyszę od singielek: „Jestem sama, bo mężczyźni są do niczego”. I gdy poznaję ich ewentualnych partnerów, stwierdzam, że mają rację. Lepiej być samą niż z hipochondrycznym maminsynkiem czy uwodzicielem ze skłonnością do alkoholu.

Na początek może warto przypomnieć starą jak świat i mądrą przypowieść, którą powtarzam zawsze, gdy przychodzą do mnie ludzie skarżący się na niemożność znalezienia odpowiedniego – spełniającego określone wymagania – partnera lub partnerki. Szukają, próbują, lecz wszyscy, których spotykają, okazują się rozczarowujący. Jeśli przychodzi kobieta, opowiadam jej o pewnej zrozpaczonej kobiecie po trzydziestce, która przyszła do mędrca: „Szukam od lat mężczyzny, który by sprostał moim wymaganiom, i nie znajduję. Jestem bardzo zdeterminowana, ale nic z tego nie wychodzi”. Na to mędrzec: „Powiedz mi, jakiego mężczyzny szukasz?”. Kobieta jednym tchem: „Mądrego, silnego, zaradnego, szlachetnego, ciepłego, kochającego, wrażliwego, odważnego, pogodnego… no i pięknego”. Na to mędrzec: „Znajdziesz go bez trudu. Pełno takich”. Kobieta: „Jak to możliwe, że przez tyle lat nie spotkałam ani jednego?!”. Mędrzec: „Nie miałaś szans. Ale zdradzę ci stuprocentowy sposób, żeby go spotkać. Musisz mi tylko obiecać, że z niego skorzystasz, choć będzie cię to kosztować dużo trudu”. Kobieta po chwili namysłu: „Jeśli to jest stuprocentowy sposób, to biorę i obiecuję, że nie zmarnuję tego daru. Nie boję się trudnej drogi, gdy jestem pewna, że prowadzi do celu. To, co było moim udziałem do tej pory, było i trudne, i na dodatek bezowocne.” „Mądra odpowiedź” – pochwalił ją mędrzec i  kontynuował: „Sposób jest prosty. Jeśli chcesz spotkać mężczyznę obdarzonego tak hojnie cnotami, które wymieniłaś, to… najpierw musisz je rozwinąć w sobie! Gwarantuję, że wtedy go spotkasz – bo złoto ciągnie do złota, a żelazo do żelaza”. Kobieta pokłoniła się mędrcowi i już chciała wyjść z pokoju, gdy ten dodał ciepło: „Jeśli już to wszystko zrobisz, a jakimś zrządzeniem losu jednak go nie spotkasz, to i tak będziesz czuła, że go spotkałaś”.

Jak kobiety reagują na tę przypowieść? Nie obrażają się?

Nie, bo wyczuwają natychmiast, że to właściwa, najlepsza odpowiedź na ich problem. Dalsza rozmowa staje się konstruktywna, bo o tym, czego innym brakuje, potrafimy rozmawiać bez końca, a niewielki mamy na to wpływ. Jeśli zaś zainteresujemy się tym, czego nam brakuje, to możemy coś z tym robić. Zamiast latać po świecie i Internecie, szukając odpowiedniego modelu, skupiamy się na nabywaniu tych kwalifikacji i cech, których poszukujemy w innych. A wtedy prędzej czy później spotykamy ludzi, którzy je posiadają. Potwierdzam to moim autorytetem
i  doświadczeniem.

Wczoraj czytałam książkę Lillian Glass „Toksyczni mężczyźni” i doszłam do wniosku, że jestem toksycznym mężczyzną!

Bo taką samą książkę można napisać o kobietach. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety – jesteśmy niedoskonali. Rzadko rozwijamy w pełni nasz potencjał mądrości, wolności i miłości. Wolimy oglądać się na innych, skupiać na źdźble w oku bliźniego niż belce we własnym.

Ale są też inne, kulturowo-systemowe powody, dla których trudno dziś kobiecie znaleźć właściwego mężczyznę. Przede wszystkim z antropologicznego punktu widzenia judeochrześcijańska i ekonomicznie rozwinięta część świata wchodzi w erę „nowego matriarchatu”. Antropolodzy twierdzą, że matriarchat istniał, dopóki nie została rozpoznana rola mężczyzny w zapłodnieniu. W owych czasach obowiązywał pogląd, że dzieci pojawiają się na świecie na zasadzie dzieworództwa. Mężczyźni swoje pożądanie musieli więc uznać za niezrozumiałe i zawstydzające. Mało tego – nie mieli racjonalnego ani moralnego tytułu do istnienia, bo nie współtworzyli życia. Wykorzystywani jako dodatkowe źródło erotycznej przyjemności (związki lesbijskie były w tamtych czasach bardziej cenione), do ciężkiej pracy i jako krwawe ofiary składane boginiom, marzyli, by pozbyć się bezużytecznych genitaliów i stać kobietami. Podobno dokonywali masowych rytualnych kastracji… No a potem, gdy prawda o zapłodnieniu wyszła na jaw, stworzyli patriarchat i przez ostatnie pięć tysięcy lat bezrozumnie odreagowywali swoje wielowiekowe upokorzenie.

I wydawało się, że raz na zawsze role się ustaliły. Ale sytuacja zaczyna się powtarzać. Dzięki pigułce kobiety uzyskały kontrolę nad swoją płodnością i dzietnością, a biotechnologia zapłodnienia może dawać kobietom złudzenie zdolności dzieworództwa. Udział mężczyzn nie jest już potrzebny, aby zachodziły w ciążę. Po co angażować się więc w skomplikowane, kosztowne i kłopotliwe emocjonalnie związki, skoro nasienie z banku spermy może być genetycznie sprawdzone i gwarantować pełny sukces prokreacyjny w wersji custom made.

Niech więc chłopaki oddają nasienie do banku i dadzą nam, kobietom, święty spokój. Tam przejdą prawdziwy casting atrakcyjności prokreacyjnej. Każdy będzie wiedział, ile dostał lajków i ile jest wart na tym rynku. Science fiction? Nie, to już się dzieje. Pewien dawca z Kalifornii został wybrany przez kilka tysięcy kobiet… A tymczasem zbiorowa świadomość mężczyzn wszystko to widzi i przeżywa, przeczuwając swoistą powtórkę z przeszłości.

Czyli jednak mamy kryzys męskości?

Mężczyznom nie jest łatwo się odnaleźć w tej sytuacji. Tym bardziej że wszystkie dotychczasowe, systemowe podpórki, służące zapewnieniu im dominującej pozycji w związku i uzależniające kobietę od męskiego patronatu, odchodzą w przeszłość. Nadszedł czas związków bez wspomagania. Nawet dzieci przestają odgrywać rolę kleju. Spoiwem nowych związków może być tylko wielkie, wzajemne uczucie, świetny dobór seksualny, partnerstwo, wzajemny szacunek i atrakcyjność społeczna. A tego żadna ze stron nie potrafi. Brak wzorców.

Link do całego artykułu:
http://zwierciadlo.pl/seks/partnerstwo/wojciech-eichelberger-mezczyzni-sa-do-niczego


 

#mężczyzna #kobieta