Nie akceptuję nowej dramaturgii

„Nie akceptuję absolutnie nowej dramaturgii. To, że świat zalewa gówno, nie oznacza, że ono ma się także wdzierać do teatru i go wypełniać”, mówi Jan Peszek.

 

nie akceptuję

fot. Krzysztof Jarosz/Forum

Polecam tę arcyciekawą rozmowę z Janem Peszkiem, który wprost i bez owijania w bawełnę mówi, że nie akceptuje nowej dramaturgi, że uprawiającej ją twórcom coś się pomieszało w głowach: funkcję dramaturga z teatru niemieckiego pomieszali z dramatopisarstwem i że posługują się bełkotem.

Ale jest to także rozmowa o jego drodze twórczej, jego wyborach i o teatrze w ogóle.

Cieszę się, że taki autorytet, jakim jest Jan Peszek ma odwagę wprost powiedzieć o chorobie, która dewastuje obecny teatr w Polsce

 

Chronicznie nie cierpię interwencji wśród publiczności

– Przeszedłem awangardę i wiem, że zawsze są jakieś trzęsienia ziemi, zawsze przychodzą młodzi ludzie i chcą czegoś nowego. Raczej się im przyglądam ostrożnie, chociaż wielu rzeczy nie akceptuję – mówi Jan Peszek w miesięczniku Kraków.

Człowiek nie wybiera sobie miejsca urodzenia. Ale miejsce, gdzie przychodzi na świat, a potem dorasta, ma wpływ na to, jakim jest człowiekiem. Jan Peszek o sobie mówi, że został poczęty w Koenigsbergu w czasie II wojny światowej, a urodzony w drodze na południe, w Szreńsku, małej miejscowości na Mazowszu jako efekt sojuszu imperialistyczno-komunistycznego. Matka – córka polskich emigrantów – urodziła się w USA, ojciec pochodził spod Stryja. Szczęśliwe dzieciństwo i wczesną młodość spędził w Andrychowie, jako pierworodny z szóstki dzieci tamtejszego dentysty. I przysposabiany był do przejęcia gabinetu po ojcu. Jako nastolatek asystował technikowi przy wyrabianiu koron i mostów.

– Kształtowała mnie ultrakatolicka rodzina ze strony ojca i bardziej tolerancyjna, otwarta i emocjonalna ze strony matki. Wzorce, które wyniosłem z domu, nigdy nie były w nas wtłaczane siłą, dlatego ja i moje rodzeństwo przyjmowaliśmy je jako coś zupełnie naturalnego. Dziadek ze strony matki, w którym według rodzinnej legendy zadurzyła się nastoletnia Rita Hayworth, wyrobił we mnie wówczas nieuświadomione poczucie porządku i potrzebę bycia wolnym.

Swoją żonę Teresę, z którą jest do dzisiaj, wybrał sobie w… przedszkolu. Oświadczył jej matce, że ze wszystkich dziewcząt odpowiada mu najbardziej Tereska i z nią się ożeni. Słowa dotrzymał. Jan Peszek – aktor, reżyser, dyrektor teatrów, profesor sztuki teatralnej w krakowskiej PWST. Ulubiony aktor Bogusława Schaeffera i nadworny aktor instrumentalny awangardowego zespołu muzyki współczesnej MW2, z którym objechał bez mała cały świat. Ojciec Błażeja i Marii, też aktorów, uroczy gawędziarz…

Wcale nie marzył, by zostać aktorem. Owszem, do teatru jeździł z rodzicami, którzy uwielbiali teatr. Głównie do Bielska-Białej, z rzadka do Krakowa, za to z Krakowa do Andrychowa przyjeżdżał Teatr Rozmaitości (dzisiaj Bagatela). Podkochiwał się w aktorkach, np. w Marii Zając-Radwan. Z wypiekami na twarzy i gorączką przyjechał do domu po obejrzeniu Wesela. Dla teatru odkrył go starszy kolega z Andrychowa, Czarek Chrapkiewicz, który już studiował w szkole teatralnej i zapragnął w rodzinnym mieście wystawić jednoaktówkę z młodym Peszkiem w roli głównej. Odkrył wtedy, że aktor, który wchodzi na scenę, ma władzę nad publicznością ukrytą w ciemności. Inna sprawa, czy umie tę władzę utrzymać. A każda władza i każdy jej przejaw – to słodkie uczucie…

Papiery składał równolegle do szkoły teatralnej i na akademię medyczną. W pierwszym podejściu nie zdał. Znalazł się na pierwszym miejscu listy rezerwowej. Po egzaminach był zdeprymowany i rozczarowany.

– Wydawało mi się, że to jakiś dom wariatów – wspomina. – U mnie w domu nie przeklinało się, więc i ja nie kląłem. Nie to, żebym był jakimś tam ciamciakiem, ale przekleństwa nie były obecne w moim zasobie słów. Doskonale to wyczuł ówczesny dziekan Eugeniusz Fulde i podczas egzaminu kazał mi przeklinać. Jedyne, na co się zdobyłem, to wykrzyczałem, że nie dam sobie dmuchać… i z wrażenia oraz nerwów pomyliłem kaszę z uchem. To moje dmuchanie w ucho musiało brzmieć komicznie… Więc wcale nie żałowałem specjalnie tego, że się nie dostałem… I nagle szkoła się o mnie upomniała. Dowiedziałem się, że ktoś zrezygnował i ja wchodzę na główną listę. Przyjechałem z Krakowa do domu. Pamiętam, był upał, ojciec w białej furażerce okopywał pomidory. Popatrzył nam mnie.

– Dostałem się – mówię.

– Ale będziesz zdawał do Wrocławia, na Akademie Medyczną? – Bo tam też złożyłem dokumenty.

– Nie – mówię.

– Jak to? Przecież będziesz miał możliwość wyboru.

Ja na to, że nie chcę blokować komuś miejsca na Akademii Medycznej. I potem rok po roku zaczęło się coś we mnie otwierać. Przez moją aktywność i ciekawość ludzi poznałem Bogusława Schaeffera i krakowski zespół młodych wykonawców muzyki współczesnej MW2 i to oni mnie tak naprawdę edukowali. To Schaeffer był, jest i będzie moim mistrzem, który cały pozytywny potencjał wyniesiony z domu otworzył, a potem pokazał mi kompletnie inne drogi niż te, które wytyczała szkoła teatralna. Ona otwierała kanoniczne trasy z drogowskazami od wybitnych artystów krakowskich i nie tylko krakowskich, a awangarda – jak każda awangarda – burzyła te porządki. To było olśniewające. Dzięki temu spotkaniu naprawdę jestem tym, kim jestem. Gdybym nie spotkał na swojej drodze Bogusława Schaeffera, byłbym kompletnie innym aktorem, zapewne robiłbym zupełnie coś innego, w innym miejscu.

Teatr według Peszka jest ostatnim bastionem, gdzie żywy człowiek spotyka się z drugim człowiekiem, i jest magicznym miejscem, gdzie następuje tajemnicza wymiana energii. – Dopóki będzie istniała ludzkość, dopóty będzie istniał prawdziwy teatr. Przeszedłem awangardę i wiem, że zawsze są jakieś trzęsienia ziemi, zawsze przychodzą młodzi ludzie i chcą czegoś nowego. Raczej się im przyglądam ostrożnie, chociaż wielu rzeczy nie akceptuję. Przyglądam się im, bo przez nich właśnie poznaję świat, w którym żyję, bo nie czytam gazet, prawie nie oglądam telewizji. Do kina chodzę, książki czytam… Wiem, co to jest komputer, ale nie korzystam z niego, a zatem nie korzystam z internetu i z tego wszystkie, co jest wirtualne. I przez to nie czuję się ani lepszy, ani gorszy. Oczywiście, jest obok mnie żona, która z tego wszystkiego w moim interesie korzysta. Wobec tego mam czas na dziesiątki innych rzeczy, a przede wszystkim mam poczucie niezakłóconego kontaktu z drugim, żywym człowiekiem… Czasami otrzymuję pytania: jak pan łączy awangardowe zachowania z klasycznym, kanonicznym graniem. A ja nawet tego nie odczuwam. Mam pootwierane w młodości różne drzwi, które dają mi śmiałość. Gdyby nie ta awangarda, której w młodości zasmakowałem, i która dała mi kopa na całe życie, to ja, chłopak z prowincji, pewnie bym się nie pootwierał… Dzięki temu mogę dzisiaj grać wszystko.

Aktorzy skuteczni i nieskuteczni

– Są aktorzy skuteczni i nieskuteczni. Tacy, którzy nie potrafią utrzymać kontaktu z publicznością, i tacy, którzy potrafią przykuć uwagę publiczności, mimo że z reguły jej nawet nie widzą. Na roku studiowałem z Bogusławem Kiercem, aktorem, poetą, zafascynowanym poezją Juliana Przybosia, której kompletnie nie rozumiałem. To on załatwił spotkanie w barku Wyższej Szkoły Muzycznej przy Starowiślnej, by popularyzować Przybosia wśród młodzieży akademickiej. Coś tam czytaliśmy, choć nikogo to specjalnie nie wzruszało. Nagle pojawił się Adam Kaczyński – szef zespołu MW2 – i powiedział: ja takich dwóch wariatów potrzebuję. Podejmujecie się ekstremalnego działania? I tak zaczęła się moja fantastyczna przygoda. Mówię o tym, by pokazać, że aktywność, otwarcie, brak lęku i ciekawość popłacają… To dzięki mojej osobistej aktywności miałem możliwość pracy z Mikołajem Grabowskim, Andrzejem Wajdą, Krystianem Lupą, Jerzym Grzegorzewskim, Henrykiem Tomaszewskim, Rudolfem Zioło i całą plejadą młodych, takich jak choćby Michał Zadara czy Jan Klata. Z Mariuszem Trelińskim przeszliśmy wszystkie gatunki sceniczne: teatr, film, a nawet operę. Bywałem na próbach u Bejarta – podpatrywałem, jak pracuje, przechodziłem warsztaty u Petera Brooka. Nigdy nie dałem się natomiast wciągnąć do teatru Grotowskiego, choć byłem w tym czasie we Wrocławiu. To było dla mnie całkowicie obce. Szybko się dowiedziałem, że komunikatem prawdy płynącym z człowieka jest jego ciało, a nie język, dlatego zacząłem się przyglądać zagadnieniom języka ciała. Słowo jest narzędziem kłamstwa, może być także maską. Nie spotkałem się na scenie z Tadeuszem Kantorem, choć nie wiem, czy bym się nadał do jego teatru, natomiast kiedyś w Oslo graliśmy z zespołem MW2 wielki koncert wśród ambalaży Tadeusza Kantora.

– Pana ojciec chciał, by Pan został dentystą. Czy Pan naciskał na swoje dzieci, by zajęły się sceną?

– Nigdy nie mieliśmy z żoną takich pragnień – odpowiada bez wahania. – Być może popełniliśmy błąd, nie wnosząc do domu wiedzy o niedogodnościach, jakie niesie nasza praca, dlatego dzieci wyniosły jej idealny obraz. Ale zarówno Maria, jak i Błażej sygnalizują nam, że w tym co robią, są szczęśliwi… Dom był zawsze pełen ludzi teatru. Dzieci przysłuchiwały się naszym dyskusjom i rozmowom o teatrze. To była taka naturalna otoczka. Córka od początku chciała być artystką, jako mała dziewczynka chciała być woltyżerką w cyrku. Malowała namiętnie białe rumaki ze złotymi uzdami. Potem śpiewaczką operową, a na końcu dopiero aktorką. A teraz zerwała z teatrem… Syn to raczej cichy, wyautowany człowiek lasu. Pamiętam taki moment, kiedy w Krakowie pojawił się Tadeusz Łomnicki i reżyserował spektakl, w którym grałem. I jakoś tak się szczęśliwie dla mnie złożyło, że zaprzyjaźniliśmy się. Mieszkaliśmy wtedy przy Starowiślnej, na rogu Wawrzyńca, i któregoś razu przyszedł do nas Tadeusz na obiad. Siedzieliśmy w komplecie. Tadeusz zapytał Błażeja: kim będziesz? To było na miesiąc przed maturą. Błażej odpowiedział jednym słowem: aktorem. Pamiętam, że mojej żonie wypadła z ręki łyżka z zupą. To był szok.

Maria po rocznym pobycie w Stanach nadrabiała zaległości w Nowodworku i w jakimś kompletnym popłochu zdawała do szkoły teatralnej. Przez długi czas nie wiedziałem, czy dobrze wybrali, czy będą dobrymi aktorami. W szkole przeżywałem kompletny dramat. Dwukrotnie mi ich przydzielono do grupy. I to było niewyobrażalnie trudne dla mnie. Oni też mówią, że byłem dla nich potwornie trudnym nauczycielem, dlatego że niesamowicie wymagającym. Ale z perspektywy czasu mają wrażenie, że się o wiele więcej nauczyli.

– Widziano Pana ostatnio na widowni Teatru Starego, na spektaklu „Sprawa Gorgonowej”. Jakie wrażenia Pan wyniósł?

– Niedobre. Bardzo niedobre – odpowiada bez cienia wahania Jan Peszek. I zaraz uzasadnia: – Po raz pierwszy zobaczyłem rozbity, niedający sobie kompletnie rady zespół Starego Teatru. To mną wstrząsnęło. Pomijam sam spektakl. Nie akceptuję tekstu, nie akceptuję tego typu narracji.

O Janie Klacie wypowiada się krytycznie, ale powściągliwie. -Publicznie wyraziłem pogląd, że trzeba dać mu czas i nie można po jednym sezonie ekstremalnie go oceniać. Aczkolwiek przeważająca część propozycji nie jest dla mnie do zaakceptowania. Ja zmieniłem kilkanaście teatrów w życiu, często rok po roku, z różnych powodów. Nigdy mnie nie wyrzucono, szczęśliwie dla mnie. Byłem jednym z pierwszych aktorów, którzy zdecydowali się wejść na – okropne słowo – tzw. wolny rynek. Aby zobaczyć, kiedy nastał ten okropny kapitalizm, co to naprawdę oznacza. Potem wróciłem do Starego Teatru. Ponieważ od wielu lat jestem już emerytem, zwolniłem miejsce dla młodych ludzi. I przyglądam się temu, co robi się w teatrze. Jest rzeczą naturalną, niekiedy bolesną dla którejś ze stron, że następują ruchy w zespole. To nic nadzwyczajnego, że część osób odchodzi, bo nie odpowiada im sposób uprawiania teatru. Albo dyrektor przyprowadza ze sobą aktorów, z którymi wcześniej się spotykał, na których chce oprzeć zespół. Ja to przerabiałem z wieloma dyrektorami. Rozumiejąc sytuację kolegów, którzy musieli, a nie chcieli odejść, uważam ją za dość okropną. Jestem jednak beznadziejnym optymistą i uważam, że nie ma sytuacji, z której człowiek nie mógłby wyjść. Zapowiadano konieczność wietrzenia teatru. Tylko pytanie, co się wpuszcza. Odejście starszej części kolegów, którzy byli opoką tego teatru, jest – zwłaszcza dla krakowskiej publiczności – znaczące. Ale Konrad Swinarski też burzył porządek. Był totalnie nieakceptowany i niszczony. Trudno pogodzić się z tym, co ekstremalnie różni się od tego, co jeszcze przed chwilą było. Ja temu wszystkiemu się przyglądam. Wielu rzeczy nie akceptuję. Mogę powiedzieć, czego nie akceptuję. Nie akceptuję absolutnie tzw. nowej dramaturgii. Żeby nie wiem, jak się na mnie wściekali ci młodzi ludzie, których uwielbiam, to coś im się pomieszało w głowach: funkcję dramaturga z teatru niemieckiego pomieszali z dramatopisarstwem. Nie jestem w stanie zaakceptować tekstów, które są teraz pisane. Nie akceptuję tego rodzaju języka teatralnego. Mimo że jestem wychowany na awangardzie, to zacytuję – może niedosłownie – Petera Brooka: to, że świat zalewa gówno, nie oznacza, że ono ma się także wdzierać do teatru i go wypełniać. Jednego chronicznie nie cierpię, tego co jest obecne w teatrze awangardowym, a mianowicie interwencji wśród publiczności. „Kwartet” Schaeffera gramy czterdzieści lat i ja się źle czuję, gdy mam obmacać widza, wziąć go za rękę, zmusić do czegoś. Teatr ma swój podział. Na was i nas. A to, co w teatrze najważniejsze, pojawia się między nami. Złamanie tej zasady jest pogwałceniem tego dziwnego zjawiska, którym jest teatr. Tego chronicznie nie znoszę. Z drugiej strony widzę, jak się teatr szamocze. Jest taki spektakl w Starym Teatrze, „Akropolis”, który mnie poruszył, chociaż chronicznie nie cierpię multimediów w teatrze, multiplikacji kamerowych, filmowania widzów. Tam było to perfekcyjnie użyte i trudny tekst Wyspiańskiego pojawił się jak objawienie. Ja nie chcę, aby teatr był mądry, ja chcę w nim coś przeżyć. A dzisiejszy teatr jest kompletnie wypruty z takich bodźców. Młodzi ludzie, którzy dzisiaj robią teatr, nie posługują się z założenia bełkotem, tylko oni sami znajdują się w świecie, który coraz częściej bełkocze. I sami nie bardzo wiedzą, jak coś nazwać. Sami pewnie nie widzą, gdzie się znajdują.