Niezapłodniona i Prokreator

„Niezapłodniona i Prokreator” to kolejny odcinek znakomitej książki Anny Rychter pt. „Żyjąca w Polsce i inne stany nieważkości” o otaczającej nas rzeczywistości.

 

Niezapłodniona i Prokreator

Niezapłodniona i prokreatorWielka miłość połączyła tych dwoje jeszcze w czasach studenckich. Pasowali do siebie pod każdym względem: wizualnym, fizycznym, seksualnym, intelektualnym. Rozumieli się, jak mało która para w akademiku. Razem się uczyli do egzaminów, chodzili do kina na wszystkie premiery filmowe, uwielbiali piwo, śmiali się z tych samych dowcipów, tak samo irytowała ich głupota i chamstwo, mieli krąg wspólnych znajomych, w których towarzystwie najlepiej się czuli.

Wkrótce zamieszkali w jednym pokoju w akademiku. Dzielili się wiktuałami przywiezionymi z rodzinnych domów, wspomagali nawzajem finansowo. Dla wszystkich znajomych stało się jasne, że wcześniej czy później tych dwoje wstąpi w związek małżeński. Życie pokazało, że raczej później.

Obydwojgu nie było spieszno do ołtarza. Chcieli skończyć uniwersytet, dostać dobrą pracę, jakoś się urządzić, zrobić karierę zawodową, a dopiero potem poważnie pomyśleć o legalizacji związku. Nie planowali na razie posiadania potomstwa, bo to mogłoby skomplikować ich dalekosiężne plany. Na dziecko mieli ich zdaniem czas.

Dziecko to wydatek, nieprzespane noce, rezygnacja z kariery, właściwie rewolucja. Dziecku potrzebny jest dom, niania, maksimum uwagi, miłość.

A oni jeszcze nie mogli dać mu tego wszystkiego. Jeszcze nie teraz. Niezapłodniona opanowała do perfekcji metody antykoncepcji: paleta pastylek hormonalnych na każdy dzień, prezerwatywy, spirale, plastry. Współczesna medycyna nie miała przed nią żadnych tajemnic w tej materii. Na razie obydwoje musieli skupić się na „dorabianiu”.

Dobrze im było razem i w firmie, którą stworzyli i w domu, który szybko zbudowali i w łóżku, które ustawili naprzeciw marmurowego kominka.

Powoli realizowali swoje ambicje i marzenia. Było im coraz lepiej i lepiej.

Wyjazdy na rafy koralowe, połączone z nurkowaniem, czy szusowanie w Alpach nie stanowiły dla nich żadnego poważniejszego wydatku finansowego. Ciężko pracowali na to wszystko i czerpali pełnymi garściami ze  swoich sukcesów.

Opasłe konta bankowe wciąż przyrastały, nie tylko ku uciesze skarbówki. Dawni znajomi i przyjaciele stali się zwykłymi śmiertelnikami w porównaniu z ich stanem posiadania.

Ale nie tylko to wyróżniało Niezapłodnioną i Prokreatora z grona zwykłych śmiertelników. Czas mijał i prawie wszyscy ich znajomi mieli już Potomstwo. Niektórzy  nawet kilkoro Latorośli, a oni wciąż byli sami.

Pierwsza w całej sytuacji zorientowała się Niezapłodniona. To dla niej zegar płodności tykał coraz szybciej. Nic nie mówiąc nikomu, systematycznie, po  kolei odstawiała środki antykoncepcyjne. Miała przecież prawie 35 lat i uznała, że nadszedł najwyższy czas na urodzenie dziecka.

Minęło kilka miesięcy seksu bez zabezpieczeń, a Niezapłodniona wciąż była nie zapłodniona. Zaczęła się niepokoić i powiedziała o wszystkim swojemu Prokreatorowi. Trochę się zdziwił, że po raz pierwszy jakaś poważna decyzja została podjęta bez jego wiedzy, ale uspokoił Niezapłodnioną, mówiąc, że mają mnóstwo czasu na świadomą prokreację. Ale Niezapłodnioną czas biologiczny na bycie matką gonił nieubłaganie.Po paru  miesiącach bezowocnych wysiłków udała się do lekarza.

Specjalista nie znalazł żadnego schorzenia, które uniemożliwiałoby Niezapłodnionej zapłodnienie. Kazał jej dużo odpoczywać, odstresować się, dobrze się odżywiać i próbować.

Minęły trzy miesiące i znowu nic. Wobec tego Specjalista poradził zbadanie nasienia Prokreatora. Ubodło to trochę męskość tego ostatniego, ale był  on przekonany, że jest całkowicie zdrowy. Badanie potwierdziło jego pewność. Był zdrów jak byk. Zdolny do prokreacji. Cała uwaga skupiła się więc na Niezapłodnionej.

Minęło kilka miesięcy i znowu nic.

Niezapłodniona wylądowała w prywatnej klinice gdzie poddała się szczegółowym i bolesnym badaniom.

Wynik był dla niej pomyślny, ale niezrozumiały: była całkowicie zdrowa ginekologicznie, więc dlaczego do tej pory nie udało się jej zapłodnić? Minął już rok od chwili gdy zdecydowała się być matką i nic.

Wzięła się ostro do galopu. Znowu hormony, tym razem wywołujące owulację i seks w każdej wolnej chwili, w każdym miejscu do znudzenia i obrzydzenia.

Chwilami czuła się jak kurczak na rożnie. Seks stracił swoją dawną otoczkę.

Nie było spontaniczności, dreszczyku, oczekiwania, erotycznej bielizny. Rzecz cała zaczęła się sprowadzać do czynności fizjologiczno-mechanicznej.

Lekarz proponował wykorzystanie do maksimum dni płodnych i trzeba go było słuchać.  Wszyscy czekali na efekty. A tu dalej nic.

Wreszcie… okres spóźnia się już całą dobę.

Niezapłodniona kupuje test ciążowy i czeka jeszcze kilka dni. Nie ma okresu! Robi test. Ale nie ma na nim upragnionych dwóch kresek.

Co jest? Krew? Okres się spóźnił! Może stres związany z oczekiwaniem na zapłodnienie, a może zwykłe spóźnienie, jak bywało już nie raz? O co chodzi?

Atmosfera się zagęszcza. Coraz mniej rozmów. Dziwne spojrzenia na siebie. Ucieczka od wspólnych tematów, wyjaśnień. Cicha wrogość. Brak czasu.

Coś się skończyło. Kto w końcu rozpętał całą tę historię z posiadaniem dziecka? Komu tego dziecka brakuje najbardziej? Do tej pory nie było go i było dobrze. Które z nich naciska mocniej? Komu bardziej na tym zależy? Co się z nimi porobiło? Tyle lat „uważania” i po co? Które z nich nie może zajść w ciążę? Obłęd.

Do tego doszły straty w firmie.

Jeszcze i to. Firma popadnie w ruinę z powodu ich problemów osobistych. Kolejny stres. Nieprzespane noce.

Nie ma mowy o wieczornych próbach zapłodnienia.

Mija kolejny miesiąc. Prawie ze sobą nie rozmawiają. Nie mają o czym. Dziecko to temat tabu. Nie było go, nie ma i może nigdy nie będzie.

Porażka?

Firma na zakręcie.

Może dobrze byłoby gdyby mogli wyjechać razem, odpocząć, zapomnieć o prokreacji, po prostu stworzyć atmosferę taką jak dawniej. Pełen luz, nurkowanie, wycieczki w góry, kolacje w dobrych lokalach, pełnia życia, poczucie, że można mieć wszystko czego się chce.

Nie, nie ma luzu. Coś się zapętliło. Może nie można mieć wszystkiego? Może już trzeba się z tym pogodzić?

Kara Boska? Za co? Nie zrobili przecież nic złego. Nikogo nie skrzywdzili. Dlaczego tak jest? O co chodzi?

Dzieci ma każdy kto chce i nie chce. Dużo jest tych co nie chcą. Nie mają im co dać, nie chcą ich kochać. Dzieci są dla niektórych ciężarem, niespodziewaną, komplikacją, dopustem bożym, jak trąba powietrzna w słoneczny dzień.

Są dzieci usuwane przed narodzeniem, wyrzucane do kosza jak krwawy strzęp, jak dzikie mięso, które wyrosło przy zainfekowanej ranie.

Są pozostawiane pod drzwiami kościołów albo w szpitalnych łóżeczkach.

Są też dzieci wyrzucane w reklamówkach do śmietników, jak codzienne domowe odpadki.

A oni mają wszystko i wszystko chcą dać swojemu potomstwu. Tylko na razie nie mają komu. Wciąż są we dwójkę. Już nie przyciągają się jak bieguny magnesu. Odpychają się raczej.

Zmowa niedopowiedzeń.

Niezapłodniona i Prokreator.

Grunt usuwa im się spod nóg.

W firmie też już nie mogą się dogadać. Negują nawzajem swoje decyzje.

Firma wciąż przynosi straty. Niby nie ma winnych, ale każde z nich czuje na plecach oddech tego drugiego. Patrzą sobie na ręce.

Gdzie są te czasy kiedy decyzja jej była również decyzją jego. Szef- szefowa, szefowa-szef to jedno. To było dawno. Może to tylko sen? Teraz sprawdzają się nawzajem. Robi się coraz  mniej przyjemnie. Nie spotykają się razem z żadnymi przyjaciółmi. Nie ma wspólnych imprez, nie ma wyjazdów. Wychodzą z domu oddzielnie, każde w swoją stronę.

Niezapłodniona zwierza się przyjaciółce, że jest do niczego jako kobieta i żona. Wciąż nie jest matką.

Prokreator przy męskich wódkach zapomina o bożym świecie.

Wraca do domu nad ranem zalany w trupa. Niezapłodniona traci w ten sposób możliwość sprawdzenia się w kolejnych owulacjach.

Nic ich już nie cieszy. Satysfakcja z osiągnięć zawodowych znikła bezpowrotnie. Czują, że przegrali bitwę. To, co innym przyszło bez wysiłku, ich po prostu śmiertelnie zmęczyło. Tyle osiągnęli we dwoje, a teraz kiedy wyjątkowo potrzebna jest synchronizacja, nie dają rady.

Nie potrafią wspólnie stworzyć jedności.

W ich życie wdarł się jakiś obłęd. Obłęd posiadania Potomstwa.

Okazuje się, że łatwiej było stworzyć firmę niż pełną rodzinę.

Anna Rychter
https://www.facebook.com/anna.rychter.12?fref=ts


#Polska