Nowy teatr robi się stary?

Nowy teatr robi się stary? – Patrząc na to, co dzieje się w polskim teatrze odnoszę wrażenie, że  ludzie odzyskują rozum i dostrzegają, że bełkot to bełkot…

 

nowy teatrNie tak dawno jeszcze dosłownie wszystko, co wyszło spod ręki pana Zadary, było oceniane, jako wybitne, a wszystko, co wyprodukował teatr imćpana Łysaka, genialne.

Pytanie dlaczego co raz częściej pojawiają się głosy takie, jak ten poniżej.

Czy to dlatego, że w końcu przejrzeli na oczy i rozszyfrowali, że to amatorszczyzna i hucpa, czy czują, że wiatr się zmienia i nowy teatr za chwileczkę będzie nie w smak włodarzom, czyli trzeba koniecznie się przefarbować?

Jakkolwiekby nie było, cieszy to, że coraz więcej osób mówi, że król jest nagi.

Mnie tylko jedna rzecz martwi: na co teraz zmieni kolory nowy teatr, spółdzielnia teatralna i całe to pożałowania godne towarzystwo, bo przecież czują, że fala się kończy, a w ciemię bici nie są i na pewno chcą zostać przy żłobie.

Dlatego polecam pilnie śledzić nowy teatr, jego członków i ich płodozmian.

 

Ożenek Fania

Teatrolog. Pracowała w Wydawnictwie KRĄG, w Instytucie Sztuki PAN, w Teatrze na Woli, w Teatrze Narodowym, w Agencji Filmowej TVP, obecnie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Prowadzi zajęcia w Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza, publikuje w miesięczniku „Teatr”.

1.
W Fantazym na scenie warszawskiego Teatru Powszechnego aktorzy noszą bardzo ładne kostiumy zgodne z modą epoki. Scenografia w stylu realizmu bajkowego, sentymentalno-cukierkowa: ganek klasycyzującego pałacu, na proscenium kwitnący krzew georginii, dziś częściej nazywanych daliami, w głębi sceny grupa drzew tak malownicza, że aż prosi się o interwencję zarażonego hejtem drwala; trawnik z Castoramy, niezmiernie, jak się okaże, funkcjonalny. Piesek Steluni – prawdziwy, uroczy mops (wysoka pozycja na liście najpopularniejszych psich ras wśród korporacyjnej i hipsterskiej młodzieży) – ma świetne entrée i odnosi sukces ponad podziałami. Wszystko to, rzecz jasna, pastisz?

2.
Rzecznicki (Michał Czachor) kładzie akcent na ostatnie sylaby wyrazów. Wyjąwszy tę osobliwość generalnie – podobnie jak hrabiostwo Respektowie (Paulina Holtz i Grzegorz Falkowski) – urwał się z próby Fredry granego w jakimś mieszczańskim teatrze. Fantazy (Michał Sitarski) ma skłonność do przeciągania końcowych samogłosek. Z grubsza brzmi to tak: „ jakooo okręt rozbityyyyy naaaaa piaskuuuu siedziiii… i czekaaaaa…”. Na piątkowej premierze uznałam, że to skutek tremy i kłopotów z pamięcią, ale we wtorek było identycznie; może winę ponoszą liczne u Słowackiego wielokropki? Stelunia (młodziutka Nela Nykowska) cedzi każde słowo i nie przepuszcza żadnej nosówce, żadnemu „ś”, „ć”, „sz”, „cz”, „rz” i „ż” – tak jej kazano, nie ma cienia wątpliwości, a panienka jest przecie dobrze wychowana. Sposób artykulacji i ekspresyjna gestykulacja Dianny (Karolina Bacia) zdradzają, że ta młoda dama wzięła korki z aktorstwa u Idalii (o niej osobno). Jan (Mateusz Łasowski), wystylizowany na niedomytego brutala, pokrzykuje buńczucznie – płaskim głosem o matowej barwie. Wszystko to razem jest formą dźwiękowej przemocy, zastosowanej przez Zadarę wobec widowni. Być może nieświadomie.

3.
Znają Państwo to uczucie? Nieco dłuższy pobyt w obcej strefie językowej ma ten skutek, że pierwszej fazie ponownego zanurzenia w mówionej polszczyźnie towarzyszą osobliwe efekty słuchowe: głoski łączą się w zgłoski w sposób imitujący brzmienie języka, z którego powracamy. Czegoś podobnego można doświadczyć po czterech godzinach fonicznej opresji w Powszechnym, a ofiarą tego fenomenu pada Mariusz Benoit. Przesterowana percepcja widza traci zdolność odbioru klasycznej formy, w efekcie finałowy monolog Majora przepływa obok. Wciąż mam w uszach wielkie role Benoit w Narodowym Grzegorzewskiego: w obu wersjach Nocy listopadowej, w Weselu i Sędziach, w Ślubie i Operetce, wreszcie – może przede wszystkim – w Nowym Bloomusalem; dlatego pomysł  zatrzaśnięcia Benoit w szufladzie „starego teatru” w najlepszym razie mogę uznać za przejaw braku instynktu (estetycznego i samozachowawczego).

4.
„Jam winna, żem tu całą jedną dobę chciała aktorką być…”. Idalia (Barbara Wysocka) kradnieshow Fantazemu i całej reszcie. Jest główną rozgrywającą w tej intrydze. Ona jedna nieźle wychodzi na łamaniu reguł wersyfikacji i przesuwaniu akcentów – jak dla mnie mogłaby na tym poprzestać; ale ulega pokusie i do wypowiadanych kwestii dokłada gestykulację ilustrującą każde słowo, coś na kształt języka migowego zrozumiałego nawet dla opornych. I to jest, niestety, przekroczenie granicy, za którą rozciąga się królestwo maniery. W pierwszych dwóch aktach Wysocka-Idalia lekko irytuje, trzeci bierze bez jeńców, w czwartym przesadza z jazdą po bandzie i wkurza (jak ona wkurza!), w piątym znów ląduje na właściwym miejscu. Jest w Wysockiej jakaś zachłanność, tak jakby chciała udowodnić, że równocześnie może być Ireną Eichlerówną, Nicole Kidman, Kristin Scott Thomas i Keirą Knightley. Nie wiem, czy to konieczne – Barbara Wysocka jest „samowsobnie” bardzo dobrą aktorką. Swoją drogą Słowackiemu chyba się nie śniło, że Idalia tak się wyemancypuje.

5.
Pierwsze dwa akty: słaby Fredro. Akt trzeci, jako się rzekło, ustawia Wysocka. Czwarty i piąty są niby-postmodernistycznym dziwactwem z jazdą obowiązkową – sugestią lesbijskiej relacji między Idalią a Helenką, graną przez Annę Moskal (nie pierwszy raz teatr eksploatuje fizyczne podobieństwo aktorki do androgynicznej Tildy Swinton, której emploi na zawsze określił Orlando); do programu dodajmy także obowiązkowe używki, towarzyszące rendez-vous Fantazego i Idalii.

6.
W całym przedstawieniu Zadara wielokrotnie odwołuje się do środków filmowych, filmowe są zawieszenia akcji, światło, muzyka, analogia między XIX-wiecznym Podolem a amerykańskim Południem (ze słynnej ekranizacji Przeminęło z wiatrem). Nie tego się czepiam. Zarzut jest zgoła inny i poważny: otóż Zadara kompletne rozmija się z tonem Fantazego – widzi dramat, gdzie go nie ma, a komizm, finezję i ironię Słowackiego zabija za pomocą slapsticku i wygłupu. I nawet tego nie zauważa.

7.
Z punktu odmawiam odpowiedzi na pytanie, co reżyser miał na myśli. Bo nie wiem. Z teatru wychodziłam (dwukrotnie!) zmordowana, ale i zdezorientowania. Bez ryzyka mogę napisać, że Michałowi Zadarze spodobało się wystawianie tekstów integralnych (w Fantazymdokonano skrótów, wszakże to skróty nieznaczne i niezbyt istotne: nie pojawia się ksiądz Loga, choć, rzecz jasna, bywa wzmiankowany). Że nieodmiennie Zadara chwyta polszczyznę literalnie: kiedy mowa o „stosunkach” i „płodzeniu”, to w wersji scenicznej konotacje są seksualne, choć tekst i wrednie niejednoznaczna semantyka podsuwają inne tropy. Że o ile Hanuszkiewicz przeszedł do historii teatru polskiego za pomocą motocykli marki Honda, tak Zadara nie pierwszy raz dzieli się odkryciem, że bohaterowie dramatów romantycznych byli ludźmi jako i my, a zatem zmagali się z fizjologią. W Fantazym Zadary sposób oddawania moczu związany jest z zajmowaną pozycją społeczną: Kałmuk szczy chamsko i bezwstydnie, hrabia Dafnicki rosi trawnik ukradkiem, pod osłoną nocy, a Jan gasi żar ogniska śmiałą, mocną strugą.

8.
Teksty opublikowane w programie towarzyszącym przedstawieniu dostarczyłyby pretekstu do wielu polemik – ale mi się nie chce. Więc tylko jeden cytat (z dra Przastka): „Teatr PRL-u miał do dyspozycji dużo większe środki niż dzisiejszy, a mimo to nie wystawiono Dziadów w całości. Czyli myślano o Dziadach – i o całym romantyzmie – inaczej niż dziś”. Do skarbczyka.

1-07-2015
http://teatralny.pl/recenzje/ozenek-fania,1149.html

____________________________________________________________________________
#teatr