Pacino o aktorstwie

Pacino o aktorstwie to bardzo interesujący wywiad z Alem Pacino o aktorstwie, sławie, jego sposobu na to, żeby nie zwariować w obliczu sukcesu etc.

 

 

Al Pacino: Ocknąłem się stary

Krzysztof Kwiatkowski
27.06.2015 01:00
Al Pacino - (rocznik 1940) wielki aktor amerykańskiego kina. Stał się legendą w latach 70.; grał w

Al Pacino – (rocznik 1940) wielki aktor amerykańskiego kina. Stał się legendą w latach 70.; grał w „Narkomanach” i „Strachu na wróble” Schatzberga, w „Pieskim popołudniu” Lumeta, był Michaelem Corleone w „Ojcu chrzestnym” Coppoli.

Moje kino było inne. Teraz zamyka się filmy w małych pudełkach i ogląda na iPhone’ach. Straciliśmy umiejętność przeżywania sztuki
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Może pan pytać. Jestem gotowy. Jak w „Hamlecie”, pamięta pan? „Proszę cię, wyrecytuj ten kawałek tak, jak ja ci go przepowiedziałem, gładko, bez wysilenia. Ale jeżeli masz wrzeszczeć, tak jak to czynią niektórzy nasi aktorowie, to niech lepiej moje wiersze deklamuje miejski pachołek. Nie siecz też za bardzo ręką powietrza”*.Nie potrzeba panu wiele, żeby zacząć grać. Po tych wszystkich latach wciąż lubi pan aktorstwo?Kocham Szekspira. Dobrze znam słowa jego sztuk, czuję się wśród nich bezpiecznie. I czerpię przyjemność z wracania do nich: za każdym razem dostrzegam więcej niuansów i możliwości interpretacji. Nawet ten najsłynniejszy wers: „Być albo nie być – oto jest pytanie”, może mieć dziesiątki znaczeń. Dlatego teksty Szekspira są dla aktora tym, czym utwory Beethovena albo Mozarta dla muzyków. A dla mnie stały się iskrą, która sprawiła, że wybrałem tę profesję. Chciałem je mówić ze sceny.

Naprawdę? Zaczął pan palić w wieku dziewięciu lat i pić mocny alkohol jako 13-latek, a w skrytości ducha marzył pan o roli Hamleta?

Tu nie ma sprzeczności. Wychowywałem się bez ojca, o czym matce przypominały kolejne nauczycielki, tłumacząc moje szkolne wybryki. Dopiero teatr stał się dla mnie prawdziwym domem. Chciałem, żeby wielkie tragedie władzy i pytania o ludzką naturę wypełniły całe moje życie.

Ale kariera aktora to nie tylko Hamlet, Ryszard III i Makbet. Dzisiaj ma pan 75 lat i w „Manglehorn” Davida Gordona Greena gra pan starego ślusarza. Samotnego człowieka, który dokonuje rozrachunku z życiem.

To zgorzkniały facet w zaniedbanym domu, który zawodowo dorabia klucze. Myśli pan, że ktoś taki nie ma swojego bagażu? Długo rozmawialiśmy z Davidem o przeszłości bohatera. O tym, co go mogło do tego punktu życia doprowadzić. W filmie musiałem drobnymi gestami, bez zbędnych słów, tylko przy pomocy kilku rekwizytów zasugerować tę historię. Jakieś bandaże, blizna, krótkie spojrzenie na przedmiot rzucony niedbale w kąt pokoju. Takie zadania mnie dzisiaj ciekawią. Doszedłem do dobrego etapu kariery: nie łapię się filmów, które by mnie nie poruszały.

„Manglehorn” reż. David Gordon Green

Jak na ucznia Lee Strasberga przystało, zawsze był pan znany z głębokiego wchodzenia w rolę.

Dużo czasu minęło, nim nauczyłem się odrywać od roli. Dobry bokser nie powinien walczyć poza ringiem i wdawać się w bójki barowe. Jednak w aktorstwie łatwo zatrzeć w sobie granicę między fikcją a rzeczywistością. Dekady temu wcielałem się w Ryszarda III. Po spektaklu, za kulisami, zajrzała do mnie Jacqueline Kennedy. Nawet nie wstałem, żeby się z nią przywitać, w głowie ciągle byłem królem. Trudno mi też było ochłonąć po „Ojcu chrzestnym”. Intensywna, wymagająca postać, a ja miałem 22 lata. Szukałem antidotum w kieliszku. Dzisiaj już jestem innym człowiekiem. Z wiekiem rozumiem coraz lepiej siebie i swój zawód.

Po ponad 50 rolach filmowych przychodzi on panu łatwiej?

Tak, bo ten dorobek odkłada się we mnie. Próbuję wydestylować ze swojej gry aktorstwo, triki, udawanie. Coraz mniej analizuję. Zdarza się, że nie do końca rozumiem swoich bohaterów. I godzę się na to. Z wiekiem człowiek dopuszcza do głosu instynkt. Pozwala, żeby robotę wykonała za niego podświadomość. Do „Manglehorn” podszedłem ze spokojem. Zdarzało mi się grać wycofanych, stojących na uboczu świata bohaterów, jak Bobby Deerfield czy Lion ze „Stracha na wróble”. Zawsze mnie tacy ludzie ciekawili. Może dlatego, że sam jestem nieśmiały? Są aktorzy, którzy wybierają ten zawód, bo szukają blasku reflektorów. Ja należę do ludzi trochę zamkniętych w sobie, którym dopiero aktorstwo pozwala się otworzyć. Manglehorna chciałem zagrać również dlatego, że należy do tego samego gatunku co Bobby czy Lion. Choć oczywiście w czasach „Bobby’ego Deerfielda” i „Stracha na wróble” zupełnie inaczej wyglądałem.

Wraca pan myślami do lat 70.?

Mam w sobie nostalgię, ale również ciekawość tej dekady. Wszystko tak pędziło, że różne wydarzenia, daty pozamazywały mi się w pamięci. Naprawdę. Nagle straciłem wątek, film się urwał i została czarna dziura. Później się ocknąłem i okazało się, że jestem stary. Mnóstwo działo się po drodze, ale ja tego nie zrekonstruuję.

Działo się. Jerry Schatzberg, Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Sidney Lumet, Norman Jewison. „Narkomani”, „Strach na wróble”, „Ojciec chrzestny”, „Serpico”, „Pieskie popołudnie”. Pięć nominacji do Oscara za filmy z lat 70.

Mało z tamtego okresu pamiętam. Nie zgrywam się. Nagły sukces był jak wybuch petardy. Oszołomił mnie. Nie umiałem się odnaleźć w świecie show-biznesu, nagłej popularności. Pędziłem na oślep za wrażeniami, spalałem się w pracy i szukałem łatwych sposobów na odreagowanie. Jak wielu aktorów.

To dekada pana wielkich ról.

Ciekawe nurty przychodzą w kinie falami. W swoim czasie złotą erę przeżywało kino włoskie, później francuskie. Niedawno najciekawsze produkcje pojawiały się na Bliskim Wschodzie. Ale wtedy, w latach 70., mieliśmy swój moment w Stanach. I jestem dumny, że stałem się tego częścią – epoki w amerykańskim kinie, która już się skończyła.

Odświeża pan sobie te filmy?Gdybym to robił, zwariowałbym. A co, gdybym odkrył, że jakąś scenę można było zagrać lepiej? Musiałbym spędzać całe dnie z pilotem w dłoni, śledząc dawne błędy. To nie brzmi jak żywot człowieka szczęśliwego.

Słynna scena tanga z filmu „Zapach kobiety”. Fot. East News

Rok 1993 przyniósł panu Oscara za „Zapach kobiety”. To było dla pana ważne?

Co mam powiedzieć? To wydarzenie samo w sobie sprawia, że patrzy na ciebie cały świat. Jak po zdobyciu złotego medalu na olimpiadzie. Tyle że aktor nie bije żadnych rekordów. Po prostu wystąpił w filmie. Nie wiem, czy w „Zapachu kobiety” zagrałem swoją najlepszą rolę. Nie wiem, czy na tę statuetkę zasłużyłem. Ale ją dostałem. Każdy człowiek kina marzy o tej chwili, a jak ona się zdarza, są głównie światła, mikrofony, trema. Głos zamiera w gardle. I już cię z tej sceny ściągają. Wszyscy gratulują.

A potem ceremonia się kończy. Wracasz do domu. I znowu jest cisza. Pustka. Ja miałem szczęście, bo byłem wtedy w czasie zdjęć do „Życia Carlita”. Miałem co robić. Producent Martin Bregman nie dał mi nawet pójść na imprezę pooscarową. Jak w filmie o mafii – wsadził mnie do windy, a później do prywatnego samolotu. Wchodząc po schodach, usłyszałem głos dziewczyny: „Gdzie idzieeeesz?”. Odpowiedziałem: „Wracam do roboty, kochanie”. Taki to był moment życia.

Trochę żal?

Przeciwnie, to mnie postawiło na nogi. Sprowadziło na ziemię. Zawodowo nie jestem zdobywcą Oscara, tylko aktorem. I mam grać. Zresztą nagrody bywają niebezpieczne. Trzeba uważać, żeby nie grać „pod nie”. Pamiętam, pod koniec lat 60. dostałem nagrodę Tony za fantastyczny show „Does a Tiger Wear a Necktie?”. Po jednym z przedstawień spotkałem przyjaciela. Pytam, jak mu się podobało. A on mówi: „Nie podobało mi się, wyglądasz jak zdobywca Tony. Tak się nie gra”. I miał rację. To była nauczka.

A jak się pan czuje w dzisiejszym Hollywood?

Dobrze. Ale moje kino było inne. Teraz zamyka się filmy w małych pudełkach i ogląda na iPhone’ach. Producenci śledzą statystyki oglądalności i ściągnięć z internetu, sprawdzając, czy bije licznik dolarów. Straciliśmy umiejętność przeżywania sztuki. Ludzie przyzwyczaili się, że pauzują odtwarzanie filmu na iPadzie albo w telewizyjnej nagrywarce i idą do kuchni po herbatę. Wyobraża pan sobie taki seans dzieł Lumeta? Ja, oglądając jego obrazy, czułem się jak w samym środku jego świata, wszystko rozgrywało się tu i teraz. Jak w teatrze, gdzie publiczność też jest aktorem przedstawienia.

Nie jest pan chyba dzieckiem multipleksu.

Zdecydowanie. Dla mnie oglądanie filmu to istotne doświadczenie, które należy przeżywać w kinie wspólnie z innymi widzami. Tylko na co mam dzisiaj pójść? Wielkie studia hollywoodzkie produkują wspaniałe widowiska. Uwielbiam wybrać się z dzieciakami na „Strażników galaktyki”. Ale czuję się na nich jak Eleonora Duse. Ta wybitna aktorka przełomu XIX i XX wieku, kiedy obejrzała film, powiedziała: „To wspaniałe. Ale dla mnie już za późno, żeby w to poważnie wejść”.

Cieszę się natomiast, że odżywa telewizja. Tam powstają wybitne produkcje. Pracowałem dla HBO. Z Meryl Streep i Emmą Thompson grałem w „Aniołach w Ameryce”, w „Jacku, jakiego nie znacie” Barry’ego Levinsona byłem Jackiem Kevorkianem – lekarzem wspierającym eutanazję osób terminalnie chorych, który mawiał: „Umieranie to nie zbrodnia”. To był ważny film, który, myślę, rzucił inne światło na tę postać. W „Philu Spectorze” wcieliłem się w słynnego producenta muzycznego oskarżonego o zamordowanie aktorki. Ostatnio najbardziej kontrowersyjne, prowokacyjne tematy trafiają na mały ekran. Bo filmy są drogie i producenci nie chcą wykładać na nie pieniędzy, jeśli nie mają gwarancji ich zwrotu.

Al Pacino jako Michael Corleone w „Ojcu Chrzestnym” Francisa Forda Coppoli. Fot. East News

Hollywood ma jeszcze jeden rys: sława. Nie ciąży ona panu?

Lee Strasberg pytany o sławę mówił: „Kochany, do tego trzeba się po prostu przyzwyczaić”. Ona mi załatwia robotę. Napędza biznes. Ale nie dotyka mojego aktorstwa. Żyjąc wyłącznie Hollywoodem, umarłbym z nudów. Staram się nie zamykać w bańce, zachować kontakt ze światem i mieć jeszcze coś o nim do powiedzenia. Wbrew pozorom to też jest sztuka przetrwać taką presję.

Zagrałem właśnie w „Idolu” Dana Fogelmana gwiazdę rocka. Podstarzałą. To kombinacja autentycznych postaci. Mój bohater zastanawia się, kiedy z dwudziestokilkuletniego wunderkinda rocka zamienił się w zdziadziałego rockandrollowca, który śpiewa covery i powtarza własne kawałki. Po drodze rozpadły się wszystkie jego związki, teraz tylko odcina kupony od przeszłości. Ale postanawia przetrwać. Bo ma w sobie siłę. Mimo fal krytyki umie się skomunikować z widownią. To mnie przekonuje. Pomyślałem sobie, że można jechać na oparach benzyny, ale jechać. Walczyć z przeciwnym wiatrem.

A jednak niedawno zrobił pan sobie przerwę.

Potrzebowałem jej. Chciałem pobyć sam ze sobą. Tego się nauczyłem przez dekady spędzone w branży: kino to nie salwa armatnia, nie trzeba stale się naparzać. Nie warto brać byle czego, napędzać ego albo trzaskać kasy, kiedy nie trzeba. Za każdym razem, jak się kierowałem pragnieniem podbudowania ego albo zarobienia, przewracałem się.

Nie pozwala pan sobie też na odrobinę blichtru. Fotoreporterzy fotografują pana często w luźnych, niedopasowanych spodniach i wyciągniętym T-shircie.Tak było zawsze. Nigdy nie przywiązywałem wagi do mody, stylu. Wkładałem na siebie, co tylko było pod ręką i nosiłem, dopóki agent nie zaczął mnie błagać, żebym to zdjął. Nie mam gustu. W coś elegantszego ubieram się tylko wtedy, gdy wymagają tego okoliczności. W mojej szafie zalegają smokingi z jakichś wydarzeń, na których musiałem się pojawiać. Stale dostaję nowe. Części się pozbywam, inne czekają na kolejną imprezę.

Al Pacino w filmie „Manglehorn”

Dzisiaj wraca pan na scenę i na ekran jak stary mistrz. Ale czy nie boi się pan wypalenia?

Wypalenie jest jak zawał serca. Orientujesz się, że przyszło, kiedy już niewiele można zrobić. Ale nigdy się tego nie bałem. Kiedyś zapytano Picassa, co by zrobił, gdyby trafił na długą odsiadkę do więzienia? „Szkicowałbym w celi”. A gdyby zabrali panu przybory? Wtedy poślinił palec i zaczął mazać nim po ścianie. I tak wygląda moje życie. Zwyczajny aktorski los.

Mówi pan o tym studentom w Actors Studio?

A powinienem? Takie pytania, wątpliwości, niepokoje i tak do nich przyjdą. Po latach. A w Actors Studio chodzi o eksperymenty. O radość z próbowania nowych rzeczy. To początek drogi. Tam się nie gada, tam się robi, poznaje, odkrywa. Tam się można sparzyć, pomylić. Sprawdzić w musicalu, tragedii, komedii, pantomimie. Z takich eksperymentów z innymi artystami powstały dwa moje filmy: „Sposób na Szekspira” i „Salome”. A, i jeszcze jedno. Ja właśnie tam, w Actors Studio po raz pierwszy zacząłem recytować Szekspira. Zacytować panu?

*przekład Józefa Paszkowskiego

Al Pacino – (rocznik 1940) wielki aktor amerykańskiego kina. Stał się legendą w latach 70.; grał w „Narkomanach” i „Strachu na wróble” Schatzberga, w „Pieskim popołudniu” Lumeta, był Michaelem Corleone w „Ojcu chrzestnym” Coppoli. Dziś ma na swoim koncie ponad 50 ról filmowych, osiem nominacji do Oscara, jedną statuetkę za rolę w „Zapachu kobiety”, a także 16 nominacji do Złotego Globu (pięć statuetek). Na ekrany wchodzi właśnie „Manglehorn” z Alem Pacino w roli głównej
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53668,18215502,Al_Pacino__Ocknalem_sie_stary.html

 

Al Pacino

 Al Pacino, właśc. Alfredo James Pacino (ur. 25 kwietnia 1940 we Wschodnim Harlemie w Nowym Jorku) – amerykański aktor.

Biografia

Urodził się w rodzinie pochodzenia włoskiego;rodzice jego matki przyjechali do Ameryki z Corleone na Sycylii.

Al Pacino, 1996

Al Pacino, 2008

Uczęszczał na zajęcia z aktorstwa do Herbert Berghof Studio, później do Actors Studio prowadzone przez Lee Strasberga. W latach 60. stał się uznanym aktorem teatralnym, wygrywając nagrodę Obie za rolę w spektaklu The Indian Wants The Bronx i nagrodę Tony za Does the Tiger Wear a Necktie? Jego debiutem filmowym była epizodyczna rola w filmie Me, Natalie (1969), a po popisie aktorskim w następnym filmie Panic in Needle Park (1971), gdzie zagrał narkomana, został zauważony przez reżysera Francisa Forda Coppolę.

Rola w filmie Ojciec chrzestny otworzyła mu drogę do kariery. Został wybrany przez Coppolę na odtwórcę Michaela Corleone, pomimo że o tę rolę walczyły takie gwiazdy jak Robert Redford, Warren Beatty czy mało jeszcze wówczas znany Robert De Niro. Otrzymał wtedy nominację do nagrody Oscaraza najlepszą rolę drugoplanową. Był ośmiokrotnie nominowany do Oscara, ale otrzymał go dopiero w 1992, za rolę niewidomego podpułkownika Franka Slade’a w filmie Zapach kobiety. Al Pacino odebrał również (7 czerwca 2007) nagrodę Amerykańskiego Instytutu Filmowego za całokształt kariery aktorskiej.

Mimo że na początku lat 80. wystąpił w serii filmów, które poniosły porażki kasowe i zostały negatywnie ocenione przez krytyków (w tym w Człowieku z blizną), nie przyczyniło się to do zmniejszenia jego popularności. Wówczas zdecydował się powrócić na deski scen teatralnych, gdzie występował przez prawie cztery lata. Do kina powrócił w ciepło przyjętym filmem Sea of Love, od tego czasu wystąpił w wielu produkcjach, zdobywając znakomite recenzje – Życiu CarlitaGorączce, Donnie Brasco czy w miniserialu Anioły w Ameryce, za tę rolę otrzymał Złotego Globa. Pacino odrzucił szereg ról, między innymi nie przyjął m.in. roli Hana Solo w Gwiezdnych wojnach, kapitana Willarda w Czasie apokalipsy, Edwarda Lewisa w Pretty Woman czy Teda Kramera w Sprawa Kramerów.

Jest też reżyserem i producentem dwóch niezależnych filmów fabularnych opartych na sztukach teatralnych: The Local Stigmatic(1990) i Chinese Coffee (2000) oraz fabularyzowanych filmów dokumentalnych: Sposób na Szekspira (1996) i Wilde Salome (2010).

W 2011 został odznaczony amerykańskim Narodowym Medalem Sztuki.

Kawaler, ma troje dzieci: córkę Julię (ur. 1989) z wykładowczynią aktorstwa, Jan Tarrant, oraz bliźniaki Antona i Olivię (ur. 2001) z aktorką Beverly D’Angelo.

Filmografia

______________________________________________________________________________
#AlPacino