piszę to, co niepotrzebne

Piszę to, co niepotrzebne – to znakomity felieton Wojtka Hübnera o tym, czy w Polsce w ogóle warto pisać wiersze.

 

Piszę to, co niepotrzebne

Piszę to co niepotrzebneNiezbyt często podróżuję taksówkami.

Niezbyt często z uwagi na całkowity brak zaufania.

Broń Boże nie chodzi o brak zaufania do taksówkarzy! Ufnością nie darzę zasobów mojego konta bankowego.

Tym razem, będąc szczęśliwym posiadaczem żywej, przyjemnie szeleszczącej gotówki w kwocie pozwalającej na drobne szaleństwa, postanowiłem skorzystać z usług transportu prywatnego. Po krótkiej rozmowie telefonicznej z miłą panią dyspozytorką i równie krótkim oczekiwaniu, wygodnie usadowiłem się na tylnej kanapie eleganckiego, wymuskanego mercedesa.

– Dzień Dobry! Na Bednarską proszę. – Rzuciłem ze swadą światowego bywalca.

Szybko jednak przestałem czuć się pewnie i swobodnie.

Kierowca, rykoszetem wstecznego lusterka, wzmocnionym o panoramiczną obłość, obrzucił mnie taksującym spojrzeniem. Natychmiast zrozumiałem, że niewielka odległość, jaką zamierzałem pokonać błyszczącym cudem, nijak się ma do mojego dobrego samopoczucia. Poczułem jak uchodzi ze mnie powietrze i już, już miałem zacząć tłumaczyć się i wręcz przepraszać, gdy usłyszałem zbawienne

– Pszszee.- Taksówkarz wykonał kilka magicznych ruchów w okolicy przycisków kosmicznej konsoli i limuzyna bezszelestnie ruszyła.

Po chwili, ciszę dostojnej podróży przerwał prostacko dźwięk dzwonka mojego telefonu komórkowego. Mimo dezaprobaty, bijącej z lustrzanego obicia oczu kierowcy, odebrałem połączenie. Dzwonił redaktor z wydawnictwa. Sprawa dość pilna, chodziło o pewne zmiany w wydaniu wierszowanych bajek dla dzieci. W trakcie rozmowy spojrzałem via lusterko w oczy pana taksówkarza. Ze zdumieniem zauważyłem rosnącą w nich przychylność i zaciekawienie. Choć docierała do niego tylko połowa treści, zapewne domyślił się, że rozmawiam o wydaniu czegoś, czego jestem autorem.

– Pan pisze? – Zapytał, gdy odłożyłem telefon.

– Owszem – Odparłem z powracającą pewnością siebie.

– Bo wie pan, moja żona lubi czytać. Ja to nie za bardzo mam czas. Długo jeżdżę, teraz na postojach mało co się stoi. Do domu wracam zmęczony, no i oczy już nie te. Ale ona – Słuchałem, zaskoczony niespodziewanym potokiem słów. – siedzi w domu, młoda jest to i ciekawa. Mówi, że tylu rzeczy się dowiaduje z tego czytania. Czasami zżyma się na mnie, że ja to głupi jestem, bo nie czytam i nie ma ze mną tematów do rozmowy. – Przysłuchiwałem się z rosnącym poczuciem radości.Tyle się mówi o niechęci rodaków do słowa pisanego a tu żywy dowód na błędną ocenę sytuacji. – Ostatnio mamy ciche dni. No moja wina. Zabalowałem z kolegami. Już jej kwiaty na przeprosiny kupiłem, ale nie pomogły. To sobie tak teraz pomyślałem, że może książkę. Jak lubi niech ma. Bo ja, to wie pan, praktyczny jestem. No jesteśmy na miejscu. A co pan pisze?

-Wiersze- To stwierdzenie zadziałało jak tama na potok słów. Przedarły się jeszcze przez nią pojedyncze kropelki.

– A nie. Takie coś… osiemnaście złotych… to jej do niczego nie jest potrzebne. Z oczu kierowcy znów powiało chłodem.

Uiściłem owe osiemnaście złotych i delikatnie zamknąłem za sobą drzwi samochodu. Limuzyna odpłynęła z eleganckim sykiem kompresorów a ja zostałem nieelegancko przygarbiony, przytłoczony świadomością tworzenia takiego czegoś, co do niczego nie jest potrzebne.

Wojciech Hübner 
https://www.facebook.com/wojciech.hubner.5/posts/1108289539235359


#wiersz