Pracy nie trzeba się wstydzić

Pracy nie trzeba się wstydzić –  to następny odcinek znakomitej książki Anny Rychter, Trener Duszy o życiu codziennym we współczesnej Polsce.

 

Pracy nie trzeba się wstydzić

 

Pracy nie trzeba się wstydzić

Dziadek…

Były lata siedemdziesiąte. Rodzice Jesiennej dawno rozwiedli się. Wychowywali ją Dziadkowie – rodzice ojca.

 Bardzo ich kochała. Szczególnie Babunię, która wtedy miała już ponad 65 lat. Dziadek był od niej o 10 lat starszy. Któregoś dnia, siedząc na ławeczce przed gankiem drewnianego domu, doszedł do wniosku, że nie będzie dłużej finansował swojej żony. Taki miał kaprys, bo był stary i miał dobrą emeryturę.
– Ja pracowałem, to mam, ty nie pracowałaś, to nie masz. Będę dawał pieniądze tylko na „życie”.
To była krótka gadka z morałem.

Jak to: „ Nie pracowałaś?!”

 A szóstka dzieci, dziewięcioro wnuków, czworo prawnuków, tony upieczonego chleba, kwintale kotletów, wagony obranych ziemniaków, hektary wypastowanych podłóg, tysiące wypranych koszul, wyprasowanych prześcieradeł i majtek, to wszystko nic?

A nieprzespane noce, choroby dzieci, przesiedlenia, kryzysy, to co to było? Nie ciężka harówka?

Tylko bez umowy o pracę, taka niepisana zgoda, robota na czarno, bez ubezpieczenia, bez żadnych świadczeń, jak niewolnica, jak podczłowiek…

Ciężko żyło się Jesiennej razem z Babcią z tego, co Jej się udało wykroić z pieniędzy na utrzymanie domu.

Do dziś  pamięta łzy w jej szarym, ambitnym spojrzeniu kochających oczu:
– Musimy jakoś sobie radzić. Nie martw się. Coś na pewno wymyślę…
I wymyśliła.
Za ogrodzeniem domu Dziadków stał piętrowy blok, w którym potrzebowali osoby do sprzątania klatki schodowej, kawałka ulicy z kocimi łbami, podwórka i wielkiego, cuchnącego śmietnika z pobielonych wapnem pustaków.
Babcia zgodziła się bez namysłu:
– Kochanie, będziesz mi pomagać, prawda? Będziemy miały własne pieniążki. Bóg mnie wysłuchał! Biorę tę robotę od zaraz!
I wzięła.
Co za wstyd!
Dziesięcioletni wówczas umysł Jesiennej nie mógł tego pomieścić. W tym bloku mieszkały największe łobuzy z jej klasy, a ona była najlepszą uczennicą. Co powiedzą jak zobaczą ją z miotłą? Co powie wychowawczyni? Co robić? Jak się od tego wymigać?

W desperacji  Jesienna myślała nawet o zmianie szkoły.
Ale nie miała  innego wyjścia. Musiała pomóc ukochanej Babuni.
Wieczorami przerzucały przez płot miotły, wiadro, ścierki, łopatę i szły ulicą do pracy. Babcia wykonywała cięższe prace, a Jesienna zbierała papiery, potłuczone cegły, deski, gałęzie i zamiatała plac wokół śmietnika. Potem czekała, aż Babcia dokończy mycie klatki schodowej. Nie pozwalała wnuczce moczyć rąk w brudnej wodzie, a wtedy jeszcze nie było mopów i wiader z odsączarką.
Najgorzej było w zimie, bo często trzeba było wstać wcześnie rano, odrzucić śnieg, posypać piaskiem z solą oblodzoną ulicę i schody.

Wtedy Jesienna najbardziej nienawidziła padającego śniegu, bo wiedziała, że przed pójściem do szkoły, będzie musiała pójść do pracy razem z Babcią.
Mimo wszystko jednak wolała zimę, bo dnie były krótkie, zmrok zapadał szybko i mniej ludzi widziało je jak sprzątają. Wprawdzie zimą dłużej czekała, aż spocona Babcia ochłonie na klatce schodowej, bo nie chciały, żeby się przeziębiła.
Latem przychodziły sprzątać po 21, bo wtedy dzieciaki już nie ganiały i nie przeszkadzały im w pracy.
Łobuziaki z klasy, ku jej wielkiemu utrapieniu od razu zorientowały się w czym rzecz. Myślała, że wstyd ją udusi, gdy przy nich musiała machać miotłą.

Stała się jednak rzecz zadziwiająca – kiedy już wiedzieli, że to ona z Babcią przychodzą sprzątać w ich bloku, zaczęli mniej śmiecić i brudzić, a przez całe 5 lat, kiedy tam pracowały, nikomu w szkole o tym nie powiedzieli.

Znalazła wreszcie portfel i zapłaciła za kurs.

Szła powoli noga za nogą.

„Muszę wszystkim powiedzieć, że Babcia nie żyje, trzeba zawiadomić dalszą rodzinę, wziąć wolne w pracy, zorganizować pogrzeb.”

Coś ciepłego spływało jej po nodze. Zajrzała do siatki. Na jej dnie leżał ten mały, seledynowy termos z herbatą dla Babci. Chyba pękł wtedy gdy wsiadała do taksówki. Dopiero teraz na mrozie rozpadł się na dwie części: dno odpadło i cała herbata wylała się na nogę Jesiennej. Podeszła do śmietnika, zamachnęła się mocno i wraz z siatką wrzuciła termos do otwartego kontenera.

Z przepaści czarnego prostokąta wyskoczył nagle spłoszony, szary kot. Jego futerko miało dokładnie kolor włosów  Babci.

A może w zimowej szarudze tylko tak jej się wydawało?…..

C.D.N.

Anna Rychter

strona, gdzie można kupić całą książkę:
http://novaeres.pl/katalog/tytuly?szczegoly=trener_duszy,druk


#trenerduszy #zyciecoedziennewpolsce