Przemoc symboliczna w teatrze

Przemoc symboliczna w teatrze – Ktoś, kto jest bardzo mocny w jakiejś dziedzinie, przestaje rozumieć kogoś, kto jest na innym poziomie. Pojawia się tzw. przemoc symboliczna, ukryta pogarda wobec ludzi nie będących uczestnikami kultury.

Wydaje mi się, że ten artykuł bardzo trafnie opisuje zachowania tzw. „spółdzielni teatralnej”, która dzieli widza na lepszego i gorszego i świat na „nasz” i „obcy”. Ta tak zwana przemoc symboliczna nie jest akurat wynikiem tego, że stosujące ją środowisko jest żadną elitą, ani specjalistami w dziedzinie teatru, a jedynie teatralną mafią, która odrzuca i prześladuje wszystko, co nie jest ich estetyką. Najlepiej tę pogardę wobec widza, który im nie klakieruje odzwierciedlają słowa pewnego posła-już-nie-dyrektora, który powiedział, że nie będzie robił teatru dla tramwajarzy. A ja bym się bardzo ucieszył, jeśli tramwajarze zechcieli chodzić do teatru.

Przemoc symboliczna w teatrze

Teatr? Nie za wysokie progi?

– Bariera w dostępie i niezrozumienie przez widzów leży dość często po stronie twórców. Jest problem komunikacji na linii: ekspert – nowicjusz – mówi Joanna Tabaka, specjalistka ds. rozwoju publiczności, autorka bloga „Widok na widownię”.

Katarzyna Bogucka: Jak zaspokaja się oczekiwania publiczności? Czy teatr zawsze powinien to robić? Joanna Tabaka: – Trudna sprawa. W swojej pracy zmagałam się niejednokrotnie z problemem zbyt niskiej świadomości wagi udostępniania instytucji kultury użytkownikom. Z reguły nie chodziło tylko o problemy formalne, tzn. o cenę biletów czy o późne godziny grania spektakli. Instytucje kultury borykają się z problemami finansowymi. Trzeba zaspokajać własne ambicje artystyczne, zaciekawić ludzi i wciąż pamiętać o tym, że instytucja musi być rentowna. Duża odpowiedzialność. Tymczasem z powodu braku pieniędzy obniża się niekiedy poziom, kurczy się przestrzeń na eksperyment. A teatr potrzebuje innowacyjności, musi przerabiać tematy, nierzadko trudne, które są treścią codziennego życia. Z drugiej strony, mamy teatr mieszczański, popularny, nierzadko oceniany negatywnie, ponieważ nie odpowiada ambicjom twórców. Teatr mieszczański jest formą łatwiejszą, przyjemniejszą, lżejszą. Gdy patrzymy z perspektywy publiczności, widownia ma prawo i do teatru eksperymentalnego, i do mieszczańskiego.

Dlaczego różnorodność jest tak ważna?

– Polecam hermetycznym instytucjom, żeby miksowały tematykę, formę. Jeśli proponują zbyt trudny repertuar, niech też proponują działania animacyjne, edukacyjne, np. dla nauczycieli, które obniżałyby próg wejścia i zrozumienie tego przekazu. Jestem za edukacją, za animacją i za badaniem oczekiwań publiczności. Głośno było o pewnym mieście, bodajże o Szydłowcu, które wydało ogromne pieniądze na organizację festynu z okazji 590-lecia miasta, zapraszając ludzi na festyn z Norbim w roli głównej. Prawie nikt nie przyszedł.

Czego zabrakło?

– Diagnozy potrzeb mieszkańców, wyjaśnienia, co jest ważne, co potrzebne i dlaczego. Kolejna sprawa. Bardzo często twórcy ambitni, czemu się w zasadzie nie dziwię, boją się zubożenia przekazu, obniżenia poziomu. Niestety, bariera w dostępie i niezrozumienie przez widzów leży dość często po ich stronie. Jest problem komunikacji na linii: ekspert – nowicjusz. Ktoś, kto jest bardzo mocny w jakiejś dziedzinie, przestaje rozumieć kogoś, kto jest na innym poziomie. Pojawia się też tzw. przemoc symboliczna, ukryta i pogarda wobec ludzi nie będących uczestnikami kultury, którzy niekiedy pochodzą z rodzin wykluczonych i nie mieli dostępu do kultury, nie mają też wyrobionego nawyku korzystania z kultury. Podsumowując: jeśli w mieście jest jeden teatr, to zalecałabym szukać porozumienia i obniżenie progu wejścia, co otworzy teatr na zwyczajnych ludzi.

Właśnie trwają wybory dyrektora bydgoskiego teatru. Nie jest łatwo…

– Kultura jest, niestety, upolityczniona, chociaż te dwie wartości nie idą w parze. Widzę brak standardów rozwoju publiczności, standardów zarządzania instytucjami kultury. W teatrze się sprawdza dwuwładza: dyrektor zarządzający i dyrektor artystyczny. Jeden dba o finanse, drugi o poziom artystyczny. Jeden pilnuje, żeby drugi nie zadłużył sceny, jak to się zdarzyło we Wrocławiu. Niestety, brakuje ludzi mocnych w zarządzaniu zespołem i jednocześnie mających narzędzia do rozwijania publiczności. Gdy po konkursie pojawi się nowa osoba, a zespół będzie trwać przy starym dyrektorze, może dojść do niszczącego konfliktu, jak to pokazują przykłady innych polskich teatrów. Tracą na tym sporze i artyści, i publiczność. Pierwsze lata pracy „nowego” będą trudne. Będzie zwalnianie, zatrudnianie, czas przestoju, chaosu, frustracji. Może wystarczy uświadomić obecnemu dyrektorowi, ale i zespołowi, ważność rozwoju publiczności, słuchania jej głosu? Cenne będzie uruchomienie pokładów empatii, pokazanie, że ambitny teatr może obniżyć próg wejścia i zaprosić do siebie szersze grono. Miasto powinno kreować politykę kulturalną, rozmawiać z mieszkańcami o ich potrzebach kulturalnych.

***