PRZYGODY DZIELNEGO WOJAKA KEMPINSKY’EGO (prolog)

szwejk2Moja przygoda z wojskiem zaczęła się właściwie już w momencie podjęcia decyzji o kierunku studiów.

Wtedy oczywiście jeszcze o tym nie wiedziałem, ale seria podjętych decyzji doprowadziła w końcu do tego, że poszedłem w kamasze.

Po liceum w wieku 18 lat byłem kompletnym idiotą, który nic nie wiedział o tym, co chce zrobić ze swoim życiem i kim chcę w nim zostać.

Ponieważ nieźle pisałem (po szwedzku oczywiście, bo mieszkałem wtedy w Szwecji) wybór zawodu dziennikarza wydawał mi się naturalny i oczywisty. W Szwecji był to jeden z najpopularniejszych kierunków, w dodatku przyjmowali nań na podstawie średniej, a moja mimo, że była wysoka, nie była najwyższa, a tylko tacy ze średnią 5,0 dostawali się w grono adeptów dziennikarstwa.

Swoją drogą to oczywista bzdura, że na taki kierunek przyjmuje się nie na podstawie ukierunkowanych egzaminów wstępnych, lecz na podstawie dobrych wyników w nauce.

Na szczęście więc, Dobry Los nade mną czuwał i nie dostałem się na dziennikarstwo – o jak inaczej mogło się potoczyć moje życie, gdybym się wtedy dostał i patrząc na to z perspektywy czasu, widzę jak marna egzystencja by to była… Wtedy jednak była to pierwsza poważna porażka w moim życiu, bo dotychczas żyłem sobie dosyć beztrosko zaliczając kolejne kartkówki bez większych problemów, ponieważ nauka na nieszczęście przychodziła mi łatwo i w związku z tym niezbyt się do niej musiałem przykładać. Byłem patentowanym leniem i żyłem raczej od weekendu do weekendu i od imprezy do imprezy. Czyli byłem totalnym kretynem.

logoBędąc takim właśnie zidiociałym leniem z łatwością przyswajania wiedzy, pomyślałem sobie, że kierunek filmoznawstwa będzie dla mnie odpowiedni, bo co to za studia, które polegać będą na oglądaniu filmów – luksus!!!

Na filmoznawstwo dostałem się w Sztokholmie i prawie natychmiast załapałem bakcyla filmu. Na szczęście nie tego teoretycznego, który polegał na pisaniu analiz i recenzji filmowych, lecz na tego praktycznego.

170112_spiace_dziecko_okulary_ksiazkiTrafiłem na czas, kiedy po raz pierwszy przy wydziale filmoznawstwa otworzyła się prywatna szkoła filmowa i z ciekawości się do niej zapisałem.
No i już po pierwszych zajęciach byłem ugotowany. Stwierdziłem bardzo szybko, że nie chcę być teoretykiem filmu, który w zaciszu kurzu bibliotecznego dochodzi do odkrywczych wniosków, co autor filmu tak naprawdę miał na myśli, lecz chcę się zająć filmem praktycznie.

Przyznaję bez bicia, że moje skretyniałe wyobrażenie zawodu reżysera w tamtym czasie nie miało nic wspólnego z rzeczywistością, bo wydawało mi się, że to taki facet, który siedzi na planie na krzesełku z napisem „director”, pokazuje palcem i krzyczy przez tubę, a wszyscy go słuchają. Poza tym dostaje za to mnóstwo kasy i kręcą się wokół niego piękne dziewczyny. I to był ówczesny powód, a nie jakieś tam niesienie misji, który zadecydował o tym, że postanowiłem zostać reżyserem.

Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że był to mój pierwszy krok do tego, żeby w efekcie na prawie rok wylądować w szwedzkim wojsku…

CDN


#GrzegorzKempinsky #Szwejk #Reżyseria