Samotność – dżuma współczesności

Samotność – dżuma współczesności to bardzo ciekawy artykuł o samotności i osamotnieniu we współczesnym świecie. Czy samotność jest już epidemią w Polsce? 

Samotność - dżuma współczesnościMnie samemu samotność w ogóle nie przeszkadza – wręcz odwrotnie jest to jedyny czas, kiedy mam niczym niezakłócony kontakt z sobą samym, który jest mi niezbędny w akcie tworzenia.

Ale wiem, że wokół mnie jest mnóstwo ludzi, którzy dosłownie cierpią na samotność. Ich życie bez osoby bliskiej wydaje się być całkowicie pozbawione sensu tak, jakby jedynie we dwoje możny było żyć w pełni.

Poza tym w obliczu całkowitego zaniku w Polsce społeczeństwa obywatelskiego, w którym struktury horyzontalne są najistotniejsze, ludzie bez partnera często lądują na śmietniku rzeczywistości, przyklejeni do ekranu telewizora, albo komputera nie zdolni do wydobycia się ze swojego kagańca samotności.

Dlatego wydaje mi się, że to, co tworzymy w Teatrze Żelaznym jest tak istotne, albowiem najważniejszą rolą teatru w naszych czasach w Polsce jest funkcja horyzontalnej komórki społecznej, w której obywatel poczuje się częścią większej całości i dzięki temu jego życie stanie się bogatsze, pełniejsze, nada mu głębszy sens i wyzwoli z osamotnienia.

Oczywiście teatr nie jest i nie może być panaceum na wszystko, ale w Polsce propagowanie i budowanie społeczeństwa horyzontalnego, także w punktu widzenia samotności ludzi, jest  dla mnie jednym z najważniejszych postulatów…

Polska epidemia samotności

Liczba pojedynczych

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie. Osamotnienie – dżuma współczesności?

Ile osób obudziło się dziś z pierwszą myślą, że jedyne żywe stworzenie w domu to ja? Nie przespało nocy, starając się uciec od poczucia bezużyteczności swojego istnienia? Ilu otaczająca cisza wydała się obmierzła, drobiazgi na półkach bezwartościowe, a czekające zajęcia nieskończenie nudne? Ilu czuje się nieżywym człowiekiem, ale i nie trupem jeszcze? Ilu myśli o sobie jak o balonie bez uwięzi, rozbitku dryfującym bez celu? Opłakując tych, co odeszli, tak naprawdę płacze nad sobą? Ilu pogrąży się w przygnębiającym przekonaniu, że bycie niekochanym to dla nich stan oczywisty i bezpowrotny? A w poniedziałek rano usłyszy swój głos po raz pierwszy od dwóch dni, prosząc w kiosku o bilet?

Tak o samotności opowiadają dzisiaj literaci i nazywają ją dżumą współczesności. Badacze społeczni na potwierdzenie przytaczają wynik ogłoszonego w tym roku Spisu Powszechnego: 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Co czwarte.

Samotność polegająca na życiu w pojedynkę – pocieszają drudzy – to jeszcze nie dżuma. Samotność to wybór, osamotnienie to przeszkoda, której człowiek nie potrafi przezwyciężyć: dojmujące poczucie pojedynczości – powiada pisarz Wojciech Kuczok. „Subiektywny stan izolacji. Przytłoczenie niemożliwym do zniesienia odseparowaniem, czasami tak dotkliwe, że osoby, które cierpią z tego powodu, z trudem są w stanie myśleć o czymkolwiek innym”. Tak opisują osamotnienie psychologowie, a niektórzy (np. znany z publikacji na ten temat amerykański psycholog i psychoterapeuta prof. Richard Booth) postulują nawet, by je włączyć do klasyfikacji chorób i zaburzeń psychicznych.

Jaki jest zasięg tej dżumy w naszym społeczeństwie? Co ją przywlekło? Gdzie i dlaczego znalazła immunologiczne luki?

Single (samotność epizodyczna)

„Samotność jest wtedy, kiedy kończy się kolejny, nieudany związek, przez wiele tygodni nawet poranne umycie zębów wydaje ci się czymś kompletnie pozbawionym sensu i na okrągło puszczasz łzawy hit »Apologise« Timbalanda” (studentka, 24 lata).

Pojęcie „singiel”, dziś chętnie rozciągane na wszystkich samotnie żyjących (bo neutralne, nie piętnuje jak dawna stara panna, rozwódka, stary kawaler, wdowa), w istocie rzeczy zostało wynalezione, by jakoś nazwać młodych ludzi raczej sukcesu niż klęski, raczej aż nadto towarzyskich niż samotników, gustujących w zabawie – nie ascezie. Jeszcze 15 lat temu była to wielkomiejska awangarda, dziś – norma. Singluje się przy rosnącej społecznej akceptacji co najmniej do trzydziestki. Już 66 proc. Polaków, według tegorocznych badań CBOS, nie ma nic przeciw temu, by młodzi ludzie odkładali decyzję o stałym związku, a nawet z niego rezygnowali. Im młodsi, tym liczniej to akceptują. Toteż 59 proc. Polaków do 34 roku życia nie ma wciąż obrączki na palcu. Zaledwie 8 proc. spośród nich rzeczywiście mieszka na swoim. 43 proc. młodych Polaków gniazduje u rodziców. Większość gniazdowników to single. Część co dnia zatrzaskuje się w swoim pokoiku, część wynajmuje coś przez lata w wielkim mieście, ale tak naprawdę dom ma wciąż u mamy i taty w swoim rodzinnym, nudnawym mieście czy miasteczku, gdzie jeździ się na nudnawe weekendy.

Badacze zjawiska młodzieńczego singlowania nie dramatyzują. Odrzucają krzykliwe tezy o egoistycznym i hedonistycznym pokoleniu, a także stare hipotezy, że oto rośnie społeczeństwo jakichś rozdwojonych psychicznie dziwadeł, prowadzących sztuczne życie w wirtualnym świecie. Internet, fora społecznościowe, portale randkowe, coraz sprawniejsze narzędzia komunikacji – dla większości z nich są oczywistym elementem realności i nie tylko samotności nie pogłębiają, ale ją wręcz amortyzują.

Dr Julita Czernecka z Uniwersytetu Łódzkiego, która doktoryzowała się na wielkomiejskich singlach, twierdzi, że zwłaszcza młode kobiety otoczone są bardzo rozbudowanymi kręgami społecznymi: mamy, siostry, przyjaciółki, które sprawiają, że jeśli pojawia się poczucie osamotnienia, to epizodycznie. Młodych mężczyzn, nawet tych niestrudzonych poławiaczy z portali randkowych, w samotności trzyma nie tyle hedonizm i egoizm, ile poczucie odpowiedzialności – nie chcą się na stałe wiązać, dopóki nie dorobią się własnego mieszkania, samochodu, nie staną na nogi.

Niech zatem będzie, że osamotnienie nie jest plagą w tym przedziale wiekowym. Ale zdarza się i głęboko rani. W przedłużoną młodość niejako wkalkulowane są związki epizodyczne, na próbę. To nie jest tak, że człowiek nie angażuje się w nie emocjonalnie i wychodzi z nich, otrzepawszy niczym pies po deszczu. Wielokrotne doświadczenie, że „coś ze mną jest nie tak”, skoro już czwarty raz i pudło, bo znalazł się na portalu randkowym ktoś lepszy, wartościowszy – to nie zostaje bez śladu.

Poczucie „coś nie tak” dopada zwłaszcza tych, którzy nie odnajdują się w kulturze kolekcjonowania dziesiątków znajomych na Facebooku, w kulturze kreowania się na fajną osobę, tworzenia marketingowego, podkolorowanego obrazu siebie. Dr Tomasz Ochinowski z Uniwersytetu Warszawskiego sygnalizuje, że istnieje dziś spora grupa młodych osób, które cokolwiek robią – piszą swoje CV, niczym hrabia z „Nie-boskiej komedii”, który zamiast żyć, tworzył swym życiem dramat. A przy tym nade wszystko chcą być autentyczni, chcą zaistnieć, chcą tworzyć zdarzenia. Formą zaistnienia jest „post”, który dziesiątki osób „zlajkują”, czyli oznaczą słynnym znaczkiem z uniesionym kciukiem. Więc warto być ostrym, wyrazistym, choćby obrzucić kogoś błotem – to zwróci uwagę, bo masz własne zdanie. W najmłodszym pokoleniu, 15–20-latków, życie „postami i lajkami” przybiera wręcz charakter uzależnienia; zdarza się – młodzi ludzie budują na tym swoją tożsamość, poczucie wartości. W czarną dziurę osamotnienia mogą takiego wtłoczyć trzy „posty” bez żadnego „lajka”.

Single po 35 (samotność pracoholika)

„Samotność jest wtedy, kiedy segregujesz swoje śmieci po tygodniu. Szkło: jedna butelka po winie. Karton/papier: siedem opakowań po papierosach, siedem opakowań po zupie instant… Nawet śmieci po tobie są żałosne” (producentka telewizyjna, 38 lat).

Z wiekiem nawet najbardziej przywiązani do swego singlowania single szukają drugiej połowy. Z niektórych badań wynika, że zrazu 70 proc. nie szuka (Pentor). Ale zdaniem psychologów to przykrywka, poza. Problemem jest raczej to, że szukają zbyt dosłownie drugiej połówki pomarańczy, że ulegają przekonaniu, iż absolutnie idealny partner po świecie chodzi.

Dr Julita Czernecka zaobserwowała, że do mitu miłości romantycznej bardziej są dziś przywiązani mężczyźni niż kobiety: to oni czekają na księżniczkę, to oni częściej idealny związek traktują jako warunek satysfakcjonującego życia. One raczej męczą się oczekiwaniem swoich rodziców, że ich zdolne, mądre i piękne córki w pakiecie z dyplomem wyższych studiów, angażem w świetnej firmie otrzymają też księcia na białym koniu.

Nie wszystkie otrzymują. Co wynika choćby tylko z demograficznej arytmetyki. W wielkich miastach w młodszych rocznikach stosunek liczbowy kobiet z wykształceniem wyższym do mężczyzn z dyplomem to już 20 do 15. Co czwarta kobieta w pełni sił zawodowych żyje samotnie. I pracuje. Dziko pracuje.

Jak odpowiedziała jedna z respondentek w badaniach dr Czerneckiej: „Nie wiem, czy tyle pracuję, bo jestem samotna, czy jestem samotna, bo tyle pracuję”. Dr Ochinowski mówi, że w Wielkiej Brytanii już 15 lat temu przetoczyła się dyskusja nad współczesnym korporacyjnym kapitalizmem, który wygenerował popyt na singla, lokującego wszystkie emocje i energię w firmie, religijnie wręcz jej oddanego. Uzbroił go w pewność siebie, ba, nobilitował jako cudowny rynkowy target, dając zarobić i skłaniając do konsumpcji. Z badań wynikło, że takie osoby są dla firmy świetne. Na czas prosperity – tak, ale w kryzysie – gubią się.

Nie mając psychicznego treningu w trudnych i zaskakujących sytuacjach (a kryzysem jest choćby gorączka własnego dziecka) – więdną. Są bardziej narażone na wypalenie i pracoholizm, gaśnie ich kreatywność. Zdecydowanie słabiej od osób zaobrączkowanych radzą sobie ze znalezieniem nowej pracy, zmianą zawodu. Brak sukcesu staje się porażką, bo sukces dostarczał im wcześniej nieomal narkotycznego znieczulenia. Zatrzaskują się. W poczuciu pozostania na marginesie (bo wszyscy żyją dla kogoś, a ja dla nikogo), wyobrażeniu swojej starości (bo umrę w przytułku), a w końcu i rozczarowaniu pracą (bo, do cholery, ile można udowadniać, że świetnie się zapowiadam). Osamotnienia nie amortyzuje ani Internet, ani nadzieja na połówkę pomarańczy, ani kariera.

Rozwodnicy (samotność wśród stereotypów)

„Samotność jest wtedy, kiedy po siedmiu latach ciągle nie umiesz ugotować tylko pół litra zupy. Nie da się. Nie opłaca. Więc wiesz, że już nigdy nie zjesz swojej ulubionej zupy” (pielęgniarka, 53 lata).

Co roku 200 tys. Polaków wchodzi w małżeństwo, ponad 60 tys. z niego wychodzi. Coraz łatwiej przychodzi wcisnąć klawisz z napisem „delate”, coraz częściej dzieje się tak po zaledwie dwóch, trzech latach związku. Około 16 proc. rozwiedzionych znajdzie kogoś. Takich, którzy nie znaleźli i nie znajdą, szacuje się na 1,5 mln. Nie znajdą nikogo zwłaszcza samotne matki (wychowują one 14 proc. polskich dzieci, w wielkich miastach stanowią prawie 20 proc. wszystkich matek, samotni ojcowie to tylko 2,2 proc. wszystkich ojców).

Same na zawsze zostaną niemal na pewno samotne matki z niepełnosprawnymi dziećmi. To jest osamotnienie pełne najboleśniejszych napięć. Bezbrzeżna miłość i poczucie krzywdy doznanej od losu, świadomość dożywotniego wyroku. Niekończąca się nigdy praca i wieczny finansowy niedostatek. Duma z własnej dzielności i konieczność żebrania o jakąkolwiek pomoc. Stereotypy społeczne nie dają matce Polce prawa do znużenia. Do przytłoczenia samotnością.

Rozwodników i rozwódki (rozwiedzeni mężczyźni wchodzą zwykle w nowe związki, kobiety częściej pozostają same i w wielkich miastach to już co ósma spośród wszystkich) – jako się rzekło – pozornie wrzuca się do niestygmatyzującego worka z napisem „singiel”. Ale mechanika osamotnienia i na tym polega, że działa ono jak błędne koło zaburzonego myślenia – samotni nietrafnie interpretują działania innych, którzy starają się ich uspołecznić, stają się coraz mniej ufni, narasta ich wycofanie i pesymizm. Nie chcę się narzucać – powiadają, nie chcę prowokować zazdrości mojej najbliższej przyjaciółki, jakbym polowała na jej męża.

John T. Cacioppo i William Patrick, pionierzy neuronauk społecznych, utrzymują, że potrzeba relacji społecznych jest u człowieka tak silna, iż osoby odizolowane tworzą relacje paraspołeczne z domowymi zwierzętami. Oraz telewizją. Telenowele, życie prywatne grających tam gwiazd i gwiazdek, wzloty i upadki celebrytów – cały ten medialny, niekiedy tak drażniący, przemysł dla tysięcy samotnych jest atrapą życia w ludzkim stadzie. Jak facebookowi znajomi dla młodszych, tak bohaterowie z plebanii, klanu, rancza – dla starszych stanowią terapeutyzującą imitację prawdziwej bliskości i wspólnoty. Bo osamotnienie polega nie tylko na tym, że ty nikogo nie obchodzisz, ale też nie ma nikogo, kto powinien obchodzić ciebie.

Seniorzy (samotność bezradna)

„Samotność jest wtedy, kiedy od dwóch tygodni wiążesz w paczuszki zdjęcia z całego życia, aż w końcu dociera… Nikogo to nie obchodzi. Wszystko na śmietnik przecież” (emerytka, kiedyś urzędniczka bankowa, 86 lat).

Mówił autor „Stu lat samotności”, że warunkiem dobrej starości jest zaprzyjaźnienie się z własną samotnością. Starości w społecznym pejzażu będzie wkrótce dwa razy więcej niż teraz – dziś 6,5 mln osób ma ponad 65 lat, w 2035 r. – 11 mln. Samotność jest w Polsce jej wierną kompanką.

3,5 mln wdów i 600 tys. wdowców. Kobiety żyją średnio o prawie dekadę dłużej niż mężczyźni. Oni we wdowieństwie więdną szybciej, dopadają ich poważne choroby, marnie radzą sobie z prozą życia i pustym portfelem.

One szybciej umieją znaleźć sobie zajęcie. Nie tylko przy wnukach (zresztą w Polsce – wbrew powszechnemu przekonaniu, że to norma – tylko 26 proc. stale wspomaga rodzinę, podczas gdy np. we Włoszech odsetek takich babć przekracza 56 proc.). Polskie babcie coraz częściej szukają siebie wzajemnie; jedne przez Kościół, drugie przez Internet. Jedne – jadą do Częstochowskiej bądź Kodeńskiej (badania nad religijnością polskich kobiet dowodzą, że te starsze mają osobliwy, czuły kontakt z Matką Boską), inne – po lasach uprawiają nordic walking. Zawiązują portale, fundacje, całe koalicje portali i fundacji, próbujące odkłamać obraz starości jako czasu pustki i samotności.

W działalność charytatywną czy wolontariat angażuje się około 5 proc. emerytów. Mniej – tylko w Rumunii, Bułgarii czy Grecji; najwięcej – około 30 proc. – w Holandii, Austrii, Szwecji. Dr Jolanta Białas-Perek z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaangażowana w badania i projekty dotyczące seniorów, powiada, że starsi Polacy mają problem z tym, by samemu wymyślić sobie zajęcie, oczekują zadań, ról. Starość więc rozwarstwia się: na tę aktywną, np. w uniwersytetach trzeciego wieku, i tę egzystującą tygodniami na swoim czwartym piętrze w bloku, bo nie ma windy i dokąd wyjść. W wielkich miastach zanikła infrastruktura społecznego przetrwania: ulubione sklepiki, zakłady usługowe, poczty. Została kolejka do lekarza. Ale tam jest tylko wspólnota bólu, goryczy, frustracji.

Z badań Małgorzaty Halickiej i Emilii Kramkowskiej wynika, że polskim emerytom najbardziej brakuje pieniędzy, zdrowia i opieki. Kolejna pozycja na liście: brak ciepła rodzinnego. 20 proc. seniorów miejskich i 16 proc. wiejskich go nie doświadcza. Na wsi to nawet większy problem niż brak opieki. Maria Łopatkowa, działaczka społeczna i pedagog, mówi, że dwukrotnie w ciągu życia człowiek jest zbyt kruchy, by udźwignąć samotność: w dzieciństwie i na starość.

Lubimy się uspokajać, że Polska jest krajem rodzinnym, seniorzy są więc przy rodzinie albo – jeszcze lepiej – we własnych mieszkaniach, mało osób trafia do instytucji opiekuńczych (67 tys. pensjonariuszy). Stereotyp czyni z nich miejsca wyjątkowo ponurej samotności, nieomal więzienia. Zdarza się, że księża w kazaniach brutalnie piętnują: „mamusia zaczęła brzydko pachnieć, to się mamusię oddaje”. Przypadki bezduszności i przemocy wobec osób starszych bulwersują, przypadki rzeczywistego porzucenia dziadków, gdy raz na rok ktoś tam z rodziny zajrzy – przerażają. Ale jest też mniej popularna, choć lepsza prawda o domach z jesienią w nazwie. Tam wreszcie nie jest samotnie. Człowiek jednak kogoś obchodzi, choćby na początek tylko służbowo. I człowieka zaczyna obchodzić Bożena czy Teresa w białym kitlu. Jej życie, jej dzieci, jej wczorajsza awantura z mężem. Z czasem nawet bardziej niż kłopoty podatkowe syna w Anglii czy kolejny rozwód córki w Australii.

***

Psychologia ewolucyjna dowodzi, że w historii naszego gatunku o przetrwaniu decydowały związki z innymi osobnikami i właśnie to doprowadziło do wykształcenia w mózgu połączeń neuronalnych, sprzyjających poszukiwaniu kontaktów z innymi. Neurobadacze utrzymują, że samotność jest sprzeczna z ludzką naturą na poziomie genetycznym, więc głód drugiego człowieka stał się potrzebą silniejszą od głodu dosłownego.

Powie ktoś, że w historii dżuma osamotnienia czyniła większe spustoszenie niż dziś – w XIX-wiecznym społeczeństwie europejskim nawet 30 proc. osób nigdy prawdopodobnie nie weszło w stałe związki. Rodzina i dzietność zarezerwowane były dla warstw wyższych; niższe pracowały na służbie i dzieci – jeśli nie pomarły – oddawano do przytułków. Współczesny świat zachodni – choć z innych zgoła przyczyn – jest już prawie tak samo przetrzebiony samotnością. We Francji czy Danii żyje po 24 proc. obywateli bez pary. Samotność współczesną produkują mity, którymi nas nakarmiono i którymi karmimy dzieci: że tylko idealna miłość romantyczna jest warta zachodu; że tylko kariera zawodowa da samospełnienie; że uzależnienie od innych na starość to nie życiowa konieczność, lecz życiowa klęska.

Dr Ochinowski należy do tych optymistów, którzy twierdzą, że w społeczeństwie tkwią jednak zdolności autoimmunologiczne. Że ogarniający świat zachodni kryzys ekonomiczny wymusi spore zmiany społeczne – animowane przez państwo (polityka prorodzinna, aktywizacja seniorów), ale też rodzaj samorzutnego otrzeźwienia.

Ogromna liczba ludzi wydaje się znużona ostro rywalizacyjnym, indywidualistycznym modelem życia społecznego. Z najnowszej Diagnozy Społecznej wynika, że jeśli gdzieś Polacy odnajdują poczucie szczęścia, to właśnie w relacjach rodzinnych i przyjacielskich. Ciągle jeszcze dzieci rodzi się bardzo mało i wstawia się je w bloczki startowe; system edukacji nastawiony jest na testy, punkty, rywalizację. Ale ludzie uciekają już powoli przed tym ciśnieniem sprzed kilku lat, że tylko prywatna szkoła, że trzy języki od przedszkola, że z zajęć na zajęcia… Jakość życia przestaje być utożsamiana z ostentacyjną konsumpcją. Nowe narzędzia – cokolwiek myśleć o banałach wklepywanych w smartfony (że jem właśnie pierogi i zrobiłem sobie zdjęcie) – służą poszukiwaniu więzi. Nawet w owym chronicznym „lajkowaniu” i „udostępnianiu” można dostrzec próbę uporania się z lękiem przed pojedynczością. Uniwersalnym, niezależnym od wieku. „Nie mam do kogo powiedzieć, co dziś przeżyłem dobrego i złego, i co będę robił jutro. Budzę się w nocy, spać nie mogę i ta pustka. Ciągle myślę o tej pustce. Że jestem sam” (emerytowany rolnik, 85 lat).
http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kraj/1549069,1,polska-epidemia-samotnosci.read

______________________________________________________________________________
#samotność