Sąsiadka z anonimowego osiedla

„Sąsiadka z anonimowego osiedla”, albo „Bajeczka dla synka, czyli nie wszystkie dzieci są nasze” to następny felieton Anny Rychter o Polsce i jej absurdach.

 

Bajeczka dla synka, czyli nie wszystkie dzieci są nasze

Sąsiadka z anonimowego osiedlaDługi weekend jest dla samotnej matki okazją do nadrobienia wszystkich zaległości w obowiązkach domowych. Synek bawi się na balkonie samochodzikami, pralka mruczy znajomo, w piekarniku pachnie ciasto z rabarbarem, zupa pomidorowa bulgocze na małym palniku, kurze z mebli pościerane. Jeszcze tylko odkurzę mieszkanie i będę mogła spokojnie poczytać Synkowi ulubioną bajeczkę.

Dzwonek do drzwi. Tak wcześnie? W sobotę? Kogo tam niesie?

– Dzień dobry! – Sąsiadka z szóstego piętra niewyraźnie mamrocze swoje imię i nazwisko. Nie znamy się wcale. To Nowe Anonimowe Osiedle. Nikt nie ma czasu na niemodne kontakty międzyludzkie. Cały tydzień jestem w pracy od 7 rano do 16 po południu, Synek chodzi do szkoły. Też nie zna osiedlowych rówieśników. Dziwię się, że Sąsiadka może czegoś ode mnie chcieć. Nawet soli jej nie pożyczę-jestem na diecie dla nadciśnieniowców, z cukrem też krucho, bo staram się ograniczać… zresztą, mieszkam na parterze-ona prawie pod dachem, pewnie ma znajomości na „wyższych” kondygnacjach…

– Dzień dobry! – zapraszam do środka, uśmiecham się ciepło, cokolwiek to nie jest, może będziemy Weekendowymi Bratnimi Duszami? Ale Sąsiadka nie ma czasu, chce tylko zabrać mi chwilkę, ma jedynie taką małą prośbę:

– Nie będę pani zawracać głowy moimi problemami, muszę jak najszybciej wracać z powrotem do domu, bo moja Córka od kilku lat cierpi na przewlekłą chorobę jelit, praktycznie nie wychodzi z domu, wciąż jest diagnozowana, przyjmuje coraz to nowe lekarstwa, ma też indywidualne nauczanie… jest bardzo drażliwa, wszystko ją denerwuje i doprowadza do płaczu, każdy hałas jej szkodzi… –  Sąsiadka jest wyraźnie zdenerwowana, nie patrzy na mnie… a ja już sobie wyobrażam jak musi być jej ciężko przyznać się do tego przede mną, obcą zupełnie osobą, widzę jak jest zmęczona i sfrustrowana, czuję, że potrzebuje wsparcia, rozumiem ją wyjątkowo dobrze, bo przecież…

– Czy mogę pani pomóc? – trochę boję się, by nie pomyślała, że chcę z butami wedrzeć się w jej życie, w jej sprawy…

– Byłabym bardzo zobowiązana, gdyby pani zabrała Synka z balkonu do mieszkania i zorganizowała mu jakieś inne, cichsze zajęcie… on tam już od godziny postukuje tymi samochodzikami, warczy, bziuczy, a moja Córka dziś wyjątkowo źle się czuje, jest wyczulona na każdy dźwięk, płacze i złości się, prosi, żebym coś z tym zrobiła, więc przychodzę do pani, bo nikt lepiej nie zrozumie naszej sytuacji niż inna matka chorego dziecka… szczególnie dotkniętego zespołem Downa jak pani Synek… Widzę, że pani ma własne auto, więc moglibyście pojechać gdzieś do lasu, jest wolny dzień… i taka piękna pogoda, dziecko mogłoby tam spokojnie bawić się samochodzikami i hałasować do woli, bo ja niestety, nie mam takiej możliwości…, dziękuję, do widzenia… – Sąsiadka z westchnieniem ulgi znika za drzwiami.

Stoję jak słup soli w nieodkurzonym przedpokoju. Mam gęstą, gryząca mgłę przed oczami.  Co się stało? Wbiegam do kuchni. To placek z rabarbarem spalił się na węgiel w piekarniku…

Patataj, patataj, patataj…

Anna Rychter, lipiec 2016

Anna Rychter 
https://www.facebook.com/anna.rychter.12?fref=ts


#polska