Serwilizm artystów wobec władzy

Serwilizm artystów wobec władzy – Znakomity dyrektor Starego Teatru w Krakowie, Jan Paweł Gawlik, został wykluczony ze środowiska teatralnego.

Jak się ma decyzja jednego z najznakomitszych dyrektorów teatru polskiego, żeby służyć władzy, w obecnym kontekście zachowania wszelakiej maści “gwiazd”, które najprościej nazwać, jako całkowity serwilizm artystów wobec władzy.

Tekst czytelny na komórce:
https://www.facebook.com/grzegorz.kempinsky/posts/10219571179124514

Serwilizm artystów wobec władzy

Serwilizm artystów wobec władzy

Już dawno powinienem poświecić mu wspomnienie. Ostatecznie był jednym z nielicznych dyrektorów teatru, który wierzył we mnie jako reżysera. I ostatecznie to nie był byle kto.

Jan Paweł Gawlik był jednym z współtwórców legendy Starego Teatru w Krakowie w latach siedemdziesiątych.

Tylko, że spotkaliśmy się nie w tym miejscu i nie w tym czasie. Po wprowadzeniu stanu wojennego i usunięciu Gustawa Holoubka ze stanowiska dyrektora, władze chcąc zamaskować niepopularną decyzję powołały Teatr Rzeczypospolitej, który połączyły z Teatrem Dramatycznym,

Było to w roku 1983, dwa lata po stanie wojennym. Dyrektorem uczyniły Jana Pawła Gawlika, który podjął się takiej roli, a według środowiska nie powinien.

Nigdy nie należał do partii, ale po konflikcie z Solidarnością w 1980 roku w swoim rodzimym teatrze uchodził za zwolennika współpracy z władzą.

Zrobił wszystko, żeby zatrzymać aktorów, pracujących do tej pory w Dramatycznym, ale powodowani lojalnością wobec byłego dyrektora, jeden po drugim odchodzili. Jedni wcześniej, drudzy później, zależnie od możliwości pracy w innym teatrze. Gawlik próbował postawić na młodych, jak wcześniej zrobił to Hanuszkiewicz, kiedy został dyrektorem Narodowego po Dejmku przy podobnej niechęci środowiska, ale zabrakło siły i czasy też były inne. Bojkotu nie było, ale niepisana zasada odcinania się od tego teatru obowiązywała.

Jeszcze dyrektorowi Holoubkowi, bo pracowałem jako asystent w Dramatycznym, złożyłem projekt mojego dyplomu reżyserii, na który zaproponowałem „Wielki Testament” François Villona. I okazało się, że nowa dyrekcja chce kontynuować rozmowy na ten temat.

Zasięgnąłem opinii moich profesorów, odpowiadali wymijająco, czego można było się spodziewać.

Dodatkowym argumentem za podjęciem prób do przedstawienia, było uczestnictwo w nim Zofii Rysiówny, nestorki aktorstwa, autorytetu środowiskowego.

Od tego uzależniłem swój udział w tym przedsięwzięciu i kiedy wyraziła zgodę zdecydowałem przystąpić do przygotowań.

Pomysł był taki, żeby połączyć poemat Villona z średniowiecznym moralitetem, uczynić z niego przypowieść o roli dobra i zła w życiu człowieka. Część miała być śpiewana, specjalną muzykę napisał Lucjan Kaszycki, specjalną uwagę przywiązywałem do ruchu, więc poprosiłem o pomoc Hannę Chojnacką, profesorkę szkoły baletowej.

Niełatwo pracuje się w teatrze, który nie ma zgranego zespołu, gdzie część aktorów jest tutaj z konieczności i chętnie przenosi swoje frustracje na reżysera.

Byłem jeszcze nieopierzonym absolwentem PWST, nie wiedziałem, jak reagować na różnego typu emocje związane z aktorami, itd.

W każdym razie przy pomocy współpracowników udało się stworzyć chyba ciekawe widowisko, grane nawet dosyć często, ale na „bezrybiu i rak ryba”.

I wtedy Jan Paweł Gawlik uwierzył we mnie, albo podjął decyzje, że warto mnie wykreować, co właściwie na jedno wychodzi. Zdaje się w Życiu Literackim (było takie pismo) napisał, że jestem jednym z najlepiej zapowiadających się reżyserów teatralnych młodego pokolenia.

No i to było jak pocałunek śmierci, wiadomo było, że teraz dyrektorzy teatrów będą uważać, że jestem człowiekiem wspieranym przez władzę.

Gawlik po dwóch latach dyrektorowania odszedł do Krakowa, gdzie objął Teatr im. Słowackiego. Pozostał wierny swej opinii, bo zaproponował mi dwie kolejne realizacje, powtórkę „Wielkiego Testamentu” i „Ożenek” Gogola. Ale okazało się, że podziały środowiska warszawskiego w porównaniu z Krakowem to „mały pikuś”. W Warszawie ograniczały się raczej do teatru, w Krakowie były ważne na ulicy, w kawiarni, w powiązaniach rodzinnych, było ważne z kim pije się wódkę i z kim zakąsza i tak dalej.

Sukcesu nie było, ja już zresztą wtedy byłem rozdarty między teatrem a koniecznością pracy zarobkowej w Niemczech, bo z czegoś trzeba było żyć.

Rozstaliśmy się bez żalu. W każdym razie jestem mu wdzięczny, że dał mi szanse i uwierzył we mnie. Może to było koniunkturalne i wymagało jakiegoś totalnego zaangażowania, żeby się przeciwstawić opinii, na które nie było ani jego, ani mnie wtedy stać, ale jakaś szansa była.

Teraz nie mam, na co narzekać. Na pewno było to doświadczenie, że teatr to nie tylko przedstawienia, ale liczy się głównie to, co się dzieje wokół niego.

Gawlik przeszedł na emeryturę w 1989 roku, co pewnie wielu przyjęło z satysfakcją. Żył jeszcze długo, dożył 93 lat i zmarł w 2017 roku.

Przykro było patrzeć, jak pomija się go przy kolejnych rocznicach Teatru Starego, jak nie uwzględnia w opracowaniach bezdyskusyjnych osiągnięć jego dyrekcji. Tak, jakby „Dziady” i „Wyzwolenie” Swinarskiego, „Biesy” Wajdy, „Matka” Jarockiego nic mu nie zawdzięczały.

Zastanawiam się, jak potrafią być ważne te decyzje na styku teatru i polityki, które niosą ze sobą konsekwencje zgoła nie artystyczne. Czy Gawlik nigdy nie żałował objęcia tego Teatru Rzeczypospolitej, który zresztą po kilku latach zakończył swój niesławny żywot? Czy pozostał wierny swym decyzjom i ich konsekwencjom?

I jakie to ma odniesienia do współczesnej rzeczywistości, w której dyspozycyjność artystów wobec władzy jest raczej normą niż wyjątkiem?

http://Włodzimierz Kaczkowski

https://www.facebook.com/wlodzimierz.kaczkowski/posts/2873097176072606


#Teatr