Sława, czyli goła dupa

Sława, czyli goła dupa – to znakomity tekst Wojtka Hübnera o tym, jak w dzisiejszych czasach zrobić karierę i zyskać sławę.

Sława, czyli goła dupaNajśmieszniejsze, lub jak kto woli, najstraszniejsze w tym świetnym tekście jest to, że takie same prawa rządzą tak szacowną, jakby się wydawało, branżą, jaką jest teatr.

Sława osiągnięta gołą dupą jest niestety od jakiegoś czasu niezwykle modna w tych najmodniejszych kręgach teatru rodem ze „spółdzielni teatralnej” i „nowego teatru”.

Sława ta, jak poniżej nie wynika bynajmniej z zawodowego kunsztu, wrażliwości, głębi i mądrości, lecz z adoracji przez tak znane nam wszystkim lobby, gołej dupy, lub raczej w tym wypadku gołych ptaszków.

I na nic utyskiwanie widowni i garstki co mądrzejszych krytyków, że teatr ten spod znaku gołych czterech liter, jest niczym innym, niż hochsztaplerką promowaną przez psudorecenzentów spod tej samej chorągwi, albowiem ci „reżyserzy” nic innego, niż tani skandal, nie potrafią robić.

I tylko jedno różni to zjawisko od opisanych poniżej; mianowicie publiczność teatralna widocznie charakteryzuje się odrobiną dobrego gustu i w odróżnieniu od poniższych „odpadożerców” masowo odpływa od teatru z czego artyści-skandaliści w ogóle sobie nic nie robią, albowiem sławę niestety mają zapewnioną przez opiewających ich artystyczny kunszt bandę pląsających inaczej kwasirecenzentów – wielbicieli gołej dupy.

Amen

Goła dupa – czyli jak zostać sławnym

Kto nie chciałby, choć przez chwilę, być sławnym, rozpoznawanym, ręka w górę.

Ja, próżnym człowiekiem będąc, ale i szczerym, ręki nie podniosę.

Pewnie, że sława marzy mi się. Autografy, kwiaty, piękne kobiety, błysk fleszy. Ech… Sny o potędze. Właśnie, tylko sny. W obecnych czasach nie mam szans na popularność.

Ponieważ do próżności już się przyznałem, nie uznam powodem ich braku, brak talentu. Wybrakowany jestem na innej płaszczyźnie. Jestem chyba zbyt wstydliwy, by być sławnym w XXI wieku. Nie żeby onieśmielał mnie tłum reporterów, oko kamery, czy tabuny fanek. Moja wstydliwość ogranicza się do używania elementów życia prywatnego, celem zaistnienia w życiu publicznym. A jest to powszechnie przyjęta recepta na sławę.

Nie ważne jak wartościową napisałeś książkę, jak wspaniałą stworzyłeś kreację na scenie, jeśli nie można o tobie powiedzieć nic co dodałoby „smaczku”.

Winą za taką sytuację obarczam nie „odpadkożerny” tłum fanów, ale samych idoli. Bo to „wódz a za wodzem wierni” a nie odwrotnie.

Sława, obecnie, nie jest rozpoznawaniem nazwiska w połączeniu z dziełem. Dla większości, w tej formie, jest ona zbyt krótkotrwała. Żaden artysta nie jest w stanie, tworzyć dzieła za dziełem tak, by utrzymać się takimi wartościami stale na „liście przebojów”.

Są Wielcy, którzy potrafią żyć ze świadomością, że kwiaty od fanów szybko więdną. To niestety nieliczna grupa, stale się zmniejszająca.  To są prawdziwi Twórcy, energię swoją skupiający na tworzeniu.

Reszta dzieli się na tych, którzy ze spadkiem popularności nie mogą się pogodzić i tych, którzy nie mogą się pogodzić z tym, że popularni nigdy nie byli. I jedni i drudzy szukają antidotum nie w tworzeniu, lecz w „zaistnianiu”.

A czymże najłatwiej jest zaistnieć? Skandalikiem.

„Odpadkożercy” zaraz się rzucą wygłodniali na wieść o tym, że Iksiński „wyszedł z szafy” i publicznie ogłosił swą orientację seksualną. Jego nazwisko przez parę tygodni będzie widniało w prasie, zaproszą go do programu „o kulturze” w TV. Gdy napięcie zacznie spadać, Iksiński podrzuci nowy smaczek. Przyzna się z kim spał, wrzuci kilka szokujących fotek do sieci, takich, co to nieznani hakerzy wykradli z jego komputera. Obrzuci błotem swoją byłą, lub byłego i tak przez jakiś czas „czas Iksińskiego” będzie trwał.

Ygrekowskiego orientacja łóżkowa jest znana i nie może się przemóc, żeby ją zmienić. Na dodatek, prywatnie, nie jest żadnym motylkiem, z kwiatka na kwiatek skaczącym. Miał w życiu dwie kobiety, o których już wiadomo. Czyli temat z alkowy, odpada. Czyżby? Wystarczy kilka niedopowiedzeń, odpowiednio zagranych uśmieszków w odpowiednim momencie i już staje się kochankiem znanej modelki. Co gorsza, im bardziej będzie ona, zgodnie z prawdą, zaprzeczała, tym częściej nazwisko Ygrekowskiego będzie powtarzane, a o to przecież chodzi.  

Zetowski, inteligentny acz wypalony już pisarz, mający wielu znajomych wśród przebrzmiałych lub nieżyjących sław, napisze nową książkę, której artyzmu nie doszuka się nawet Sherlock Holmes. Bo nie artyzm będzie jej bronią, tylko treść. Skandale, skandaliki często wyssane z palca. Jak już wspomniałem Zetowski jest obarczony inteligencją, więc nazwiska będą pozmieniane ale tak, by „odpadkożercy” łatwo domyślili się o kogo chodzi, a zarazem by nikt go za zniesławienie nie mógł zaskarżyć.

Mógłbym tu przytaczać jeszcze wiele obecnie uznanych sposobów zaistnienia od pokazania gołej dupy, do wywołania pijackiej burdy, oczywiście w asyście, uprzednio zawiadomionych, fotoreporterów.

Ale jeszcze jeden ze sposobów promowania się wzbudza moją odrazę. Promocja na chorobę. Nowotwór zabrał naszemu światu wielu wybitnych twórców. Niektórzy z nas doświadczyli okropieństwa tej choroby w najbliższym otoczeniu. A tu proszę, miernota, której kociej muzyki nie chcą już nawet słuchać mało wybredni gimnazjaliści, z wycięcia kurzajki robi operację onkologiczną. Wypisuje totalne bzdury na temat terapii, jakiej poddano ją po zabiegu. I oczywiście bidulka otarła się o śmierć. Wszystko dla zaistnienia choć kilka sekund dłużej na „liście przebojów”.

Ja ze swoim wybrakowaniem, nie nadaję się do tego wyścigu szczurów po sławę. Choć mam w swoim życiu parę elementów, którymi mógłbym się przepchnąć na wysoką pozycję „top listy”. Dwa rozwody, jakaś poważna choroba, też by się znalazła. Ale dla mnie, to są moje prywatne sprawy. Prywatne, wiec nie do upubliczniana. Dlatego też rezygnuję z podniesienia sprzedaży mojego tomiku ich kosztem. Może sam, swoją treścią się wybroni? Może ten następny wzbudzi większe zainteresowanie? Albo kolejny.

Mam nieliczne grono fanów, choć raczej powinienem powiedzieć, że są fanami moich tekstów a nie osoby.

Ostatnie zdjęcie w błysku flesza to było zdjęcie do paszportu.

I choć na ulicy rozpoznają mnie tylko sąsiedzi, jestem zadowolony. Wciąż mogę śnić o sławie, tej prawdziwej. Może nigdy nie nadejdzie. A jeśli nadejdzie, to nie dzięki pokazaniu tylnej części ciała.

piątek, 15 lipca 2016

Autor:  

http://wojciechmaciej.blogspot.com/2016/07/goa-dupa-czyli-jak-zostac-sawnym.html


#skandal