Śmiałem się z Teatru Polskiego

Śmiałem się z Teatru Polskiego, czyli Gwóźdź w pochwie to znakomite rozprawienie się z Teatrem Polskim we Wrocławiu za czasów Mieszkowskiego.

Chciałem tylko przypomnieć tę recenzję z 2009 roku, kiedy to Teatr Polski we Wrocławiu był najlepszym teatrem w Polsce, bo Fałszywy Jezusik ogłosił, że ta właśnie jest i śmiałem się do rozpuku, kiedy ją czytałem, albowiem obnaża ona całe blagierstwo tej mafii teatralnej i całego hochsztaplerstwa rodem ze „spółdzielni teatralnej”.

Smacznego!!!

 

Śmiałem się z Teatru Polskiego

 

Gwóźdź w pochwie

„Lalka” w reż. Wiktora Rubina w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Mirosław Kocur w Teatrze.

«Chyba się starzeję. Dyrektor Krzysztof Mieszkowski od miesięcy powtarza, że wrocławski Teatr Polski to najlepszy teatr w Polsce, bo tam tylko powstają najlepsze w Polsce przedstawienia, a ja, kiedy wreszcie dostaję zaproszenie na premierę, przychodzę, patrzę i niewiele rozumiem. Wiem, że przedstawienie, które oglądam, jest najlepsze, bo to mi powiedział Pan Dyrektor, ale nie rozumiem, dlaczego jest najlepsze… Nie, żebym nie wierzył Panu Dyrektorowi. Znamy się od dawna. Więc wierzę. Ale jednak nie rozumiem… Ostatnio poszedłem na „Lalkę”. Poszedłem i wróciłem, a głowę mam wciąż spuszczoną, bo znowu nie rozumiem… Aż mi wstyd od tego nierozumienia. Śmiałem się, a jakże, choć może nie tyle, co wszyscy, bo mało telewizji ostatnio oglądam. A po przerwie na scenie szły same seriale, konkursy i relacje ze skandali, tak mi się wydaje, sądząc po uwagach widzów. Więc ta druga część to było trudne przeżycie…

W pierwszej części miałem łatwiej, bo aktorzy recytowali „Dziady” i Witkacego, to zrozumiałem, choć pojęcia nie mam, dlaczego właściwie te „Dziady” i tego Witkacego recytowali. Pewnie reżyser lubi. A może któryś z dramaturgów lubi. Bo tekst Prusa reżyserowi nie do końca się spodobał – w wywiadzie dla ważnej gazety artysta stwierdził odważnie, że Prus pisał słabe dialogi. No więc do boju ruszyli dramaturdzy i wspólnie z reżyserem te dialogi Prusowi dopisali. Na przykład w pewnej chwili Wokulski mówi do Łęckiej: „Iza, wsadź mi palec w dupę!”. A potem idą za taką olbrzymią blachę i ona mu chyba ten palec wsadza, gdzie on chce, bo kiedy blacha opada, to ich tam nie ma. Oboje zniknęli. Palec też. W wywiadzie zamieszczonym w programie reżyser narzekał jeszcze, że postaci u Prusa są bezbarwne. No to je nam ubarwił.

Ale, przyznaję, śmiałem się. Z tego palca w dupie się śmiałem, ale wcześniej też. Na przykład, kiedy nieogolony Pan Kiljan w płaszczu sikał do wiadra i nagle się odwrócił do widowi i dalej sikał z wielkiego plastikowego fallusa we wzwodzie. Kiedy Rzecki musztrował subiektów, też się śmiałem. Albo kiedy Rzecki zaczął mówić o Młodzieży Wszechpolskiej, a Wokulski mu przerwał słowami: „Rzecki, spierdalaj ze swoim pamiętnikiem!”. Śmiałem się z dowcipu: „Jak ktoś ma pecha, to i w pochwie natknie się na gwoździa”. Śmiałem się z pokazu mody kostiumów do szopki i kiedy się okazało, że autorem tej kolekcji był Chrystus. Chyba Chrystus, bo w scenie wcześniejszej aktor był Chrystusem na krzyżu – stał z rozłożonymi rękami, a nestorka Teatru Polskiego jako Helunia klękała przed nim i całowała go w rękę. Kostiumu wciąż nie zmienił, więc chyba jednak był Chrystusem, choć w programie tego nie napisali.

Najbardziej się śmiałem, kiedy Wokulski cytował z gazet marne zarobki dzisiejszych Polaków, do tego czołgał się po podłodze na samych rękach, z wielkim wysiłkiem, bo twarz miał czerwoną i żyły mu wyszły, a aktorzy improwizowali zabawne komentarze, naśmiewając się z tych mało zarabiających Polaków. Przestałem się śmiać, kiedy na scenę weszli maszyniści i przepędzili wesołków – wcześniej Wokulski obiecał rozdać wszystkim biednym ludziom swoje pieniądze. Nie śmiałem się, bo znowu niczego nie rozumiałem: przecież Wokulski to postać ze sztuki, więc jak może cokolwiek obiecać maszynistom teatralnym, czyżby i oni się w tym wszystkim pogubili i sądzili, że młody aktor grający Wokulskiego jest naprawdę tak bogaty?

Ale potem znowu się śmiałem, bo Pani Kinga Preis jest aktorką wybitną i potrafi wszystko zagrać. Kiedy jednak reżyser kazał Panu Mariuszowi Kilianowi recytować po góralsku wstrząsającą opowieść Kazimierza Przerwy-Tetmajera o synu, który matkę z domu wyrzucił, a Pani Preis, ubrana z jakiegoś powodu w kimono i czarną perukę, zaczęła znienacka grać po góralsku tę wyrzuconą przez syna mamę, poczułem dreszcze, a moja sąsiadka na widowni się popłakała. Wielka scena! Pan Kiljan i Pani Preis nigdy nie zawodzą. Ale skąd ten Tetmajer w „Lalce”? Czy Prus mógł czytać Tetmajera? A może Tetmajer Prusa? A może Wokulski czytał? Nagle mnie oświeciło: Wokulski to Stanisław i w powieści Prusa wyrzeka się swego niskiego pochodzenia, czyli symbolicznie zabija matkę, a o tym właśnie opowiadał Tetmajer, który swojemu bohaterowi dał imię Sobek… Tu Stanisław, tam Sobek, tu „S”, tam „S”… Wszystko się zgadza. Kiedy tylko tak pomyślałem, zaraz się zawstydziłem – przecież to niemożliwe, żeby reżyser był aż takim teatralnym grafomanem, skoro już trzeci raz reżyseruje sztukę w Teatrze Polskim, najlepszym w Polsce… Więc chyba jednak nie zrozumiałem, po co on tego Tetmajera tyka.

Pani Preis wystąpiła w galerii wspaniałych kostiumów. Na początek w stroju hiszpańskiej infantki, z wielką krynoliną. Grała Izabellę Łęcką. Przeważnie. W innym kostiumie wręczyła mi zaproszenie do wsparcia fundacji dla dzieci. Nie mogłem się połapać w tych wszystkich kodach i aluzjach… Bardzo żałowałem, bo ci, co się mogli połapać, pękali ze śmiechu. Tylko Pan Michał Chorosiński, jako Rzecki, grał jakoś tak inaczej niż pozostali, bo kojarzył się z bohaterem „Lalki”. Moim zdaniem to najwspanialsza rola w tym spektaklu. Pan Chorosiński jest po prostu wybitnym aktorem. Reżyser nic na to nie mógł poradzić, choć w rozmowie zamieszczonej w programie próbował dezawuować grę artysty, mówiąc, że kazał mu grać przestarzałą dziś metodą Rosjanina Stanisławskiego.

Dwa znakomite monologi wygłosiła Pani Krzesisława Dubielówna, wielka artystka teatru. Zresztą jako Helunia też była fascynująca. Choć Helunia mało mówiła… Pani Halina Rasiakówna, równie wybitna, stworzyła wspaniałą Stawską, chociaż jej też reżyser kazał grać metodą Rosjanina Stanisławskiego. Tylko musiała grać na boku, w takiej szklanej klatce, bo scenograf miał pomysł… Pan Adam Cywka, kolejny wielki aktor w zespole Teatru Polskiego, był znakomity jako Starski. I świetnie sprzedawał piwo. To piwo mnie zupełnie przerosło. Nie próbowałem nawet zrozumieć, o co szło z tym proponowaniem widowni piwa… Nikt nie kupił. Pan Wojciech Ziemiański też wspaniały. Jako Łęcki. Pan Kilian generalnie był rewelacyjny, nawet jako Chrystus. Pan Bartosz Porczyk, Wokulski, też miał świetne momenty, choć sporo się przejęzyczą! i nie zawsze można było zrozumieć wypowiadane przez niego słowa. Dziwny za-śpiew mu wchodził na fonię.

Jako bonus Pan Porczyk pokazał nam swoje piękne ciało w całym jego nagim pięknie i ten wspaniały widok z nawiązką rekompensował niedostatki artykulacji. Szkoda tylko, że Pan Porczyk tak krótko rekompensował… Pan Rafał Kronenberger też zamierzał widowni pokazać, co ma w majtkach, ale wcześniej zapyta! publiczność, czy chce oglądać to, co on ma do pokazania, i ktoś z publiczności chyba nie chciał, bo na premierze Pan Kronenberger nic nie pokazał… Zaprzyjaźniona sąsiadka na widowni szepnęła mi, że Pan Kronenberger cytował modnego ostatnio artystę estradowego, który rzeczywiście pokazał, co ma, i który straszliwie się kłócił z żoną, i że piękna aktorka, Pani Dominika Figurska, grała tę żonę właśnie. .. imion nie zapamiętałem… Niestety miła sąsiadka na widowni nie potrafiła mi wyjaśnić wszystkich skeczy, bo popsuł się jej telewizor… No, ale troszkę to się jednak pośmiałem. Szkoda, że nie wyświetlano na ekranie przypisów do skeczy. Bo bym się jeszcze więcej mógł pośmiać.

Po powrocie z teatru nawiedziły mnie różne refleksje. Najpierw ogarnął mnie wielki podziw i szacunek dla znakomitych aktorów Teatru Polskiego, najlepszego w Polsce, którzy z taką desperacją potrafili wykorzystać każdą szansę stworzenia choćby namiastki roli w przestawieniu. Reżyser z dramaturgami robili, co mogli, żeby żadnej roli zagrać się nie dało. Bo nastała teraz epoka po–dramatyczna i dużych ról grać nie wolno. Fragmenty tylko i cytaty. .. Choć nie wiadomo dokładnie, co trzeba robić teraz w teatrze zamiast teatru, niemieccy teoretycy po-teatru tego nie napisali. Może więc dlatego reżyser i dramaturdzy zorganizowali we Wrocławiu wieczór kabaretowy pod tytułem „Lalka”. Każą aktorom grać skecze, a do tego co jakiś czas wygłaszać i odgrywać na scenie cytaty z kultury masowej, co ma oddawać przemyślenia o świecie reżysera i dramaturgów. Reżyser mówi w programie, że się o Polskę troszczy, bo Polska na manowce schodzi, więc z tej troski dużo ma własnych myśli do wyrażenia, poprzez cytaty. Nie wyjaśnia jednak, po co mu do tych cytatów „Lalka”, skoro, jak powtarza, Prus był nienajlepszym pisarzem. Kiepski pisarz Prus tak jakoś reżysera i dramaturgów skołował, że mogli mieć tylko kiepskie myśli i cytaty. Może Pan Dyrektor najlepszego teatru w Polsce powinien reżyserowi doradzić, żeby następnym razem uczepił się lepszej literatury?

Na szczęście kiepskie myśli polska młodzież potrafiła odziać w cudowne kostiumy. Spektakl momentami był bardzo piękny. W tyle sceny odsłaniały się często olbrzymie ramy obrazu i aktorzy wchodzili w te ramy i ożywiali różne obrazy. Nie zawsze było wiadomo, o co chodzi, ale nie było wiadomo bardzo pięknie… Najbardziej podobał mi się obraz z panią na koniu i Wokulskim biegnącym obok w miejscu. Pani chciała uwieść Wokulskiego, ale on się nie dał. Nie potrafiłem rozpoznać aktorki, bo miała czarną perukę i wyglądała dokładnie tak, jak wcześniej Pani Preis w czarnej peruce, ale Panią Preis nie była na pewno. W finale spektaklu maszyniści wnieśli na scenę olbrzymią nagą lalkę z plastiku, chyba dziewczynki, sądząc po kształcie przyrodzenia, choć twarz niemowlaka do złudzenia przypominała oblicze Pana Prezydenta lub Brata Pana Prezydenta. Kiedy zacząłem się wgłębiać w tę trudną metaforę, przeraziłem się własnych myśli. Dziś za takie myśli można mieć proces…

A potem tylko Pani Preis w kolejnym wspaniałym kostiumie zaśpiewała pięknie po włosku i zaczęły się brawa. Wtedy aktorzy dostali kwiaty i wywołali reżysera. Na scenę wszedł młody człowiek, lekko sfatygowany, w granatowej bluzie opinającej kształtne brzunio… Znowu nie rozumiałem, co to ma znaczyć. Bo przecież ten pan zaprosił prawie tysiąc osób na spotkanie, no i każdy z nas jakoś się przygotował, bez specjalnego patosu, tak po ludzku – skoro się nas zaprasza, to staramy się nie sprawić przykrości gospodarzowi. Myjemy się, czeszemy, niektórzy biorą kąpiel, szorują nogi. Wiadomo, idziemy w gości. A tu gospodarz jakby zapomniał, że nas zaprosił… Pewnie tak się o tę Polskę zatroskał, że o nas zapomniał… A może chciał nas pouczyć, że źle żyjemy i dopóki się nie poprawimy, to będzie nas miał dokładnie tam, gdzie Iza miała wsadzić palec Stasiowi. Tylko dlaczego Pan Reżyser, skoro taki jest radykalny, w sztuce potrafił się zdobyć jedynie na krytykę celebrytów? Czy pastisz disco polo różni się jakoś zasadniczo od disco polo? Dlaczego artysta, który ma tak niewiele do powiedzenia, musi o tym mówić z takim rozmachem?

W jednym ze skeczy reżyser kazał aktorowi wygłaszać fragmenty książki Grossa o Jedwabnem. Krótko, bezpiecznie, mało kto mógł się zorientować. Reżyser jako mistrza interpretacji klasyki przywołuje często Jerzego Grotowskiego. Po premierze „Apocalypsis” sam Prymas Tysiąclecia wyklinał Grotowskiego w kazaniu na Skałce. To właśnie Grotowski, mistrz reżysera „Lalki”, powiedział kiedyś, że do przeklinania nie potrzeba odwagi. Ani głębszego rozumienia. Dopiero w domu doczytałem do końca wywiad z reżyserem zamieszczony w programie. Otóż Pan Reżyser deklaruje, że nie zależy mu na widzu, który rozumie przedstawienie. Woli takiego, który przeżywa emocjonalnie. A zatem wszystko w porządku. Nie rozumiałem, a tylko się śmiałem, reagowałem więc prawidłowo. Gwóźdź w pochwie.

Mirosław Kocur – kulturoznawca, historyk teatru, reżyser, wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego i Wydziału Lalkarskiego wrocławskiej filii PWST w Krakowie. Autor książek „Teatr antycznej Grecji” (2001) i „We władzy teatru. Aktorzy i widzowie w antycznym Rzymie” (2005).»


#mieszkowski