Streep – antygwiazda

„Streep – antygwiazda” to znakomity artykuł o jednej z najwybitniejszych aktorek świata Meryl Streep pt. „Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki”.

 

 

meryl-streepMeryl Streep: Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki

W roku, w którym skończyłam 40 lat, dostałam trzy propozycje zagrania czarownic – wspomina aktorka. Jest wściekła i głośno o tym mówi
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

Chciała nosić imię Debbie, Patty albo Cathy, jak inne dziewczyny w jej rodzinnym Summit w New Jersey. Skończyło się, jak zwykle w rodzinie Wilkinsonów, na Mary. Odziedziczyła imię po matce, ona z kolei po babce, tamta po swojej matce. Louise na drugie miało być hołdem dla maminej przyjaciółki. Oba zlepione w Meryl ułatwiały życie ojcu, który jakoś musiał je rozróżniać. Jej – mniej. – Byłam niezdarnym kujonem w okularach, o dziwacznym imieniu – wspomina. Wtedy nikt się nie spodziewał, że to brzydkie kaczątko wyrośnie na wielką aktorkę.

Cheerleaderka

Może poza jedną osobą. Mary Wolf Wilkinson, po mężu Streep, niezachwianie wierzyła, że jej córka jest stworzona do rzeczy wielkich. – Dasz radę, Meryl, osiągniesz, co będziesz chciała – powtarzała niezależnie od tego, czy chodziło o bycie cheerleaderką, śpiewaczką operową czy aktorką. Sama zrezygnowała z pracy ilustratorki i poświęciła się wychowaniu trojga dzieci. Obserwowała sześcioletnią Meryl, która z jej halką na głowie wcielała się w Maryję Dziewicę, jednego z braci angażując do roli Józefa, a drugiego – do roli osiołka przy żłóbku. Jako dziewięciolatka próbowała zrozumieć, czym jest starość, malując kredką do oczu zmarszczki widoczne na twarzy babki. Kiedy 12-letnia Meryl dostała pierwszą owację na stojąco – za zaśpiewanie „Cichej nocy” po francusku na szkolnym koncercie, matka zapisała ją na lekcje śpiewu u słynnej nowojorskiej nauczycielki Estelle Liebling. Co tydzień jeździła z córką do jej apartamentu na Upper East Side. Meryl wchodziła po Beverly Sills, późniejszej solistce Metropolitan Opera, nazwanej przez „Time” królową amerykańskiej opery.

Jednak kariera diwy nie była jej pisana. W wieku 14 lat Streep zdjęła okulary i aparat na zęby, utleniła włosy i zaczęła się malować. Została cheerleaderką, a potem gwiazdą szkolnych uroczystości. Na zdjęciach – wysportowana, piękna. Zamiast wyciągać wysokie C w ariach, wyciągała gwizdek na treningach. Śpiewała też w chórze i grywała główne role w szkolnych przedstawieniach. I choć swoje ówczesne wcielenie uważa za równie interesujące, jak wypchany królik, to niezaprzeczalnie była szkolną gwiazdą. Jednak nieustanna konkurencja o względy starszych kolegów i pozycję towarzyską sprawiła, że miała w tamtym czasie tylko dwie przyjaciółki. W tym kuzynkę, więc się nie liczyło.

Siłę kobiecej przyjaźni poznała, kiedy dostała się do żeńskiego Vassar College. – Zanim tam poszłam, feminizm kojarzyłam z dbaniem o urodę, układaniem włosów i piłowaniem paznokci – przyznaje. – A tu nagle poczułam, że akceptuje mnie też ta druga połowa ludzkości. Nie musiałam z nikim konkurować – wspomina. – Mogłam się wygłupiać, być uparta, agresywna, otwarta, zabawna, twarda. Mogłam być bałaganiarą. Raz nie myłam włosów przez trzy tygodnie. A moje przyjaciółki wciąż mnie lubiły.

Kiedy szkolny teatr powierzył jej główną rolę w „Pannie Julii” Strindberga, uwierzyła, że może zostać aktorką, ale na wszelki wypadek złożyła papiery na prawo. Gdy jednak zaspała na egzaminy, postanowiła potraktować to jako znak.

– Była zjawiskowa. Nawet kiedy w scenie z „Trzech sióstr” po prostu leżała na kanapie i czytała książkę, nie mogłem oderwać od niej wzroku – mówi Michael Posnick, wykładowca reżyserii w Yale School of Drama, do której trafiła rok później. W musicalu „Happy End” Bertolta Brechta powierzył jej niewielką rolę. Ale kiedy zachorowała główna aktorka, Meryl nauczyła się piosenek i tekstów w jedno popołudnie. Zagrała koncertowo. Od tego dnia nie schodziła ze sceny. Wystąpiła w 80 rolach, prawie wyłącznie w głównych (m.in. w roku 1974 w „Biesach” Andrzeja Wajdy z Elżbietą Czyżewską!). Błagała, żeby jej pozwolili odpocząć. Z nerwów wymiotowała. Uczelnia rozważała zawieszenie jej w prawach studenta, oskarżając ją, że gra na pół gwizdka. W końcu nabawiła się wrzodów żołądka i musiała poddać się terapii, by podratować nerwy. Jeszcze długo później skarżyła się, że „w tym kraju aktorstwo jest jak sport. Gonimy za nagrodami. Ten jest najlepszy, tamta zaraz za nim, ten wygrał, tamten przegrał”. Rywalizacja tak ją stresowała, że gdy w 1975 roku większość absolwentów przygotowywała się do castingu w słynnym Public Theater w Nowym Jorku, Streep z nerwów dostała rozstroju żołądka. – Prawda jest taka, że nie chciałam też się wystawiać na tym targu żywym towarem – mówi.

Oscarowa mamuśka

W trakcie 40-letniej kariery zebrała rekordową liczbę statuetek i nominacji do Oscara, Emmy i Złotego Globu, ale uwielbia sprawiać wrażenie, że cały ten zgiełk niewiele ją obchodzi. Pierwszego Oscara, którego dostała za rolę Joanny w „Sprawie Kramerów”, z nerwów zostawiła w toalecie. W ogóle tej ceremonii nie wspomina najlepiej. – W 1979 roku rozdanie Oscarów było popołudniową imprezą przy herbatce transmitowaną przez lokalną telewizję. Ja dopiero co urodziłam pierwsze dziecko. Nie miałam pieniędzy na nową kreację, a wtedy projektanci nie pożyczali początkującym aktorkom sukienek. Poszłam w swojej sukni ślubnej. Impreza się przedłużała i ostatecznie pobiegłam po statuetkę w bolerku przysłaniającym plamy z mleka na staniku – opowiada. Po otrzymaniu drugiej statuetki, za „Wybór Zofii” (1981), sama kupiła sobie nagrodę: pralkę, suszarkę i robot kuchenny. Kiedy dziennikarka zapytała ją, co powie, gdy dostanie Oscara, odparowała: „Co na siebie włożę – oto jest pytanie!”.

Fakt, jej sukienki zwykle nie trafiają do zestawień najlepszych oscarowych kreacji. Nie interesuje jej moda. Do czytania mowy dziękczynnej potrafi założyć okulary, a w przerwie pocieszyć mamę Ryana Goslinga, która martwi się niewłaściwą fryzurą. A i tak jej wystąpienia – z odpowiednią ilością westchnień, łez i udawanego zdziwienia – są czymś w rodzaju wzoru metra z Sevres dla oscarowych nowicjuszy. „To przemyślana strategia” – pisze Karen Hollinger w książce „Aktorka. Aktorstwo i gwiazdy w Hollywood”. Należy do niej też podkreślanie, że rodzina jest dla niej ważniejsza niż kariera. Streep pielęgnuje wizerunek mamuśki, która od czasu do czasu wyrwie się na plan, jeśli to nie koliduje z podaniem kolacji. Nie ma zacięcia do brylowania i gwiazdorskich wybryków. – Z mężem jesteśmy pustelnikami. Lubimy być ze sobą i dziećmi bez blasku fleszy – tłumaczy. Porzuciła Los Angeles dla Connecticut. Uwielbia też podkreślać, że jej prawdziwe życie jest tam, a nie na planie filmowym.

Wiadomo o nim tylko tyle, że pierwszą wielką miłość przyniósł jej Szekspir, – plenerowy spektakl „Miarka za miarkę” w Public Theater. Partnerujący jej na scenie John Cazale był już rozpoznawalny dzięki rolom w „Ojcu chrzestnym” i „Pieskim popołudniu”. Wysoki, chudy, ponury i starszy od Meryl o 14 lat sprawił, że zakochała się w nim na zabój. Raptem dwa lata później, podczas spaceru w Chinatown, Cazale zaczął pluć krwią. Okazało się, że to zaawansowany rak płuc. Streep zdążyła z nim zagrać w „Łowcy jeleni”; opiekowała się nim do ostatnich chwil z takim oddaniem, że Al Pacino do dziś wspomina to ze łzami w oczach.

Pół roku później kolega brata, od którego wynajmowała pokój, wrócił ze stypendium. Są razem od 38 lat, a Don Gummer twierdzi, że nigdy nie myśli o tym, iż jest mężem najlepszej aktorki naszych czasów. – Po tylu latach razem najczęściej rozmawiamy o tym, kto zmyje naczynia – wyjaśnia. Ona opowiada, że kiepsko gotuje, a największym jej osiągnięciem była szarlotka, którą upiekła za czasów narzeczeńskich. Rozumieją się, bo Don Gummer też jest artystą, znanym w USA rzeźbiarzem. Mają czworo dorosłych dzieci. Po urodzeniu każdego z nich Streep robiła przerwę w karierze, odrzucając każdą rolę, która nie pozwalała jej na spędzanie czasu z rodziną.

Jej macierzyństwo zakrawa na obsesję – uważa Karen Hollinger. Dopóki najmłodsza, Louise, nie skończyła 18 lat – robiła wszystko, by wieczorem być w domu, choćby to oznaczało codzienne podróże helikopterem. – Dzieci nie interesuje to, jaką postać gram. Dla nich ważne jest, żebym była wieczorem w domu i wiedziała, gdzie jest ich czysta bielizna – twierdziła. Kiedy zdjęcia do „Pożegnania z Afryką” i „Tańca ulotnych marzeń” się przedłużyły i dzieci musiały wrócić do szkoły, obawiała się, że „to ją zabije”. Wymusiła na Alanie Pakuli, żeby z jugosłowiańskiego planu „Wyboru Zofii” prywatny samolot zabrał ją do Nowego Jorku na wernisaż męża i z powrotem. A kiedy paparazzi sfotografował całą szóstkę po wyjściu z teatru, poturbowała go, próbując siłą wyrwać mu aparat. – W obronie prywatności walczę jak lwica – deklaruje. Skutecznie. Mimo tysięcy wywiadów wiemy o niej tylko tyle, ile sama powie. Zawsze ten sam głośny śmiech przerywany gromkim „Oh my God!” i anegdoty z planu mają wykreować jej ulubioną rolę – zwyczajnej babki, Meryl Streep.

 

Aktorka

Kiedy ktoś nazywa ją gwiazdą, wzrusza ramionami i przekonuje, że aktorstwo ma w DNA. – Nie analizuję swojej techniki. Po prostu gram. Zawsze mam problem, kiedy ktoś prosi mnie o poprowadzenie zajęć z aktorstwa. Moje rady brzmiałyby mniej więcej tak: „Uwierz w siebie, zaufaj intuicji”. Nie sądzę, żeby to mogło komuś pomóc – kryguje się. Ma jednak swoje patenty. Wyobraża sobie np., że zna jeden sekret swojej postaci, o którym nie mówi nikomu, wzoruje się na prawdziwych ludziach. Katorżniczo pracuje nad wejściem w rolę. – I właściwie nigdy z niej nie wychodzi – uważał Mike Nichols. – Jeśli ktoś ma ją kochać na ekranie, romansuje z nim po planie, jeśli ktoś ma jej nienawidzić, potrafi się o to postarać.

Aby była wiarygodna w „Wyborze Zofii”, Alan Pakula wywiózł ją do Jugosławii i zapewnił konsultanta – człowieka, który przeżył obóz koncentracyjny. To wystarczyło. – Nie trzeba jej reżyserować, wystarczy stworzyć otoczenie, z którym może wejść w interakcję – mawiał. Ona sama twierdzi, że aktorstwo jest dla niej jak zakochanie, malowanie portretu. W najlepszych momentach czuje, że udało jej się oddać czyjąś duszę, że lata. Jednak słynąca z ciętego języka recenzentka „New York Timesa” Pauline Kael uważała, że Streep gra wyłącznie mózgiem, nigdy ciałem. Nawet jej narzeczony John Cazale, choć cenił jej perfekcyjną grę, nazywał ją „rozkosznym robotem”. Może dlatego pierwsze próby wejścia w świat filmu nie były udane. Słynny producent Dino De Laurentiis uznał, że Streep jest za brzydka, by grać w „King Kongu”. Z „Julii”, w której partnerowała Jane Fondzie, wycięto większość scen z jej udziałem. Dopiero kiedy Robert De Niro zobaczył ją w roli Duniaszy w „Wiśniowym sadzie” i namówił Michaela Cimino, żeby zagrała dziewczynę, która pomaga się otrząsnąć z wojennego koszmaru przyjacielowi swojego narzeczonego w „Łowcy jeleni”, dostała swoją szansę. I skorzystała z niej.

Wkrótce potem jej rozpacz po śmierci narzeczonego poruszyła Dustina Hoffmana. Uparł się, że to świetny moment, by zagrała jego emocjonalnie rozchwianą żonę w „Sprawie Kramerów”, choć początkowo przewidziana była dla niej tylko drobna rola „jednonocnej przygody Teda Kramera”. Kiedy się okazało, że ma się wcielić w Joannę Kramer, Streep zażądała zmian w scenariuszu. Chciała obronić swoją bohaterkę i zmienić stereotypową „złą kobietę” w pełnokrwistą postać. Po to, by ją zrozumieć, godzinami podglądała, jak kobiety z Upper East Side godzą pracę z życiem rodzinnym.

– W 1979 roku nikt nie mówił o depresji, ale ta kobieta myślała o samobójstwie codziennie. Potrafiłam zrozumieć ten przymus rzucenia wszystkiego i odejścia nawet za cenę pozostawienia dziecka, po to by poczuć się lepiej. Nie była potworem! Kiedy to zrozumiałam, mogłam stanąć po jej stronie – opowiada.

Aby dostać rolę Polki w „Wyborze Zofii”, podobno wykradła scenariusz, a potem rzuciła się do stóp Alana Pakuli. Jej determinacja zrobiła na nim wrażenie, ale aż do rozpoczęcia zdjęć nie był przekonany, czy powierzył rolę właściwej aktorce. Po to, by rozwiać jego wątpliwości, Streep nauczyła się polskiego. Opanowała mówienie po polsku z angielskim akcentem i po niemiecku z polskim. Wzorowała postać Zofii na Elżbiecie Czyżewskiej. – Była zafascynowana Elą, tym, jak mówiła, jak nosiła trencz. Raz zobaczyłem Elżbietę na spacerze. Za nią szła Meryl i naśladowała jej gesty – wspomina aktor Jerome Dempsey. Wbrew opiniom Pauline Kael aktorka bardzo przeżyła ten film. Scenę, w której Zofia Zawistowska musi wybrać, które z jej dzieci przeżyje wojnę, a które trafi do Treblinki, była w stanie zagrać tylko raz, bez dubli. Tak bolało. I choć legendarna recenzentka nazwała film „irytująco złym”, to na Meryl Streep spadł grad pochwał. Mogła przebierać w rolach i robiła to, wybierając najgorzej z punktu widzenia kariery i najlepiej z perspektywy tego, kim naprawdę chciała być. Kobietą, której głos się liczy.

Antygwiazda

– Wielką zaletą aktorstwa jest to, że możesz dać głos postaciom, których nikt zazwyczaj nie słucha – twierdziła. Po pierwszych sukcesach zerwała z emploi rozedrganych emocjonalnie blondynek. W „Silkwood” tworzy postać Karen, która pracuje w reaktorze jądrowym, ma lesbijski romans z Cher i zamierza wywlec na światło dzienne fakty o szkodliwości promieniowania radioaktywnego. Zaraz po niej wciela się w niepokorną pisarkę Karen Blixen w „Pożegnaniu z Afryką” i Lindy Walker, dzieciobójczynię w „Krzyku w ciemności”. Chce dać widzom do myślenia, pokazać złożoność wyborów, których te postaci dokonują.

Jej złożone, ba, wstrząsające role przysporzyły jej mnóstwa sympatii widzów, sporo uznania krytyków i dużo mniej – producentów. – W roku, w którym skończyłam 40 lat, dostałam trzy propozycje zagrania czarownic – wspomina. – Aktorki tracą swą wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki. Aktorzy za to osiągają wtedy największy finansowy potencjał – dodaje. Jest wściekła i głośno o tym mówi. Ale media koncentrują się raczej na jej rzekomym romansie z Jackiem Nicholsonem podczas kręcenia „Zgagi”, a potem „Chwastów”, w których gra – odpowiednio – zdradzoną żonę i uzależnioną od alkoholu nauczycielkę muzyki.

Skoro nie może być już seksowna, to może będzie chociaż zabawna? Aby utrzymać się na fali, Streep z rodziną przeprowadza się do Los Angeles, którego nie znosi, z jego próżnością i czyhającymi paparazzi, którzy fotografują ją starzejącą się, zawsze gdy wyjdzie z domu bez makijażu. Gra głównie w komediach, od „Diablicy” po „Ze śmiercią jej do twarzy”. Widzowie nadal ją uwielbiają, ale krytycy wieszczą koniec kariery. Zadręcza się więc na planie „Pocztówek znad krawędzi”, że jest za stara i za brzydka do tej roli. Aby udowodnić sobie, że nadal świetnie sobie radzi i jest otwarta na „nowe”, zgadza się na rolę w filmie akcji. W „Dzikiej rzece” odmawia pracy z dublerką i każdą ewolucję na wodzie wykonuje sama. Ostatecznie po wypadku, w którym niemal utonęła na planie, podejmuje decyzję: koniec z Hollywood.

Po powrocie do Connecticut zakłada fundację Mothers and Others walczącą z pestycydami w pożywieniu. Wkłada ogrodniczki i roznosi ulotki. Jej wystąpienie w porannej telewizji nadaje sprawie rozgłos. W przemowie do absolwentek Vassar College w 1983 roku zachęca je do wzięcia spraw w swoje ręce i uświadamia, że „wszystko jest polityczne”.

W rzeczywistości buntuje się przeciwko stereotypom i walczy o sprawiedliwość. Ale na ekranie dopada ją wiek średni – role konwencjonalnych matron i nauczycielek, melodramatyczne i ckliwe. Kręcąc scenę pożegnania z Clintem Eastwoodem w „Co się wydarzyło w Madison County”, przez dwa dni nie przestaje płakać. Wes Craven wycina z „Koncertu na 50 serc” połowę scen, w których Streep szlocha, bojąc się, że publiczność nie zniesie takiej histeryczki. Pauline Kael nadaje jej złośliwy przydomek „specjalistka od czerwonych oczu”. W wywiadzie na temat „Jedynej prawdziwej rzeczy”, w której wciela się w chorą na raka osamotnioną matkę ambitnej córki robiącej karierę w Nowym Jorku, konstatuje: – Starsze kobiety przerażają niemal wszystkich w naszej kulturze: inne kobiety, młodych mężczyzn, nastolatków. Trudno trafić na pełnowymiarową historię, która przyciągnęłaby ludzi do kin.

Aktywistka

Maska oddanej żony i dobrotliwej mamuśki zaczyna ją uwierać, tak jak kiedyś krępowała wyuczona rola szkolnej gwiazdy milknącej, gdy chłopcy zaczynali mówić. Wcześniej angażowała się społecznie, gdy chodziło o dzieci, chorych, niepełnosprawnych, pokój na świecie i lasy tropikalne. Teraz walczy o równe szanse dla kobiet, domaga się edukacji dziewczynek na całym świecie i krzyczy: „Yes!”, gdy Patricia Arquette w swojej oscarowej mowie zarzuca producentom, że aktorkom płacą mniej niż aktorom.

– Mężczyźni adaptują się do zmian powoli – wyjaśniała w 2010 roku absolwentom Barnard College. – To, co jest normalne dla dzisiejszych chłopców, ich dziadków mogłoby przyprawić o zawał serca.

Do niedawna większość z nich za swoją ulubioną rolę Streep uważało postać Lindy z „Łowcy jeleni”, miłą dziewczynę czekającą na powrót z wojny swojego narzeczonego. Teraz dużo częściej wymieniają ostrą Mirandę Priestly z „Diabeł ubiera się u Prady”, ale to nie znaczy, że można osiąść na laurach. Streep robi użytek ze sławy, zabierając głos w kwestiach społecznych: podpisała apel przeciwko legalizacji seksbiznesu w USA, wystąpiła w filmiku „We the People” promującym globalne cele dla zrównoważonego rozwoju. Jest członkinią fundacji Chime for Change założonej przez Fridę Giannini (dyrektorkę kreatywną domu mody Gucci), która m.in. wspiera edukację dziewcząt w Pakistanie, płaci za opiekę medyczną dla uchodźców z Syrii i monitoruje handel ludźmi. Dwa lata temu przestrzegła także polskich posłów przed paniką wywołaną przez słowo „gender”, a za swoją idolkę uważa Malalę Yousafzai.

Sprząta również na własnym podwórku. Walta Disneya – twórcę cukierkowych księżniczek – nazwała antysemitą i mizoginem. Podważyła też bezstronność serwisu filmowego Rotten Tomatoes. – Sprawdziłam, ilu recenzentów, którzy oceniają filmy na „tomatometrze”, to kobiety. Było ich 168. Gdyby było też 168 mężczyzn, byłaby równowaga. Gdyby było ich 268, nie byłoby fair, ale też by mnie to nie zaskoczyło. Ale mężczyzn oceniających filmy jest tam 760!

Na szczęście hollywoodzki termin przydatności do użycia przestał dotyczyć Meryl Streep już dawno. Postaciom, które gra, daleko do typowych 60-latek. Kiedy za rolę Margaret Thatcher w „Żelaznej Damie” dostała kolejnego Oscara, całe wynagrodzenie przekazała Muzeum Historii Kobiet i zaapelowała do Kongresu o stworzenie dla niego siedziby. Zamiast anegdot o życiu rodzinnym w wywiadach opowiada o zapomnianej przez historię pierwszej kobiecie, która walczyła na froncie – Deborze Samson. – Miała 21 lat. Po wojnie zdjęła mundur, wyszła za mąż i urodziła czworo dzieci. Jest mnóstwo takich historii i uważam, że powinny być opowiadane – mówiła w programie Ellen DeGeneres.

Z tego samego powodu we współpracy z New York Woman in Film and Television oraz kolektywem IRIS ufundowała laboratorium scenariuszowe dla scenarzystek po czterdziestce. W tym roku powstanie osiem scenariuszy filmowych rozwijanych we współpracy z producentkami i reżyserkami.

Humanistka

Nic dziwnego, że kiedy odtwórczyni głównej roli w „Sufrażystce” Carey Mulligan nieśmiało zaproponowała, by to właśnie ona zagrała Emmeline Pankhurst, ideową przywódczynię XIX-wiecznych sufrażystek, zgodziła się bez wahania. Postać zbudowała na podstawie ośmiosekundowego filmu. Tyle zachowało się z wystąpień Pankhurst. – To wystarczy, biorąc pod uwagę, jak długo jestem na ekranie – żartuje Streep ze swojej czterominutowej roli. Zagrała ją nie ze względu na to, jaką jest aktorką, ale dlatego, że jest kobietą. – Dla mnie to bardzo aktualna historia. Pamiętam, jak moja babcia, matka trojga dzieci, była wściekła, kiedy się okazało, że nie może głosować. Nie, nie na prezydenta. W wyborach do rady szkoły – wspomina. – To niewiarygodne, kiedy pomyślimy, że raptem sto lat temu dziewczynki wychodziły za mąż w wieku lat 12. Po ślubie traciły nazwisko i wszystko, co posiadały – od szczotki do włosów po buty. Wszystko należało do męża, dzieci także. Nie mogły się rozwieść, nie mogły odejść.

W wielu miejscach świat wciąż tak wygląda – mówiła podczas konferencji „Women in the World” w Londynie. – Owszem, dziś połowa studentek prawa to kobiety, większość studentek medycyny to kobiety, robimy karierę w biznesie, ale nie możemy przestać walczyć. Kobiece sprawy to problem mężczyzn – podsumowała. Jednak kiedy razem z koleżankami z planu włożyły koszulki z napisem „I’d rather be a rebel than a slave”, zamiast spodziewanych oklasków usłyszały przypomnienie afroamerykańskich feministek, że czarnoskórzy Amerykanie zyskali równe prawa dopiero w 1965 roku. A na apel o przywrócenie w tekście konstytucji poprawki o równych prawach dla wszystkich ze względu na płeć (ERA), który Streep wysłała do wszystkich 535 kongresmenów, otrzymała zaledwie pięć odpowiedzi. Być może dlatego na pytanie, czy jest feministką, odpowiada: – Humanistką. Dążę do równowagi.

Meryl Streep – ur. w 1949 r. w USA. Jedna z najwybitniejszych aktorek współczesnego kina światowego. 19 razy nominowana do Oscara, posiadaczka trzech statuetek. Do Złotego Globu nominowana była 26 razy, siedem razy zwyciężyła. Na koncie ma ponad 50 filmów. Grała robotnice, arystokratki, kobiety interesu i zmęczone życiem matki, występowała w melodramatach i komediach. Zachwyca widzów i krytyków


#MerylStreep