Stres dobry i stres zły

Stres dobry i stres zły – to rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem o różnych typach stresu i na ile życie bez stresu jest w ogóle możliwe. 

 

Wojciech Eichelberger. W życiu mamy tyle stresu, na ile sobie pozwolimy

Stres dobry i stres złyWojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta, pisarz, twórca Instytutu Psychoimmunologii IPSI. W rozmowie z Anną Węgrzyn opowiada o różnych typach stresu i zastanawia się, na ile życie bez stresu jest w ogóle możliwe. 

Czy da się żyć bez stresu?

Oczywiście nie da się, a nawet nie jest to wskazane. Istotne są jednak proporcje między ilością stresu „zdrowego“ a „niezdrowego“. „Zdrowy“ stres jest zgodny z naszym programem fizjologicznym – to prawidłowa, biologiczna reakcja na realne zagrożenie, takie jak np. atak dzikiego zwierzęcia. Taki stres powoduje bardzo silną mobilizację, która po chwili, zgodnie z biologicznym prawem, powinna przejść w gwałtowną akcję: ucieczkę lub atak. W czasie takiej akcji organizm bardzo się zużywa, ale chwilę później zaczyna się równie mocno regenerować. „Dobry“ stres działa na nas jak peeling na skórę. „Zły“ stres – to stres przeżywany na siedząco, bez ruchu, gdy po fazie mobilizacji nie mamy możliwości uruchomienia akcji. Zamiast eksplozji energii doświadczamy wtedy implozji. Powstrzymujemy akcję, a w rezultacie wyzwolona już energia, zamiast napędzać walkę lub ucieczkę, uderza w nasz własny organizm.

Niestety, we współczesnym świecie panuje przyzwolenie na ten „zły“ stres, a nawet czasem bywamy do niego zachęcani. Wystarczy spojrzeć na ogłoszenia rekrutacyjne, w których „wysoka odporność na stres“ czy „umiejętność pracy pod presją czasu“ bywają wymieniane jako cenne atuty.

W niektórych branżach umiejętność pracy pod presją faktycznie jest koniecznością. Ale wtedy trzeba się tego uczyć na specjalistycznych warsztatach i treningach. Dział HR powinien organizować odpowiednie szkolenia, by tę wysoką odporność na stres załoga mogła zbudować. W IPSI zajmujemy się tego typu szkoleniami od 12 lat. Na naszych szkoleniach ludzie poznają podstawowe narzędzia, pomagające funkcjonować lepiej i mniejszym kosztem pod dużą presją. Zajmujemy się również inteligencją ciała, zarządzaniem własną energią życiową, inteligencją emocjonalną, zarządzaniem wartościami, a także treningiem  uważności i zaangażowania zwanym mindfulness.

Powiedziałabym, że to właśnie brak uważności jest często zapalnikiem stresu. Jeśli nie żyjemy tu i teraz, jeśli nie zauważamy tego, co jest, ale patrzymy na świat przez pryzmat własnych interpretacji – tak naprawdę tworzymy w swojej głowie historie, które często generują stres.

Tak, zniekształcony odbiór rzeczywistości skutkuje popełnianiem błędów. Zbyt często odbieramy rzeczywistość przez okulary niezweryfikowanych przekonań,  nierozpoznanych kompleksów czy nawykowych emocji. Zagrażająca, lękowa lub agresywna interpretacja rzeczywistości stale i nadmiarowo mobilizuje nasz organizm do walki lub ucieczki – generujemy tzw. auto-stres i komplikujemy sobie relacje z ludźmi.

Margaret Thatcher powiedziała kiedyś, że „90% rzeczy, o które się martwisz, nigdy się nie wydarzy“.

To bardzo trafna obserwacja. Ale jeśli będziemy  się martwić długo – to się wydarzą. Zadziała mechanizm samospełniającej się przepowiedni.

Czy odczuwanie stresu różni się w zależności od płci?

Badania nie dają na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi – część wskazuje na większą odporność mężczyzn, inne na większą odporność kobiet. Moim zdaniem kobiety lepiej radzą sobie ze skutkami stresu przeżywanego w bezruchu, ponieważ mają mniej zablokowaną ekspresję. W trudnych sytuacjach mają społeczne przyzwolenie na płacz, krzyk, łatwiej też im przychodzi wygadanie  się komuś. W ten sposób mogą odreagować nadmiar zmobilizowanej w stresie energii. Co więcej, kobiety znajdują więcej okazji do ruchu po powrocie do domu  ze stresującej pracy. To pomaga oczyszczać organizm z nadmiaru adrenaliny i cukru. Mężczyźni częściej niż kobiety trzymają wszystko w sobie – „biorą na klatę“, nie szukają wsparcia, nie wyrażają swoich emocji. Ma to długofalowe, negatywne konsekwencje dla zdrowia i wydolności. To zapewne jedna z najważniejszych przyczyn tego, że polskie kobiety żyją przeciętnie ok. 10 lat dłużej od mężczyzn. Natomiast w dramatycznych sytuacjach zagrażających życiu lub zdrowiu – takich jak pożar, powódź czy wojna – na ogół lepiej odnajdują się mężczyźni. W każdym razie stres jest wpisany w życie obu płci.

Skoro życie bez stresu jest niemożliwe, to czy w ogóle realny jest popularny ostatnio model bezstresowego wychowania dzieci?

Postulat wychowania bezstresowego nie zakłada całkowitego braku stresu.  Jedynie zwraca uwagę rodziców i wychowawców na to, by nie generować jego nadmiaru – nie przeciążać dzieci zbyt wysokimi wymaganiami, surowymi karami czy nadmiernym ograniczaniem dziecięcej ekspresji emocji i potrzeby ruchu. Niestety „wychowanie bezstresowe” bywa często traktowane przez rodziców i wychowawców  jako zachęta do zwolnienia się  z trudu podejmowania jakichkolwiek wychowawczych i edukacyjnych interwencji i nacisków. To bardzo wygodna i szkodliwa interpretacja, bo dzieci czują się wtedy niekochane, niezadbane i nieważne. Plonem takiego źle pojętego wychowania bezstresowego w Stanach Zjednoczonych była plaga samobójstw wśród nastolatków. Ale nadmierna presja wychowawcza i edukacyjna na dzieci przynosi podobnie dramatyczne skutki. Najbezpieczniejsza jest droga środka: 50% realistycznych wymagań i 50% miłości i radości.

Jakie czynniki generują nasz codzienny stres? 

Sami możemy wygenerować nawet 80% doświadczanej przez nas presji, poprzez  zbyt negatywną, zagrażającą interpretację rzeczywistości. Jeśli np. mamy przekonanie, że ktoś, kto jest nad nami w hierarchi zawodowej, będzie zawsze dążył do tego, by nas zdominować i wykorzystać, to nawet najlepszy szef nie ma szans wygrać z takim przekonaniem. Najwięcej auto-stresu i komplikacji w naszych stosunkach z otoczeniem generują nasze nastawienia, uprzedzenia i przekonania. Działają one jak filtr, który z całego bogactwa i różnorodności przejawów życia wyłapuje tylko to, co je potwierdza. Przykład: ciemną ulicą  idzie w napięciu człowiek, który od życia spodziewa się tylko złych rzeczy. Nagle potyka się o coś. Przyspiesza i z goryczą myśli: – No tak, jak zwykle życie rzuca mi tylko kłody pod nogi. Za nim, tą samą ulicą, idzie człowiek z pozytywnym nastawieniem do życia. Potyka się w tym samym miejscu. Ale on z ciekawością sprawdza, o co się potknął. Okazuje się, że na środku chodnika leży duża sztaba złota.

To, w jaki sposób o czymś myślimy, wpływa na rzeczywistość. Warto się zastanowić: idę do lekarza, bo chcę być zdrowa, czy idę do lekarza, bo boję się choroby?

Bardzo dobry przykład. Jeśli robię coś z lęku, to generuję auto-stres. A jeśli mam pozytywny obraz świata, swojej kondycji i możliwości, to idę do lekarza, by dodatkowo wspomagać swoje zdrowie. Dla ludzi, którzy cierpią na brak zaufania do własnej biologii, ciało staje się tajemniczą i nieobliczalną bestią, z którą nie chcą mieć kontaktu i oddają je w ręce specjalistów. W ten sposób sami generują swój problem. Bo odrzucone ciało z czasem zacznie chorować – jak odrzucone dziecko.

Rozwój stresu wspierają także ograniczenia społeczne – ciężko nam być sobą, mówimy innym ludziom to, co chcą usłyszeć, i przez to sami na siebie wywieramy presję.

Nie zawsze i nie ze wszystkimi można być całkowicie szczerym i otwartym – życie społeczne jest rodzajem gry, której reguły wymagają powstrzymywania się przed „waleniem prawdy prosto w oczy“, zawsze i wszędzie. Z drugiej strony trzeba mieć takie relacje z wybranymi ludźmi, w których na całkowitą szczerość można sobie pozwolić, by móc odkryć przed kimś to, co z konieczności albo rozsądku na co dzień powinno być zakryte. Jeśli takiego wsparcia brakuje, łatwo poczuć się samotnym i wykluczonym.

Co pojawia się wcześniej: samotność czy pracoholizm?

Często samotność i pracoholizm napędzają się nawzajem. Nie mam po co wracać do domu, bo nikt na mnie nie czeka, więc do późnych godzin zostaję w biurze i pracuję. A skoro tyle pracuję, to nie mam czasu na życie osobiste i spotykanie ludzi, więc jeszcze bardziej uciekam w pracę… Ale ten mechanizm może działać także w drugą stronę. Są ludzie, którzy mają fajne życie osobiste, a potem idą do stresującej pracy i uginają się pod narzuconą w niej presją. Zaczynają zostawać coraz dłużej, starają się pracować coraz lepiej – a im lepiej pracują, tym więcej spada na nich zadań. Ze względu na brak czasu zaniedbują swoje życie prywatne, które zaczyna się psuć, więc jeszcze dłużej zostają w pracy… Wreszcie nie mają wyjścia i praca staje się jedynym środowiskiem, w którym żyją. To bardzo niebezpieczna sytuacja życiowa, szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy zatrudnienie jest niepewne.

Co zrobić, żeby zatrzymać to błędne koło?

Stary przepis: dbać o work-life balance. Pamiętać, że w życiu musimy stać przynajmniej na dwóch nogach, a nie na jednej. A jeśli już koniecznie na jednej – to lepiej dbać o życie prywatne niż o zawodowe. Jeśli mamy dobre, wspierające relacje z ludźmi, to przeżyjemy nawet bez pracy– bliscy nie dadzą nam zginąć (śmiech). Co więcej, w sytuacji kryzysu, utraty pracy, udane życie prywatne staje się poduszką, która amortyzuje upadek i daje szansę na przetrwanie tego trudnego okresu.

Co powinno nas skłonić do tego, by w związku ze stresem zasięgnąć porady specjalisty?

Pierwszym objawem stresu są nieuzasadnione bóle fizyczne w różnych miejscach ciała – szczególnie kręgosłup, barki i stawy. Jeśli w ciągu dnia nie wykonujemy specjalnego wysiłku, a wszystko nas boli, to świadczy o utrzymującym się w organizmie stałym napięciu mięśniowym, które przestaliśmy już nawet rejestrować. Drugim objawem są zaburzenia oddychania: płytki oddech, tendencja do wzdychania, poczucie, że nie możemy nabrać powietrza. Równolegle albo w kolejnej fazie pojawiają się zaburzenia snu: nie możemy zasnąć albo budzimy się w środku nocy. Jeśli doświadczamy tych objawów, to sygnał, że pora skonsultować się ze specjalistą.

Jako psychoterapeuta z ogromnym doświadczeniem, wie pan, że obecny stan wiedzy społeczeństwa na temat psychoterapii nie jest jeszcze na takiem poziomie, aby iść bez stresu do specjalisty. Mam wrażenie, że mimo licznych artykułów i kampanii społecznych „odczarowujących“ psychoterapię, wielu ludziom wciąż kojarzy się ona ze wstydem, upokorzeniem i poczuciem, że to „tylko dla wariatów“.

Obserwuję korzystną zmianę. Coraz większej liczbie ludzi (zwłaszcza ze średnim i wyższym wykształceniem) psychoterapia przestaje kojarzyć się ze stygmatyzacją. Rozumieją, że to nie żadne upokorzenie, raczej ciężka praca dla odważnych. Psychoterapia jest tak naprawdę okazją do tego, by przeprowadzić uporządkowaną refleksję nad sobą i  historią swego życia, a to przydałoby się przecież każdemu z nas. Oczywiście na terapię najczęściej trafiają ludzie, którzy cierpią – bo niestety tylko cierpienie potrafi nas skłonić do dodatkowych starań i wydatków. Rownolegle coraz częściej w gabinetach terapeutów pojawiają się też ludzie, którzy chcą się rozwijać,  poszukujący poprawy jakości życia wewnętrznego, relacji z ludźmi i ze światem. Promocji psychoterapii sprzyja także coraz bardziej popularny coaching, który korzysta z wielu technik z obszaru psychoterapii. Jestem więc dobrej myśli.

Rozmawiała Anna Węgrzyn
http://zmianywzyciu.pl/artykul/wojciech-eichelberger-w-zyciu-mamy-tyle-stresu-na-ile-sobie-pozwolimy-542


#stres