Sukces, czy szczęście

„Sukces, czy szczęście” to znakomity wywiad Anity Czupryn w Polska The Times z psychologiem Wojciechem Eichelbergerem o tym, jak należy się obchodzić z sukcesem

 

Sukces czy szczęścieMoim zdaniem największym bólem szeroko pojętej zachodniej cywilizacji jest to, że sukces jest równoznaczny ze szczęściem.

To daleko idące nieporozumienie, nad którym większość ludzi nawet się nie zastanawia, tylko pędzi dalej w wyścigu szczurów, nie zważając na to, że prawdziwe życie i prawdziwe szczęście umyka im gdzieś obok.

Zatem odniesiony w ten sposób sukces stoi najczęściej w całkowitym przeciwieństwie do szczęścia.

Mówię to wszystko z pozycji twórcy – reżysera teatralnego, dla którego każda następna premiera powinna być sukcesem, a więc, co za tym idzie szczęściem, lub porażką, a więc nieszczęściem.

Dla mnie natomiast to sam proces twórczy, próby, są szczęściem, a premiera i jej sukces lub porażka, są li jedynie nieuchronnym skutkiem ubocznym, bo jeżeli nie byłoby w planach premiery, a więc zwieńczenia, nie byłoby sensu w ogóle zaczynać próby – byłby to tylko jałowy onanizm twórczy.

Szczęściem jest móc uprawiać zawód, który jest moją pasją, moim hobby i moją misją, i to jest prawdziwy sukces – cała reszta w formie nagród, pieniędzy, dobrych recenzji etc – jest tylko miłym skutkiem ubocznym uczciwie wykonanej pracy.

Więcej o tym o tym, jak należy się obchodzić z sukcesem, aby nie zbłądzić dowiecie się ze znakomitego wywiadu Anity Czupryn.

Polecam!

 

Anita Czupryn
Jak unieść sukces? My, Polacy, mamy z tym kłopot

Data dodania: 2015-10-04

Sukces nie może polegać na tym, że już sobie wszystko kupiliśmy i byliśmy na wakacjach w najlepszych miejscach na świecie – psycholog Wojciech Eichelberger o tym, jak należy się obchodzić z sukcesem, aby nie zbłądzić

Na świecie znani artyści, aktorzy, twórcy, biznesmeni, którzy osiągnęli wielki finansowy sukces, wpadają w pułapki życia. Alkoholizm, narkotyki, depresja, niektórzy decydują się na krok ostateczny – samobójstwo. Rodzimym ludziom sukcesu udaje się tego uniknąć?

Nie widzę powodów, dla których Polacy mieliby się w tej sprawie czymś różnić na korzyść. Raczej wiele wskazuje na to, że w Polsce ludzie, którzy osiągnęli duży sukces, częściej niż ludzie z krajów, w których kapitalizm trwa od stuleci, źle sobie radzą z wielkim sukcesem. Jakby się jeszcze nie nauczyli z sukcesem obchodzić.

No właśnie, jak się należy obchodzić?

Ostrożnie, uważnie, spokojnie – jak z drogocennym przedmiotem.

U nas brakuje tej tradycji. W krajach o dłuższej od naszej tradycji obchodzenia się dużymi pieniędzmi i z popularnością jest to częścią kultury, a w bogatych rodzinach umiejętnością przekazywaną z ojca na syna czy z matki na córkę. Znany jest algorytm postępowania w takich sytuacjach. A w Polsce kapitalizm mamy dopiero od lat 25 lat – to zaledwie jedno pokolenie doświadczeń.

26 właściwie.

Jeden rok niewiele w tej sprawie zmienia. Nadal jedno pokolenie. Dlatego gotów się jestem założyć, że gdyby ktoś takie statystyki prowadził, toby się okazało, że w Polsce w proporcji do ogólnej liczby odniesionych sukcesów kłopoty z jego uniesieniem i zarządzaniem nim ma większy odsetek doświadczonych sukcesem niż to ma miejsce w Europie czy USA.

W PRL nie było ludzi sukcesu?

W PRL byli ludzie sukcesu związani głównie z rozrywką i sztuką. Piosenkarze, muzycy, wybitni artyści i pisarze. Jednak ze względu na żelazną kurtynę oddzielającą PRL od reszty świata, niewielu z nich odniosło sukces międzynarodowy. Nie były to więc oszałamiające sukcesy finansowe i wizerunkowe. Miały czasami znaczącą skalę, ale jedynie lokalną – polską. Prócz żelaznej kurtyny również nieliczący się wówczas w świecie polski złoty nie pozwalał przenieść sukcesu poza Polskę i konkurować z innymi sukcesami w normalnym świecie. Tak więc szansa na prawdziwy polski sukces pojawiła się dopiero po 1989 r., czyli od czasu przemian ustrojowych.

Violetta Villas w USA była wielką gwiazdą, ale trudno powiedzieć, że w Polsce odniosła spektakularny sukces.

Nie znam dokładnie jej historii, nie miałem okazji z panią Villas rozmawiać, ale wygląda na to, że to był przykład braku umiejętności emocjonalnego i finansowego zarządzania wyjątkowym w owym czasie sukcesem, bo wykraczającym poza granice kraju. Pewnie z tego powodu trudniej było ten sukces unieść. Brakowało doświadczenia w poruszaniu się po agresywnych zachodnich rynkach sceny, estrady i rozrywki. Gdyby sukces pani Villas pozostał w granicach Polski, tak jak sukcesy innych świetnych artystów owego czasu, to pewnie nie byłoby problemu.

Jerzy Skolimowski odniósł w Hollywood oszałamiający sukces, zdobył sławę, pieniądze, ale wrócił do Polski, kupił stuletnią chałupę i osiadł na Mazurach. Nadal kręci filmy, które zdobywają międzynarodowe nagrody.

bardzo dobrze zrobił! Widać, że dobrze zarządził swoim sukcesem, że go uniósł, nie pogubił się, odnalazł właściwą skalę i standard życia, który mu najbardziej odpowiadał. Ale rozmawiamy już dłuższy czas o sukcesie i dotąd nie powiedzieliśmy, jak definiujemy sukces. Powszechnie za sukces uznaje się zdobycie, zarobienie dużej ilości pieniędzy. To zdecydowanie zbyt wąska definicja sukcesu. Przecież przynajmniej raz na tydzień ktoś w Polsce odnosi ogromny sukces finansowy, wygrywając kilka milionów w lotto. Z badań nad losami tych ludzi wynika jednak, że dla większości z nich zdobycie takich pieniędzy powoduje życiową katastrofę. Popadają w chaotyczną, nadmiarową konsumpcję, wykorzeniają się ze swego społecznego środowiska, zmieniają miejsce zamieszkania, przyjmują styl życia klasy ludzi bogatych, ale nie potrafią się w tym otoczeniu poruszać i są przez nie odrzucani. Cierpią na kompleks uzurpatora. W rezultacie pozostają sami, tyją przy zastawionym suto stole, otoczeni luksusowymi przedmiotami, popadają w lenistwo i choroby. Na dodatek kłótnie i napięcia związane z podziałem i sposobem inwestowania pieniędzy niszczą więzy rodzinne. Z takich obserwacji i doświadczeń wzięło się zapewne powiedzenie – lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.

Jest też inne – że pieniądze szczęścia nie dają.

To swoją drogą. Pieniądze nie mogą dać szczęścia, bo same w sobie szczęściem nie są. Ale jeśli się nimi mądrze zarządza i potrafi się ich mądrze używać, by zmniejszać obszary cierpienia na świecie, to może się okazać, że dadzą nam szczęście. A przynajmniej ogromną satysfakcję.

Spotkałam kiedyś dwóch milionerów z Ameryki. Polaków. Jeden wygrał w amerykańskim lotto 14 milionów dolarów. Był nieufny, jakby się bał, że ktoś mu te pieniądze zabierze, że go oszuka. Drugi do milionów doszedł sam – ciężką pracą. Mówił, że nawet gdyby stracił wszystko, to potrafiłby te miliony odzyskać. Bo wie, jak to się robi.

Oczywiście że tak. Ten pierwszy cierpiał na kompleks uzurpatora. Dostał coś wielkiego, na co nie zasłużył. Więc boi się, że to straci. Natomiast stopniowemu i związanemu z własnym wysiłkiem dochodzeniu do dużych pieniędzy towarzyszy nabywanie doświadczenia w zarządzaniu nimi i poczucie sukcesu zasłużonego. Mamy wówczas uzasadnione poczucie, że pieniądze są naprawdę nasze, wypracowane – ani znalezione, ani ukradzione. Ale nawet z pieniędzmi znalezionymi, wygranymi można sobie dobrze poradzić, jeśli się je szanuje i pamięta się o tym, że pieniądze nie czynią nas lepszymi i mądrzejszymi ludźmi, że raczej grozi nam to, że uczynią nas ludźmi gorszymi, że nam pycha i woda sodowa uderzą do głowy. Więc trzeba uchwycić właściwą i wygodną dla siebie skalę, pozostać w swoim środowisku, ewentualnie powoli i uważnie budować nowe, oparte na emocjonalnych więziach i zaufaniu – a nie na podobieństwach sum na bankowych kontach, marek samochodów czy wyposażenia domu. W przeciwnym razie wylądujemy w środowisku ludzi z kompleksem uzurpatora, a uzurpatorzy to albo skąpcy, albo utracjusze.

Czytaj więcej:
http://www.polskatimes.pl/artykul/8966517,jak-uniesc-sukces-my-polacy-mamy-z-tym-klopot,id,t.html


#sukces