Teatr oczami Morawskiego

W obliczu bezpardonowej nagonki na dyrektora Teatru Polskiego, Cezarego Morawskiego uważam, że bardzo ważne jest przedstawienie jego spojrzenia na teatr.

teatr oczami morawskiegoW szczególności, że mówi on otwarcie o tym, co od lat było tajemnicą poliszynela w branży teatralnej; że Mieszkowski programowo zadłużał teatr (np. scenografia do jednego spektaklu, która miała kosztować 1,5 miliona złotych, jest totalnym kuriozum w Polsce), że Mieszkowskiego wielokrotnie próbowano już odwołać, ale za każdym razem nieskutecznie (słynna jest jego manipulacja akcją pt. „Teatr nie jest produktem”, w którą dało się wmanewrować mnóstwo ludzi, a która służyła wyłącznie temu, żeby uratować jego cztery litery na dyrektorskim stołku), że o teatrze było głośno wyłącznie za sprawą samego Mieszkowskiego, który ma wielki dar manipulacji, że ten niby tak wspaniały artystycznie teatr, cierpiał na notoryczny brak frekwencji na ogłoszonych przez Mieszkowskiego arcydziełach i co najważniejsze, że to teatr służył Mieszkowskiemu, a nie odwrotnie.

Dodałbym jeszcze od siebie, że rzekoma wielkość Teatru Polskiego we Wrocławiu jest niczym innym, niż wykreowanym mitem, który stworzono za pomocą zamkniętego obiegu festiwalowego, w którym jego uczestnicy wzajemnie się zapraszali na organizowane przez siebie festiwale i wzajemnie się nagradzali, oraz kilku opiniotwórczych pseudokrytyków ze „spółdzielni teatralnej” którzy wychwalali totalne porażki artystyczne i dosłownie owijali gówno w błyszczący papierek, twierdząc, że to cukierek.

Nie wiem jakim dyrektorem okaże się Pan Morawski, ale wiem na pewno, że gorszego dyrektora niż Mieszkowski nie być nie może i dziękuję Bogu, że jego era dobiegła w tym teatrze już końca.

Amen


Cezary Morawski: Gram o dobry teatr

– Jestem przekonany, że gdyby Teatr Polski we Wrocławiu dalej prowadził Krzysztof Mieszkowski, ta instytucja wydawałaby właśnie ostatnie tchnienie – z Cezarym Morawskim, dyrektorem Teatru Polskiego we Wrocławiu, rozmawia Przemysław Skrzydelski.

Przemysław Skrzydelski: Właściwie każdego dnia media przekazują jakieś wieści z Teatru Polskiego, a minęły już ponad dwa miesiące od przejęcia przez pana obowiązków jako dyrektora. Nie ma pan dość?

Cezary Morawski: Wiele osób myślało, że będę miał dość. W tym kierunku szły różne wpisy na portalach społecznościowych, w ten sposób była też prowadzona narracja w mediach przeciwnych powołaniu nowego dyrektora (niekoniecznie chodziło o moje nazwisko). Mógłbym mieć dość, ale myślę, że to, co i jak się wydarzyło, wzmacnia mnie, każe myśleć racjonalnie i krok po kroku usprawniać pracę w teatrze.

Krzysztof Mieszkowski w żaden sposób nie przekazał teatru? Nie było żadnego spotkania?

– Nie próbował się nawet ze mną skontaktować.

Obserwując pana, można stwierdzić, że jest pan mimo wszystko zdeterminowany. Warto to ciągnąć ?Dlaczego?

– Nie zgadzam się, żeby przy użyciu nagonki i pomówień ktoś decydował o mojej drodze zawodowej. W ten sposób można byłoby się pozbyć każdego, kto nie podoba się jakiejś, odpowiednio głośno krzyczącej grupie. Gdybym teraz zrezygnował, nie byłoby osoby, która mogłaby to pociągnąć, w momencie gdy teatr jest w wielu aspektach organizowany od podstaw. Teatr mógłby zostać czasowo zamknięty, doszłoby do zakończenia pracy zespołu. Nie robi się takich rzeczy w środku sezonu.

Mieszkowski był uważany za świetnego dyrektora, a teatr za wzorowy przykład na skałę europejską

– Myli się pan. Kilka razy próbowano go odwoływać za złe gospodarowanie finansami publicznymi i za złą organizację teatru jako całej struktury.

Dbał o to, by o teatrze było głośno.

– Głośno było rzeczywiście – nie tylko ze względu na repertuar. Ale przeczytam fragment pewnej wypowiedzi: „Chcemy wyrazić swój sprzeciw w związku z próbami zdyskredytowania pracy naszego teatru i planami odwołania dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego ze stanowiska. Po raz kolejny w sposób arbitralny [] podejmuje się decyzje dotyczące naszej przyszłości. Dobrze pamiętamy ten okres pomiędzy odwołaniem poprzedniego dyrektora a momentem powołania nowego, tę łapankę na dyrektora []”. Który to rok? 2007. To deklaracja, która niemal pokrywa się z ostatnimi postulatami przywrócenia Mieszkowskiego. Była zresztą taka sytuacja, że Mieszkowski przez trzy tygodnie nie był dyrektorem, a później znów się pojawił.

To się zawsze udawało – zapewne myślano, że uda się i tym razem. Panuje przekonanie, że gdyby Mieszkowski skorzystał z porozumienia zawartego w Ministerstwie Kultury za czasów minister Małgorzaty Omilanowskiej, pewnie nadal byłby w teatrze jako zastępca dyrektora ds. artystycznych. Nie skorzystał z tej możliwości.

Mieszkowski przekonuje, że od samego początku jego dyrekcji, czyli od 2006 r., teatr miał dług strukturalny. Jak to wygląda od wewnątrz?

– Nie uważam, by to był dług strukturalny. Działalność kulturalną trzeba prowadzić zgodnie z ustawą o finansach publicznych. Mając plany artystyczne, zanim uruchomi się produkcję, należy przyjrzeć się budżetowi i zastanowić, czy dane przedstawienie można wystawić. Przytoczę tutaj jako przykład planowany na listopad tego roku „Proces” wg Kafki, który od strony realizacyjnej miał być bardzo drogi.

Kosmiczne liczby padały w tej sprawie.

– W droższej wersji sama scenografia miała kosztować prawie 1,5 mln zł, a w uboższej – „tylko” 1,1 mln. Przy dotacji z MKiDN można się przymierzyć do takiego spektaklu i tak zaplanować jeden, dwa sezony, by takie widowisko mogło powstać. Jak to możliwe, że planuje się przedstawienie, którego koszty mogłyby pokryć całe zadłużenie? Jak to możliwe, że planuje się taki spektakl, w momencie gdy na bieżące płatności czerpie się pieniądze z funduszu socjalnego?

Dług narastał przez cały czas poprzedniej dyrekcji. Był taki moment trzy lata temu, gdy byłemu wicedyrektorowi udało się zniwelować zobowiązanie do kilkudziesięciu tysięcy, po czym niemal natychmiast dyrektor Mieszkowski swoimi decyzjami spowodował ponowną zapaść finansową.

„Proces” w reżyserii Krystiana Lupy już nigdy nie powstanie?

– Żałuję, że nie powstanie, ale nie jest to moja decyzja.

Były w tej sprawie jakieś rozmowy?

– Od początku sezonu trwa wymiana pism, ale nie ma szansy, by „Proces” wrócił. Zresztą pamiętajmy o sprawie podstawowej: Krystian Lupa już w lutym tego roku zapowiedział, że odejdzie z Teatru Polskiego, jeśli Krzysztof Mieszkowski nie pozostanie na stanowisku dyrektora. Pisała o tym m.in. „Gazeta Wyborcza” właśnie wtedy. Zatem decyzja z końca sierpnia 2016 r. o przerwaniu prób do „Procesu” była po prostu realizacją tamtej, wcześniejszej deklaracji.

A ci twórcy, którzy współpracowali z Mieszkowskim, wrócą?

– Część reżyserów sama zrezygnowała, fotografując się z kartką: „Nie będę reżyserował w Polskim”, z niektórymi osobiście rozmawiałem. Niektórzy się radykalizowali, inni nie podchodzili tak kategorycznie do swoich wcześniejszych deklaracji. Są osoby, z którymi można rozmawiać, i ja to robię. Mamy już plany kilku spektakli na sezon 2017/2018. Ostracyzm i hejt, jakie się pojawiły, niektórych reżyserów odstraszyły. Inni czekają, aż sytuacja się uspokoi, by można było pracować, a nie przepychać się w sprawach pseudopolitycznych.

Z czego się bierze ten hejt? Wyśmiewano pana, że przygotował pan dla teatru program patriotyczny.

– Tak to zostało nazwane – po to by dezawuować mój program. A to była pewnego rodzaju propozycja, a nie twarda deklaracja, której nie można zmienić ani o centymetr. Jeśli jest rocznica Karola Wojtyły, to nie chodzi o to, by koniecznie wystawiać sztukę Wojtyły, ale można pozwolić sobie na dyskusję o światopoglądzie i tematach, które są z tym związane.

Inne tytuły, jakie pan zaproponował, to rodzaj wezwania: róbmy wielką literaturę. Co więcej, zapowiadani autorzy, których sztuki mają być pokazane w Polskim w przyszłym roku, to zestaw, który mógłby chętnie reżyserować np. Krystian Lupa: to Frisch, Turrini. Nie dochodzi pod tym względem do radykalnej zmiany.

– Radykalnych zmian nie przewidywałem. Chodziło mi jednak o poszerzenie oferty repertuarowej. O teatr wielkiej literatury i dramatu, teatr konstrukcji, a nie dekonstrukcji. Teatr spójnej struktury, a nie tylko zlepek scen, dla których dramat jest tylko pretekstem do użycia tytułu.

Niektórzy twierdzą, że ostatnio wytworzyła się w Teatrze Polskim atmosfera suspensu albo i thrillera. Pojawiają się informacje, że chce pan zakładać podsłuchy, a nawet podgląda pan aktorkę za kulisami, gdy ta przygotowuje się do nagiej sceny w spektaklu, zresztą w osławionej „Śmierci i dziewczynie” w reżyserii Eweliny Marciniak

– Artykuły z takimi newsami z pewnością znajdą czytelników szukających sensacji, ale nie mają nic wspólnego z prawdą… „Śmierć i dziewczyna” to był jeden z pierwszych spektakli, jakie oglądałem z perspektywy widowni, tutaj, na macierzystej scenie. Jako dyrektora interesuje mnie, jak przebiega praca za kulisami. Patrzyłem, jak to się odbywa w Polskim, bo każdy teatr ma swoją specyfikę. Usiadłem na wolnym krześle niedaleko pulpitu inspicjenta. I nagle zjechała winda, otworzyły się drzwi i wyszedł z niej charakteryzator. W tym momencie do charakteryzatora podeszła aktorka – gdy to zauważyłem, odszedłem. Pewnie z punktu widzenia aktorki tych kilkanaście sekund wystarczyło, by podejrzewać, że ją podglądam. To zupełny absurd.

A informacje o podsłuchach – nie wiem, czemu mają służyć.

„Jestem dyrektorem, mogę wszystko”. Może to zdanie wszystko wyjaśnia?

– To słowa wyjęte z kontekstu, choć dyrektor w teatrze rzeczywiście może wszystko, bo odpowiada za wszystko. Zaczęło się od tego, że przed spektaklem „Onych” Witkacego zauważyłem trzy osoby, które kilka dni wcześniej po spektaklu, stając przed sceną, pozwoliły sobie na wygłoszenie swoistego manifestu niesłużącego teatrowi. Te osoby były na parterze – podszedłem do nich i zapytałem, czy dziś też mają zamiar przeprowadzić podobną akcję Zapytałem, czy mają bilety, odpowiedziały mi, że to rola biletera, i tutaj użyłem stwierdzenia: „Jestem dyrektorem, mogę wszystko, nawet sprawdzać bilety”. To wszystko na ten temat.

Niektórzy nawet użyli stwierdzenia, że posługuje się pan”katolicką nienawiścią”. Może w tej całej aferze i semantycznych pomyłkach chodzi o to, że Teatr Polski był po prostu bastionem myślenia lewicowego? Że to wojna kulturowo-ideologiczna, a pan znalazł się w jej środku?

– Coś w tym jest. Mieszkowski był „nasz”, a Morawski nie jest. W ostatnim wywiadzie w „Wyborczej” pani Ewa Skibińska mówi, że wojna o Teatr Polski to wojna polityczna. Ja powiedziałbym raczej, że ideologiczna, bo na tej scenie większość spektakli była od strony ideologicznej wąsko ukierunkowana. Mam wrażenie, że chwilami – niezależnie od formy teatralnej – struktura wypowiedzi była bardzo jednoformatowa. Mnie chodzi o to, byśmy otworzyli się na publiczność o różnorodnych poglądach.

Tak, ale pan z kolei teraz jest postrzegany jako uzależniony od bieżących konstelacji politycznych.

– Nie chcę wchodzić w politykę, bo się na niej nie znam i czuję się z tym dobrze. Nie ogranicza mnie przynależność do żadnej partii.

Poradzi pan sobie z problemem aktorów odchodzących teraz z Polskiego?

– Plany o odejściu z Polskiego większość z tych aktorów miała długo przed tym, zanim zostałem dyrektorem. Donosiły o tym media. Inni aktorzy mają z kolei plany, aby zaangażować się do Polskiego, więc sądzę, że sobie poradzę.

Ale ostatnio zdjął pan z afisza siedem spektakli.

– Te spektakle były wpisane w repertuar, ale rzadko eksploatowane. W kwietniu 2016 r. – i mam na to dokumenty – specjaliści działu marketingu, działu technicznego i koordynacji pracy artystycznej przystąpili do dyskusji nad zdjęciem tych tytułów z afisza. Przedstawili swoje opinie, z których wynikało, że należy zdjąć z repertuaru kilkanaście pozycji.

Mieszkowski chciał je zdjąć?

– Takie były dyskusje – które spektakle zdjąć w związku z pojawiającymi się nowymi tytułami. Propozycji do usunięcia było bodajże jedenaście. Teraz, po przeanalizowaniu, kiedy były grane, jaka była frekwencja i jaka jest możliwość wznowienia tych przedstawień, podjąłem decyzję, aby siedem z nich zostało zdjętych.

W każdym razie osławionej rok temu przez aktorów porno „Śmierci i dziewczyny”pan nie zdejmuje

– Przedstawienie zostaje w repertuarze, a sprawa sprzed roku miała wyraźny kontekst polityczny. W pewnym momencie to teatr służył Mieszkowskiemu, a nie Mieszkowski teatrowi. Część zespołu została wmanipulowana w te działania, a Mieszkowski zbijał w ten sposób kapitał polityczny.

Mieszkowski poświęcił Teatr Polski dla własnej kariery politycznej?

Jeśli patrzeć na skutki, to na pewno tak.

Mówi się o tym, że w przyszłości ma ambicje powalczyć o tekę ministra kultury.

Jestem skłonny wierzyć, że ma takie ambicje.

Jakie są pana plany, co może być zaskoczeniem?

– Zaskoczeniem niezwykle pozytywnym byłaby racjonalna postawa zespołu aktorskiego. Chciałbym wyprowadzić ten okręt na spokojniejsze wody i pracować w lepszej atmosferze, ale na razie nic nie zapowiada końca tych bezpardonowych ataków, których celem jestem ja i moi współpracownicy. Nauczyłem się już działać mimo tych napaści.

Trzeba wziąć pod uwagę, że teraz mamy zawirowania w pracy teatru, który od wielu lat funkcjonował w skandalizującej atmosferze i sytuacji niemal ostatecznej katastrofy finansowej. Jestem absolutnie przekonany, że gdyby ten teatr dalej prowadził Krzysztof Mieszkowski, to ta instytucja byłaby w gorszej sytuacji niż w tej chwili. Teatr wydawałby właśnie ostatnie tchnienie.

Jeszcze jedna rzecz jest ważna – mit, że spektakle, które wyjeżdżają za granicę, zarabiają wielkie pieniądze. Teatr z tych pieniędzy musi opłacić diety, przewóz scenografii, z tych pieniędzy płaci się tantiemy dla autorów i honoraria aktorskie. W 2015 r. z występów zagranicznych Teatru Polskiego w kasie zostało na koniec 65 tys. zł zysku. Jeśli ktoś mówi, że wyjazdy „Wycinki” Lupy przyniosły 2 mln zysku, to mija się z prawdą.

Dlaczego Mieszkowski nie wykreował żadnego następcy, który zapewniłby funkcjonowanie teatru wedle jego wizji?

– To zadziwiające – mądry dyrektor zapewnia kontynuację swoich koncepcji (tak postępowali wielcy twórcy w dziejach polskich scen). Mieszkowski tego nie zrobił. Nie rozumiem dlaczego. Poza absolutnymi geniuszami teatr zawsze karze egoistów.