Teatr prywatny ma sens

 

Czy tworzenie prywatnego, off­owego teatru ma sens?

Teatr prywatny ma sens„Często prezentuję sztuki, które mi się osobiście nie podobają, ale uważam, że jeśli coś jest zrobione w sposób nietuzinkowy to warto to pokazać” – z panem Grzegorzem Kempinskym, Dyrektorem Artystycznym Teatru Żelaznego w Katowicach rozmawia Janusz Muzyczyszyn.

JM: Kim pan jest z zawodu?

GK:Jestem reżyserem, zdecydowanie. Mimo tego, że mam kilka zawodów pokrewnych, bo przecież i tłumaczę, robię scenografie, opracowuję teksty, piszę scenariusze, to jednak mój główny obszar zainteresowań i główny sposób wyrazu to reżyseria.

JM: Jest pan niejako ojcem – współtwórcą Teatru Żelaznego…

GK: No nie, ojcem i twórcą jest Piotrek [Piotr Wiśniewski ­ JM]. Teatr Żelazny powstał cztery lata temu, Piotr go – że tak powiem – własnoręcznie zbudował. Ja doszedłem półtora roku temu i być może jest to tak, że od tego momentu o naszym teatrze zrobiło się trochę głośniej za pomocą pewnych wydarzeń, które miały miejsce. On jest twórcą, ja teraz ten teatr współtworzę. Myśmy się z Piotrem podzielili rolami; śmiejemy się, że on jest odpowiedzialny za hardware a ja za software. Dlatego on jest dyrektorem naczelnym, a ja artystycznym. Zdecydowanie, Teatr Żelazny to jest jego dziecko.

JM: Stworzyliście teatr gdzieś tam na obrzeżu Katowic, poza centrum, mały, można nawet złośliwie powiedzieć – niszowy. Co was skłoniło do tego, żeby ten teatr prowadzić, rozwijać?

GK: Ja nie mogę oczywiście odpowiedzieć za Piotra, odpowiem w swoim imieniu. Przez dziesięć lat byłem na etacie w Teatrze Śląskim, funkcjonuję w teatrach publicznych finansowanych z publicznych pieniędzy – i tam też reżyseruję. Ale byłem i jestem potwornie zmęczony tym co się – głównie w teatrach publicznych – dzieje, czyli niekompetencją ludzi na dyrektorskich stanowiskach, marnotrawieniem pieniędzy publicznych i niedoprecyzowaniem czym tak naprawdę teatr publiczny powinien być. W związku z tym mamy teraz taką dziwną hybrydę, że wiele teatrów publicznych funkcjonuje udając teatry komercyjne, a z kolei teatry komercyjne udają teatry publiczne. Bo przecież (nie będę tu wymieniał nazw, choć pewnie wszyscy wiedzą jakie przykłady można by tu przytoczyć), jest takich kilka stołecznych teatrów, które uważają się za teatry prywatne a tak naprawdę czerpią cały czas z publicznej kasy. Ja byłem potwornie zmęczony całą tą częścią teatru publicznego oraz pewną frakcyjnością, układowością i kolesiostwem w naszej branży, które powodowało to, że te zwalczające siebie frakcje – mafie, które funkcjonują na tym rynku i promują siebie wzajemnie, niekoniecznie zwracają uwagę na jakość wytworzonych przez siebie „produktów”. Byłem więc tym zdrożony i chciałem się od tego odciąć. W tej chwili funkcjonuję kompletnie poza tamtym obiegiem i jest to znakomite poczucie wolności, które w związku z tym otrzymuję.

JM: Ale czy prowadzenie takiego małego teatru jest łatwym zadaniem? Z czym macie największe problemy?

GK: Oczywiście, że nie jest to łatwe. A największym problemem, jak zawsze jest kasa. Jest to teatr prywatny i my nie bierzemy żadnych publicznych pieniędzy, więc utrzymanie go jest po prostu kwestią biznesową. A ponieważ i Piotr i ja jesteśmy w jakimś tam stopniu idealistami, to nie chcemy robić czystej „komerchy”, czyli spektakli typu „hop­siup i piórko w d…”, niskich lotów, dla tuszu – no to wiadomo, że jest to bardzo trudne zadanie. Zadanie, z którym się człowiek mierzy codziennie, na każdym etapie tego przedsięwzięcia. Polega to na wyborach artystycznych, potem na marketingu. Na tym czy ważniejsze jest by zainstalować dmuchawę do ogrzania sali, czy też załatać dziurę w dachu, itp., itd.

JM: Czy macie swoją stałą ekipę wykonawców, aktorów, czy też dobieracie ich do poszczególnych przedsięwzięć?

GK: Nie stać nas na utrzymanie teatru ze stałym zespołem. Przeczyłoby to zresztą tej idei teatru prywatnego w sensie nie marnotrawienia środków. My nie chcemy utrzymywać na etacie ludzi, którzy, być może, nieraz znajdą u nas zatrudnienie; takie jest moim zdaniem zadanie teatru publicznego, natomiast niekoniecznie teatru prywatnego. Jest Piotr, jestem ja – to jest trzon teatru. Każdy z nas wykonuje pewnie po piętnaście etatów; każdy to na czym się zna – a do konkretnych zadań po prostu wynajmowani są artyści.

JM: A na jakiej zasadzie dobieracie repertuar i właśnie wykonawców?

GK: Pomysł ogólny jest taki: żeby udowodnić przede wszystkim sobie – bo nie znaczy to, że mamy cokolwiek do udowodnienia innym, choć przy okazji tak też się dzieje – że jeżeli sztuka jest dobra i dobrze zrobiona, to nie musi być to koniecznie farsa, żeby dobrze się sprzedawała. My próbujemy robić rzeczy „ambitne” – dobrą sztukę, wysoką sztukę, która równocześnie trafiałaby do szerokich mas. Więc czujemy się bardzo misyjni w tym co robimy i do tej pory tak to się też odbywało. Unikamy tekstów płytkich, banalnych, łatwych. Nie chodzi nam o przypodobanie się szerokim masom, nie robimy też ekstremalnych eksperymentów dla grupki pseudo ­recenzentów, tylko próbujemy robić tak zwany (wiele osób mówi, że to nie istnieje, choć ja uważam, że jak najbardziej istnieje, powinno istnieć i jest bardzo ważne) teatr środka – czyli dobry teatr dla szerokiej widowni. I to jest nasz główny pomysł. Jeśli chodzi o dobór artystów, to za każdym razem jest inaczej, natomiast nie ukrywam, że ja próbuję – nazwijmy to wykorzystać mój status zawodowy, żeby pozyskać najlepszych twórców. Często jest tak, że aktor z pierwszych stron gazet, spragniony dobrej sztuki, grający tylko i wyłącznie w serialach, widzi w naszym teatrze i we mnie jako reżyserze pewną rękojmię, że to może się powieść. I wskakuje w taki układ w tym małym teatrzyku na końcu świata.

JM: Nawiązując do doboru wykonawców – czy można powiedzieć, że to wy odkryliście dla teatru Edytę Herbuś?

GK: No, zdecydowanie tak! Myślę, że nie ma żadnej wątpliwości, że tak właśnie jest. Ona oczywiście grała i w Teatrze Wielkim, występowała też w Teatrze Ochota – ale to nie były role dramatyczne. Tutaj [mowa o przedstawieniu „Diwa” – JM] przez ponad godzinę ona stoi na scenie obok jednej z najlepszych, jeśli nie najlepszej, aktorki swojego pokolenia, Małgosi Bogdańskiej i w niczym jej nie ulega. To zdecydowanie jest nasze – moje odkrycie. Jestem z tego powodu bardzo dumny.

JM: Z tego co słyszałem i czytałem to „Diwa” odniosła sukces w wielu teatrach w Polsce.

GK: Tak, taki to też jest pomysł, żeby dać dobrą sztukę szerokim masom, w związku z czym my jeździmy z „Diwą” po całej Polsce. Byliśmy w Warszawie, Poznaniu,w Mińsku Mazowieckim, w Kielcach. Nie wymienię wszystkich miejsc, w których byliśmy ani wszystkich, do których jeszcze będziemy jechać. Niewątpliwie „Diwa” to sztuka, która święci sukcesy w całej Polsce i to jest oczywiście dla nas ogromnie ważne. Mamy już też podpisaną umowę ze Szwajcarią i jesteśmy w trakcie rozmów aby pojechać z „Diwą” do Stanów Zjednoczonych.

JM: Będziecie tam grali po polsku?

GK: Tak, oczywiście.

JM: I tu pojawia się kolejne pytanie: co na to wasza konkurencja?

GK: (Szeroki uśmiech) Pewnie nie jest im wesoło, że taki mały teatrzyk na końcu świata może święcić takie triumfy.

JM: Czy to znaczy, że macie już gdzieś w zanadrzu kolejne, młode talenty?

GK: Naturalnie! Ale nie mogę tego zdradzić.

JM: A kiedy je zobaczymy?

GK: No, mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie się pojawią na deskach Żelaznego. Bylibyśmy idiotami, gdybyśmy nie próbowali przekuć tego sukcesu w coś jeszcze bardziej konkretnego, czyli w następny sukces. Jeżeli okazuje się, że nasz „mały teatr na końcu świata” może odnosić takie sukcesy w kraju i zagranicą, no to trzeba na tej podstawie budować następne dobre rzeczy.

JM: Czy to znaczy, że obaj z Piotrem Wiśniewskim jesteście zadowoleni z efektu swojej pracy, z tego do czego doszliście?

GK: Odpowiem tak: jeśli chodzi o sprawy reżyserskie, to chyba nigdy w życiu nie byłem bardziej zadowolony niż w sześćdziesięciu procentach z któregokolwiek spektaklu, który zrobiłem. Zawsze jest to pewnego rodzaju kompromis, bo jest to żywa materia. W zależności od dnia, godziny, „układu gwiazd”, aury czy formy w danym dniu – spektakl jest grany tak, jak jest grany. Nie udało mi się chyba nigdy jeszcze uzyskać stu procent tego, co sobie zamierzałem – ale to bardzo dobrze, że jest pewien niedosyt, że cały czas ktoś chce więcej. To tyle, jeśli chodzi o sprawy reżyserskie. Jeśli chodzi o sprawy teatralne, to na pewno z jednej strony jesteśmy zadowoleni, że jest to tak ogromny sukces, a z drugiej strony – nie jesteśmy zadowoleni, bo nie jesteśmy jeszcze do końca w miejscu, w którym chcielibyśmy być; bo na co dzień musimy walczyć o przetrwanie naszego teatru: żeby funkcjonował jak najlepiej, w co mamy zainwestować następne pieniądze, co jest najbardziej ważne. Teraz już kończy się zima, więc być może nie jest to już ogrzewanie a załatanie tej dziury w dachu albo wykafelkowanie łazienek, itd. Więc na pewno nie osiedliśmy na laurach. Natomiast mam też poczucie, że może już jesteśmy w tym miejscu, gdzie chcielibyśmy być, bo robimy to co chcemy, no i chodzimy z tym – jak się to mówiło – „kagankiem oświaty”; mamy poczucie, że spełniamy tę misję i to jest dla nas bardzo ważne.

JM: Nie boicie się panowie zarzutu, że do waszego teatru chodzą ciągle ci sami ludzie i że jest to taki wąski krąg „towarzystwa wzajemnej adoracji”?

GK: Nie, nie boimy się tego. Na pewno jest trzon naszego teatru, do którego pan zresztą też należy, często bywając w naszym teatrze, ale my byśmy nie utrzymali tego teatru bazując tylko na tej naszej „rodzinie teatralnej”. My gramy repertuarowo – w każdy piątek, sobotę i niedzielę. To się samo wyklucza kiedy mamy sto miejsc na widowni. Żeby zapełnić ten teatr, żeby się to opłacało, to wy byście musieli chodzić po paręnaście razy na każdy spektakl, a to się nie da. My za każdym razem mamy nowych widzów w naszym teatrze. I to jest fantastyczne, że trafiamy do coraz to szerszej widowni. Do nas zaczynają przyjeżdżać ludzie z Krakowa, z Opola, z Wrocławia, ostatnio mieliśmy widzów z Częstochowy, więc fama naszego teatru rozchodzi się. Tylko, że to nie jest łatwa robota, bo mając tak niski budżet, jaki my mamy – w zasadzie zerowy – docieranie do nowych widzów jest naszym największym kłopotem. Jeżeli się nie ma ogromnych funduszy na marketing, jak mają te teatry publiczne, to jest bardzo trudno „dotknąć” nowego widza.

JM: Od jakiegoś czasu prowadzicie też spektakle dla dzieci. Właściwie dlaczego?

GK: Zostawmy na boku kwestię przychodów, bo nie są one zbyt wysokie. Wydaje mi się, że przede wszystkim – pomijając fakt, że wychowuje się w ten sposób swojego przyszłego widza; nie tylko nam ale w ogóle teatrom – jeżeli w jakiś sposób się zaprzyjaźnimy z teatrem będąc dzieckiem, to łatwiej później tam pójść będąc w wieku dorosłym. Ale teatr dla nas nie jest ukierunkowany wertykalnie, tak jak jest to w większości placówek w Polsce. To nie ma polegać na tym, że dyrektor ma siedzieć w zaciszu swojego gabinetu i liczyć słupki frekwencyjne.

JM: Jaka więc powinna być dzisiaj rola teatru?

GK: Mówiliśmy przed wywiadem o społeczeństwie obywatelskim – naszym zdaniem rola teatru we współczesne  Polsce powinna być horyzontalna, ma on być taką horyzontalną komórką społeczną a co za tym idzie, że my nie tylko będziemy dawać przedstawienia, na które będą ludzie przychodzić i … wychodzić. Trzeba dać ludziom coś więcej, czyli te wszystkie działania około­teatralne, czy to polegające na tym, że my robimy wspólną wigilię, czy że robimy właśnie te popołudnia w niedzielę dla dzieci – gdzie nie tylko wystawiane są bajki ale są także gry i zabawy rozwijające ich wyobraźnię, czy wreszcie to, że za chwilę będziemy mieli gotową kawiarnię, gdzie będzie można siedzieć i dyskutować – i to jest ferment twórczy. Czyli dać widzom nie tylko „produkt”, ale dawać im cały czas narzędzia, które będą powodowały, ze widzowie będą wiedzieli co z tym „produktem” zrobić. My często, w przypadku takiego przedstawienia jak „Ciało obce”, zostajemy po spektaklu. Częścią spektaklu jest rozmowa z widownią. Żeby nie zostawić widza z tym klopsem na kolanie – czyli samego z trudnym tematem – tylko pokazać mu, że można temat ująć z tej strony, że można go rozumieć w ten sposób, że ktoś go rozumie inaczej. I nawet siedząc i słuchając, krystalizując sobie co inni ludzie o tym myślą, nie trzeba być czynnym uczestnikiem dyskusji – ale słuchając innych opinii sam sobie w swojej głowie układasz jakby inny scenariusz niż ten, z którym zostałeś po zapadnięciu kurtyny. Takie więc dawanie widzowi narzędzi, które by mogły pomóc mu w „rozgryzaniu” szeroko pojętej sztuki, obchodzeniu się z tą sztuką, jest moim zdaniem esencjonalne dla teatru. Sprawa nie polega na tym, że teatr ma się stać domem kultury, w teatrze zawsze najważniejsze ma być to co dzieje się na scenie – natomiast wokół tego można robić wiele różnych rzeczy. Powiem więcej – myśmy próbowali uruchomić nasz klub filmowy; na razie jeszcze się to nie rozkręciło, podejrzewam, że z przyczyn pogodowych. Ale do tego tematu wrócimy. Chcemy „zainwestować” także w tak zwany Uniwersytet Trzeciego Wieku a więc w ludzi, którzy są w jakimś sensie wyrzuceni już ze społeczeństwa, którymi społeczeństwo już w ogóle się nie interesuje, którzy są przemieleni i niech sobie gdzieś tam „zdychają” w swoich klitkach. Społeczeństwo jest dla nas o wiele bardziej wielobarwne niż tylko cyferki w kolumnie „ZAROBIŁ” lub „STRACIŁ”. I dlatego to robimy. Bo oto przychodzą do nas dzieciaki, a z dzieciakami wiadomo przyjdą też rodzice. Następnym razem przyjdą rodzice sami, bez dzieciaków. Albo przyjdą ze znajomymi, itd., itd. Teatr musi być żywy, musi prowadzić dialog ze swoim widzem, prowadzić ten dialog przed spektaklem, w trakcie i po spektaklu. Te nasze działania są różnorakie. Myśmy ostatnio mieli grilla w teatrze, mieliśmy wigilię na rzecz zwierząt.

JM: Tak, to była wspaniała impreza. Chylę czoła.

GK: W bilansie nam się to wcale nie zwraca. Wiadomo, że w liczbach na takiej imprezie jak ta wigilia to my na tym tracimy. Natomiast wartość dodana, która jest wokół tego nie da się przeliczyć na pieniądze. Wiemy, że to, z czym się wychodzi w takiej sytuacji, nie da się przeliczyć na złotówki. My tak właśnie do tego podchodzimy. Jesteśmy bandą głupich zapaleńców, którzy inwestują w to swój czas, swoje pieniądze, swoje umiejętności, bo wydaje nam się, że teatr jest ważny.

JM: Wspomniał pan o takiej szczególnej roli, którą według was powinien spełniać teatr. Ja zauważyłem, że „Diwa” dla mnie, zresztą dla wielu ludzi też, może być i jest czymś w rodzaju sesji psychoterapeutycznej.

GK: Niewątpliwie. Jest tu poruszenie tak ważnych sfer życia prywatnego, że wielu, wielu widzów widzi tam siebie.

JM: Siebie albo w roli starszej bohaterki albo siebie w roli tej młodszej?

GK: Ależ oczywiście, sprawa „walki pokoleń” nie jest rzeczą nową, a poruszana jest w tym spektaklu w sposób bardzo fajny i dogłębny. Ostatnio mieliśmy widza – kobietę w wieku około 50 lat, która z nami rozmawiała po spektaklu. Powiedziała: „No, znajomy mi mówił, że to miała być komedia, a ja się popłakałam. Jest to wspaniały spektakl.”. Często jest tak, że ludzie płaczą u nas na widowni. Wydaje mi się, że taki właśnie powinien być teatr, że najgorszy to taki teatr „letnio­majtkowy”, kiedy ani cię ziębi ani cię grzeje, kiedy wychodząc z teatru natychmiast zapominasz na czym byłeś. Natomiast w momencie, kiedy dotyka on w jakiś sposób twojej świadomości lub podświadomości, kiedy cię bulwersuje, kiedy cię w jakiś sposób porusza, zmusza do płaczu, do śmiechu, czy do refleksji – to taki powinien być teatr. I teatr od tego jest, bo teatr jest lustrem, w którym przegląda się świat. A my, robiąc teatr, musimy wiedzieć o tym, że jesteśmy w pewien sposób demiurgami, którzy grzebią w ludzkiej podświadomości. I nie wolno sobie tego robić ot tak, dla kilku złotych albo dla samego „funu”. Są teatry, które to robią – ja nie chcę tego w żaden sposób wartościować, bo to też jest potrzebne; różnorodność jest bardzo ważna w naszym świecie. Natomiast my walczymy o to, co jest naszym zdaniem ważne i ważniejsze i oby takich miejsc było jak najwięcej.

JM: Wiem, że współpracujecie z innymi teatrami i że wymieniacie się spektaklami. Czy to jest dobry pomysł? Czy macie z tego jakieś pożytki?

GK: No na pewno tak, bo po pierwsze – pożytki są przede wszystkim dla widzów; bo prezentujemy gamę, która normalnie nie byłaby dla nich dostępna. Takim flagowym okrętem jest tutaj to, co się wcześniej nazywało „Lato w Malarni” a teraz jest „Latem most­off”. Pan dyrektor Talarczyk [dyrektor Teatru Śląskiego ­ JM] stwierdził, że ta formuła „Lato w Malarni” się wypaliła. Ja uważałem, że jest zupełnie inaczej, w tej samej chwili przeniosłem ten projekt do Żelaznego i natychmiast wszedł w to Teatr Rozrywki w Chorzowie – bo też uważali, że to jest dobra metoda i potencjał. No i jeżeli ktokolwiek był ostatniego lata w naszym Żelaznym to wie, że się ta formuła nie wypaliła, bo mieliśmy cały czas pełne widownie, a o to przecież chodzi. W Chorzowie też cały czas były komplety i to na sztuki, które niekoniecznie muszą być łatwe i przyjemne. Ja generalnie dbam o to, żeby i nasz repertuar i ten, który my pokazujemy, był repertuarem wysokich lotów. To wcale nie oznacza, że on musi mi się podobać. Ja często prezentuję sztuki, które mi się osobiście nie podobają, ale uważam, że jeśli coś jest zrobione w sposób nietuzinkowy to warto to pokazać. Ja na przykład osobiście nie trawię Witkacego – nie mam z nim żadnych pozytywnych „relacji”, nie rozumiem go i wcale się tego nie wstydzę, bo nie muszę. Natomiast jeśli widzę spektakl Witkacego, który jest ciekawie zrobiony, to uważam, że każdy z widzów powinien mieć szansę taki spektakl zobaczyć. Więc to nie polega na tym, że wszystkie spektakle, które prezentujemy muszą mi się koniecznie podobać. Uważam, że ta szeroka gama jest bardzo ważna i bardzo często zaniedbywana w teatrach instytucjonalnych. Z drugiej strony – rynek teatralny na Śląsku jest dość ograniczony, w związku z tym są to często zespoły spoza Śląska, więc one w żaden sposób nie odbierają żadnego widza ani nam ani innym teatrom – bo to nie jest konkurowanie ze sobą, tylko włączenie do naszego repertuaru dodatkowej opcji. Mamy też taką formułę sceny otwartej, gdzie często pokazujemy też teatry niezawodowe. Mówi się „teatry amatorskie” – nie, to są teatry pasjonatów. Często to co widzimy na scenach instytucjonalnych jest, brzydko mówiąc, amatorszczyzną, natomiast ci ludzie – tworzący z pasją i dla których teatr jest też pasją, są też moim zdaniem bardzo ważnym elementem. My to też próbujemy pokazywać.

JM: Czy można w takim razie powiedzieć, że wy w Żelaznym wychodzicie na swoje, czy też śladem państwowych teatrów „żebrzecie” o dotacje?

GK: Nie, nie, my nie żebrzemy o żadne dotacje. Mamy kilka osób, które nas wspierają swoją pracą, czasami jakimiś materiałami, rzadko żywą gotówką. To strasznie trudno jest obliczyć, bo jeżeli byśmy obliczyli całościowo ile Piotr wydał z własnej kieszeni, żeby doprowadzić budynek stacji PKP ­Piotrowice do takiego stanu, w jakim jest on w tej chwili, a z drugiej strony ile zarobiliśmy dotychczas na spektaklach, które wystawiamy – to na pewno jeszcze jesteśmy na minusie. Natomiast, tego nie da się zbilansować na razie, no bo takie rzeczy jak ogrzewanie to są sprawy, które się amortyzują w ciągu wielu lat a nie po jednym przedstawieniu. Więc to bardzo trudno obliczyć, wydaje mi się, że aby Piotrowi jego inwestycja zaczęła się zwracać to musi upłynąć jeszcze kawałek czasu. Natomiast jesteśmy już blisko momentu kiedy będziemy „na bieżąco” mieli i pełną płynność finansową i zarabiali na to.

JM: Udało wam się już może pozyskać budynek teatru na własność, czy też go jeszcze dzierżawicie?

GK: To jest szalenie skomplikowana sprawa. Niestety nie jesteśmy właścicielami budynku, chociaż bardzo o to zabiegamy. Problem polega na tym, że jest to budynek, który znajduje się na międzytorzu. PKP bardzo by chciała nam ten budynek przekazać ale nie może, bo takie są przepisy prawne. Żeby to mogło trafić do nas, PKP musiałyby najpierw przekazać to miastu a miasto mogłoby potem ten budynek nam oddać. Ale takiej woli w mieście nie ma. My mamy oczywiście długoterminową umowę podpisana z PKP ale wiadomo, ze czuli byśmy się o wiele lepiej gdyby to było nasze.

JM: Biorąc pod uwagę wasze dotychczasowe doświadczenia – czy tworzenie takich małych teatrów w takich różnych dziwnych miejscach ma sens?

GK: Na pewno ma sens. Ja myślę, że generalnie to jest przyszłość teatru w Polsce, że rola teatru instytucjonalnego – taka jaką ona jest w tej chwili – się wypala, jeśli już się nie wypaliła. Świadczą zresztą o tym brutalne liczby. W zeszłym roku zostało zrobione badanie – nie pamiętam kto je robił – z którego wynika, że tylko 2% ludzi chodzi do teatru. Ja mam dane sprzed dekady z podobnego badania, mówiące, że tych osób było 3%. To znaczy, ze teatr stracił jedną trzecią swojej widowni. Wiem czemu się tak dzieje – rola teatru instytucjonalnego, taka jak to dziś wygląda, wypaliła się. Zresztą my to widzimy na co dzień, bo ludzie przychodzą do nas i mówią, że przychodzą tu bo dla nich nie ma już repertuaru w „normalnych” teatrach. Tak zwanych „normalnych”. Latem w trakcie „Most­off” co druga osoba przychodziła i mówiła, że „jak dobrze, że wy jesteście, bo ja nie mam już czego oglądać tutaj na Śląsku”. Więc to jest chyba odpowiedź na postawione pytanie. Z drugiej strony, jeśli chodzi o organizację to my jesteśmy wyjątkiem, bo nie tylko potrafimy spektakl wyprodukować ale go później eksploatować. Dużo teatrów off­owych ma znakomite umiejętności, żeby spektakl wyprodukować – czyli ten system grantów, który tu funkcjonuje. Składają wnioski o grant, dostają go, wyprodukują spektakl i….. kompletnie nie wiedzą potem co z tym zrobić. Nie potrafią tego eksploatować, żeby na spektakl przychodzili ludzie. Moim zdaniem jest to formuła, która się kompletnie mija z celem – my funkcjonujemy zupełnie inaczej, my tych grantów raczej nie szukamy. Próbujemy robić tak, żeby nie tylko umieć wyprodukować dany spektakl ale żeby przede wszystkim on funkcjonował. Jeśli prześledzić nasz repertuar to widać, że my gramy repertuarowo – jak teatr instytucjonalny – i to prawie po podobnych cenach. I jeżeli przychodzą do nas ludzie – no, teraz to mamy już łazienkę, a jeszcze rok temu nie mieliśmy – i mieliśmy cały czas pełną widownię gdy nie było ogrzewania, gdy nie było łazienki i ludzie chodzili „w krzaczki”, to coś ich jednak do nas przyciągało. Nasz teatr prowadzimy tak, by funkcjonował on w sposób ciągły. Znam na przykład teatry off­owe, które nie grały zimą, bo stwierdziły, że im się to nie opłaca. My tak nie robimy – my gramy co tydzień.

JM: No i ostatnie pytanie – zetknął się pan zapewne nie jeden raz ze skargami, szczególnie ze strony młodych aktorów, że nie mają etatu, chcieliby grać a nie mają gdzie i nie mają co ze sobą zrobić. Co by im pan poradził?

GK: Julia Chojnacka miała takie piękne powiedzenie: A jest tyle innych pięknych zawodów na „A”. „A fryzjer” – na przykład. Oczywiście mówię to trochę prześmiewczo ale moje doświadczenie jest takie, że jeżeli ktoś chce – rzeczywiście chce – to w naszym kraju jest tak duża ilość możliwości żeby robić to, co się chce. Aktor, który nie gra przestaje być aktorem – nawet jeżeli jest na etacie w instytucjonalnym teatrze. Natomiast aktor off­owy, który raz, dwa czy trzy razy na tydzień wchodzi na scenę, jest aktorem. Więc teraz to od nich zależy jaką drogę obiorą. Ja wszystkim generalnie aktorom czy adeptom aktorstwa odradzam ten zawód, bo to jest zawód, który jest cholernie niewdzięczny. Bo jako aktor jesteś zawsze zależny od czegoś, a to od kaprysu reżysera, a to od kaprysu dyrektora czy od kaprysu żony dyrektora, itd. Więc to nie jest wdzięczny zawód, natomiast jeżeli ktoś mimo wszystko decyduje się na ten krok – no to musi to brać z dobrodziejstwem inwentarza.

JM: Bardzo dziękuję panu za interesującą rozmowę.

Janusz Muzyczyszyn
29 lutego 2016


#teatr

Leave a Reply