Teatr tonącej łajby

Dziś znowu zadzwonił do mnie jeden z pracowników mojego ulubionego teatru i narzekał jak strasznie się pracuje na tej tonącej łajbie odkąd nastała nowa dyrekcja.

 

tonącejObiecałem sobie, że nie będę już o tym pisał, ale ponieważ co chwila dzwoni mój telefon w sprawach podobnej treści od ludzi, którzy w odróżnieniu ode mnie muszą znosić nowatorskie pomysły nowej dyrekcji (czytaj brak jakiegokolwiek planu, oprócz tego wizerunkowego, którego głównym zadaniem jest, jak to wyraził ów pracownik, żeby wstawić swoją twarz w logo teatru) postanowiłem jednak w skrócie opisać tę rozmowę.

Sprowadzała się ona zasadniczo do tego, że w teatrze owym wszystko sprowadza się do prowadzenia teatru według zasady „jakoś to będzie”, „byle jakoś się toczyło” i „kapitan tonącej łajby, brzytwy się chwyta”

Wszyscy pracownicy są już na skraju wytrzymałości, bo obowiązków im cały czas przybywa, a ich pensja, ani drgnie.

Poza tym nie ma żadnej nadrzędnej idei, dla której warto by było się poświęcać, bo wszyscy w teatrze mają pełne poczucie, że szanownie oświecona dyrekcja, choruje na potworną chorobę zwaną zazdrością, co powoduje, że zaprasza tylko gorszych od siebie reżyserów, a ponieważ owa dyrekcja reżyserem jest tylko samozwańczym i cały jej sukces polega na wszelakich rodzaju spiskach, intrygach i knowań koniukturalno-politycznych, więc i artystycznie teatr ten przeżywa zapaść, jakiej dawno w nim nie było.

Wszystkie idee nowej bystrej dyrekcji sprowadzają się do kręcenia własnych lodów, albo wyskakują z kapelusza i mają być gotowe na wczoraj, co powoduje, że załoga tego zdemoralizowanego okrętu nie jest w stanie wykrzesać z siebie żadnego zapału i nie widzi żadnego sensu swojej pracy.

Owszem, pod naciskiem zespołu, owa lotna dyrekcja poprzepraszała się z dużą częścią repertuaru poprzedniej dyrekcji i chwytając się brzytwy na tej tonącej jednostce finansowanej z publicznych, czyli naszych pieniędzy, zaprosiła jedną z najmodniejszych (co wcale nie znaczy dobrych) postaci polskiej reżyserii w niestety słusznej nadziei, że autochtony ulegną naciskowi krytyki związanej ze „spółdzielnią teatralną” i jej amatorski spektakl zrobi furorę wśród lokalnych recenzentów.

(Jak już pisałem mogę się założyć o skrzynkę wódki, że to to dostanie złotą maskę za to coś, co ma tylko jeden cel – mianowicie uratować wytworny tyłek tej kształconej w samouwielbieniu dyrekcji, a do tajemnic poliszynela w świecie teatralnym są klasyczne już słowa tej światłej dyrekcji, która powiedziała po premierze owego wydarzenia jakiego ponoć w regionie wcześniej nie było, że „nie zrozumiała ani słowa, ale że to będzie sukces”)

tonącejAle równocześnie ci biedni niskoopłacani załoganci są zmuszeni patrzeć jak przenikliwa myśl dyrekcyjna w obliczu coraz to większych kłopotów finansowych teatru wybija co rusz następną dziurę w tej już tonącej jednostce i zatrudnia (sic !), tak ZATRUDNIA (SIC !) co raz to nowych kolesiów, koleżanki, kochanków i kochanki za wynagrodzenia wielokrotnie przewyższające wynagrodzenia starej załogi w nadziei, że nowa kadra zwana powszechnie dworem rozświetlonej dyrekcji uratuje go przed wywiezieniem jego błyskotliwej tylnej części ciała na przysłowiowych taczkach.

Sam daleko jestem od tego teatru i mógłbym w ogóle mieć to w głębokim poważaniu, ale znam prawie wszystkich ludzi tam pracujących i wiem, jak wspaniałe jest to grono i jak wiele można by z nimi było zrobić, jeśli tylko miałoby się jakiś prawdziwy program artystyczny, a nie tylko znajomości u żłoba.

I tak po ludzku strasznie mi tych ludzi żal i nie rozumiem, jak nasza świetlista władza może tolerować, że taki pomysłowy Dobromir, którego jedynym atutem są jego koneksje, rozmontowuje tak wspaniały teatr pod względem finansowym, artystycznym, frekwencyjnym i moralnym.

Bo załoga tej tonącej łajby nie ma niestety wyboru, musi utrzymać dom i rodzinę, ale nasza władza wybór ma.

Amen

 

Tonący brzytwy się chwyta

Tonący chwyta się brzytwy

______________________________________________________________________
#teatr