Top Dogs – komunia pracy

„Top Dogs – komunia pracy” to przedruk recenzji Aleksandry Frontczak pt. „Praca. Praca. Koniec pracy?!, którą dostałem z biura festiwalowego Teatru Nowego w Zabrzu

 

top dogs komuniaTop Dogs, pomimo tego, że jest okrutnie śmieszny, nie należy jednak do tekstów łatwych, lekkich i przyjemnych.

Szczególnie pierwsza scena w Top Dogs, jest bardziej teatrem tańca, niż klasycznym przekazem scenicznym. Jest to swoista podróż w głąb krajobrazów wewnętrznych bohaterów i penetruje ona najgłębsze zakamarki ich duszy.

Odsłaniając rąbka tajemnicy, była ona dla mnie swoistym mechanizmem spustowym do ułożenia całego spektaklu. Kiedy ją ustawiłem, wiedziałem już jakim będziemy się w tym spektaklu posługiwać teatralnym językiem w całych Top Dogs.

Tym bardziej cieszy fakt, że została ona tak znakomicie zanalizowana.

 

 

Praca. Praca. Koniec pracy?!

 

Swoistej redefinicji ulega znana benedyktyńska dewiza ora et labora tuż po obejrzeniu spektaklu Top dogs w reżyserii Grzegorza Kempinsky’iego. Podskórnie wyczuwa się, że więcej będzie pracy. Znacznie. Modlitwy? – mniej. Na pewno tyle, ile zmieścić się może w napiętym już do granic możliwości grafiku rekina biznesu, wdrapującego się właśnie na wierzchołek swojej kariery.

 

Pierwsze wrażenie – tak je charakteryzuję. Nie zdążyło się ono jednak zupełnie ugruntować. Przy komunii dźwięków nie pasujących do siebie pozornie, odmiennych z pewnością, a imitujących miejski zgiełk, wkracza na scenę mężczyzna z kartonem w ręku, lekko stąpa w miejscu. A obok kobieta. Ruchy jej już znacznie bardziej i nerwowe chaotyczne niż jego. Po chwili wszyscy aktorzy pojawiający się na scenie, wykonują szereg dziwnych ruchów kończynami. Z ust co chwila padają słowa: liczby miesięcy, dni, tygodni. Nikt na siebie nie patrzy, nikt nic nie komentuje – trwa dialog między panem z kartonem w rękach, a panią głaszczącą się wymownie po piersiach, udach, brzuchu. Rozmowie tej akompaniują wypowiadane co chwila liczby. Jednocześnie jednak wszyscy znajdujący się na scenie trwają w milczącej zmowie.

 

Kapitalna scena. Zdezorientowany widz początkowo kompletnie nie wie, o co chodzi, co jest grane, co oni robią? Nawet wzrok nie może skupić się na jednej chociażby pląsającej postaci. Prześlizguje się tylko z osoby na osobę. Coś nas omija, a objąć nie da się wszystkiego. W tym pomieszaniu z poplątaniem, które będzie różnie objawiać się w ciągu trwania sztuki, stateczne i niezmienne będą już tylko ustawione jako element scenografii drabinki (choć i one atakowane będą niejednokrotnie przez zwolnionych z pracy biznesmenów). Jest jeszcze jedno spoiwo całości: wszyscy przychodzący na Konferencję z croissantem z hukiem upadli, osiągnąwszy chwilę wcześniej szczyt swojej kariery. Labora, labora, labora – zaczyna się chaos. Zwrotnica pozornie nie do przestawienia, zmieniła swoje położenie.

 

Widmer nie stroni od sztuk „użytkowych”, jednakże jako człowiek pióra, doskonale uwypuklił gatunek, jakim jest drama popularna, tam, gdzie zazwyczaj jest ona płaska, i to za pomocą słowa. W pewnym sensie twórca Top dogs urzeczywistnił w swojej sztuce słowa Aleksandra Świętochowskiego: „ze wszystkich widowisk ludzie najbardziej lubią teatr i cyrk, bo to są najwierniejsze zwierciadła ich życia, złożonego z udawania, zręczności i błazeństwa”. Sam pomysł terapii dla bezrobotnych rekinów biznesu, terapii, która ma na celu katharsis poprzez splot płaszczyzn: opowieść i mowa ciała, jest pewną mieszaniną udawania – przed sobą wzajemnie i przed publicznością; zręczności – wykonywane przez aktorów pozycje w ciągu trwania spektaklu są trudne i z pewnością wyczerpujące; błazeństwa – bo który z bohaterów nie próbuje wszelkimi możliwymi jeszcze sposobami wrócić na znane poletko? Sploty słowa i mowy ciała definiują się wzajemnie, odbijają swoje treści, a momentami hiperbolizują komunikat poprzez wspólne i jednoczesne wybrzmienie. Nie potrafiłabym tego dobrze uchwycić, gdyby nie dbałość i precyzja gry aktorskiej, która jest kluczem do dobrego przekazania pewnych niewerbalnych informacji. Słowo, mowa ciała, muzyka i scenografia dopełniają się, dając całościowy obraz  dramatu, jaki rozgrywa się przed widzem. Stanowią nierozerwalną jedność.

 

Aczkolwiek istotny dla ogółu jest jeszcze jeden „zabieg” zastosowany przez Widmera. Końcowa scena jest zestawieniem apostroficznych wykrzyknień do wielkich, znanych firm ze zmodyfikowanymi fragmentami Apokalipsy Świętego Jana, a dokładniej fragmentów z rozdziału ósmego, kiedy to Baranek otwiera siódmą pieczęć Księgi Przeznaczeń i płonie trzecia część ziemi, trzecia część okrętów tonie etc. Sięgnięcie do ostatniej Księgi Nowego Przymierza jest znamienne dla odbioru całej sztuki. Na początku pisałam, że benedyktyńskie ora et labora będzie raczej zwielokrotnieniem labora przy jednoczesnym zminimalizowaniu ora. Tymczasem ostatnia scena nabiera wręcz transcendentnego charakteru właśnie za sprawą czytelnych nawiązań do Objawień janowych. Eksklamacje aktorów zlewają się w jedną, specyficzną modlitwę – zwielokrotnienie ora.

 

Tak oto współcześnie współistnieją wytwory kultury różnych dziedzin życia – magia teatru. Ale teatr ewoluuje tak, jak ewoluuje życie. Są jednak spektakle, które mają nowe aktualizacje, na nowo trafiając do odbiorców na całym świecie. Top dogs powstało w 1996 roku. Dziewiętnaście lat później, na scenie Teatru Nowego w Zabrzu wybrzmiewa z równie wielką siłą, a może nawet z większą, bowiem problem uzależnienia od pracy i piętrzących się problemów psychiczno – emocjonalnych po jej utracie, wciąż jest z premedytacją przemilczany i w Szwajcarii, i w Polsce, i na całym świecie. Zatem chylę czoła przed reżyserem Kempinsky’m i odtwórcami ról za adaptację obcego dzieła w taki sposób, który pozostawia widza bez cienia złudzeń: tak, ten komunikat jest także do Ciebie, Polaku.

 

Aleksandra Frontczak

 

Teatr Nowy w Zabrzu

Top Dogs

Autor: Urs Widmer

Reżyseria: Grzegorz Kempinsky

10 kwietnia 2015
http://www.teatrzabrze.pl/przedstawienia/aktualne/122-top-dogs.html

______________________________________________________________________________
#TopDogs