W tym kinie narodziłem się jako artysta

W tym kinie narodziłem się jako artysta – Wojtek Maryański w kolejnym bajecznym felietonie opowiada o kinie swojego dzieciństwa.

W tym kinie narodziłem się jako artysta

Szkice inowrocławskie

Mam 12 lat. Idę w deszczu ulicą Solankową do kina „ Słońce„. Pięć schodków. Pierwszy, drugi, trzeci…. Cieplej. Deszcz w kinie nie pada, choć zdarzają się przypadki, że leje jak z cebra, ale to magiczne miejsce, gdzie nie musisz otwierać parasola. Kino.

Kino „Słońce“. Nie znajdziesz drugiego. Stare, gdzieś z początku wieku XX. Pachnie jak olejki, którymi namaszczano Chrystusa na Golgocie. Pobudza i narkotyzuje. Magia.

Kazimierz Opaliński gra maszynistę Orzechowskiego w „Człowieku na torze„. Spowodował wypadek. Tak wszyscy myślą. Jest niewinny. Ja to wiem. Prawie płaczę. Więcej nie pamiętam.

Potem Wajda. Potem Munk. Janusz Morgenstern. Kutz. A te olejki to pewnie zapach potu wtartego w fotele uświęcony sztuką.

Chyba w tym kinie narodziłem się jako artysta i do tego wrażliwiec. Żadne chyba. W tym kinie stałem się artystą. Teraz to wiem. Jak miałem piętnaście lat jedynie przeczuwałem. Przekleństwo. Męka. Męka. Męka.

2008 mam 59 lat. Lipiec. Inowrocław. Słońce. Idę Solankową. W miejscu kina „Słońce„ – bank. Prawdziwy Kościół naszych czasów. Trochę bezradny stoję. Na szczęście ten sam zapach. Idę dalej. W miejscu kina „Bałtyk“- kolejny bank. Nic nie rozumiem.

Jestem o czterdzieści parę lat młodszy. Przez jeden moment. Krótki. Króciuteńki. Wracam Solankową. Powoli, step by step, jak lord jaki angielski albo wicehrabia w najgorszym wypadku. Jestem w pokoju hotelowym. Skwar. Czas. Czasem. Czasowi. O ! Czasie. Coraz mniej czasu. Coraz go mniej. A może się mylę. Oby tak było.

Magiczne miejsce. Prawdziwie przepełnione magią.
Było. (czego nie miałem Świadomości gdy miałem 12 lat) I jest. I pewnie będzie. Dziadkowie w Sanatorium no 1. Coroczne wakacje. Lato. Zima. Lato. Zima. Wolność. Łagodność. Powietrze. Sól.

Siła na dojrzałe lata.

Pan Czesław Pilichowski przywozi mleko wozem na metalowych obręczach. Huk na ulicy Sienkiewicza. Nieprawdopodobny. Jak kolej żelazna. Zatrzymuje się. Przynosi cynową albo emaliowaną niebieską bańkę z mlekiem. Babcia Katarzyna oddaje dwie czerwone i nastawia mleko na zsiadłe. Na wieczór gotowe. Zimne. Gęste tak, że można kroić nożem. Raj na ziemi. Nie do podrobienia.

Nic nie może obejść się bez psa.

Jest wiec i pies.

Gapuś. Prawie spaniel.

Z Zakopanego . Szczeka i kręci piruety.

Obudziłem się.

Jest dwanaście minut po piątej.

11 grudnia 2018.

Co to będzie za dzień ?

Wojtek


Wojtek Maryański

https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1060535060785463&id=100004869375099


#WojtekMaryanski