Zdekonstruować permanentną dekonstrukcję

Zdekonstruować permanentną dekonstrukcję – dekonstrukcja wszystkiego przez wszystko zakończy się ostatecznie dekonstrukcją widowni.


Zdekonstruować permanentną dekonstrukcję

Zdekonstruować permanentną dekonstrukcję

Widz uciekł z teatru. Nadrzędną koniecznością wydaje się odbudowanie w nim jego pozycji, jako jednego z dwóch podstawowych substratów spektaklu.

Moje spojrzenie – spojrzenie z pozycji reżysera zajmującego się zarówno tworzeniem filmów, jak i spektakli teatralnych – pozwala dostrzec ostro różnicę pomiędzy recepcją obu dziedzin przez widownię i sposobem w jaki ta recepcja dyscyplinuje twórców.

Permanentnym grzechem repertuarowego planowania sezonów w polskich teatrach, jest miotanie się pomiędzy dwiema skrajnościami. Na jednym biegunie króluje farsa i schlebianie gustom najmniej wyrobionej publiczności, na drugim artystowska biegunka, w której spektakl staje się męczącym rebusem, albo strumieniem harców niezdyscyplinowanej wyobraźni, poddanej presji intelektualnych i estetycznych mód, środowiskowych dziwactw, a przede wszystkim dyktatowi spuchniętego ego reżysera, i jego ambicji zaistnienia na czerwonym dywanie, podczas kolejnego rozdania „paszportów Polityki”.

Dziewięćdziesiąt procent spektakli nurtu artystowskiego, schodzących po kilkunastu przedstawieniach z afisza, na rynku  filmowym nie miałoby szansy zaistnieć nawet na etapie rozwoju projektu, dlatego, że rynek ten zmuszony jest liczyć się z potrzebami widzów. Nawet ambitne i nowatorskie pomysły kinowe mają w tle intensywne myślenie o odbiorcy i są skoncentrowane na emocjach widza, jego sferach wrażliwości i jego egzystencjalnych rozterkach i zawsze podejmują próbę wejścia z nimi w dialog.

W sztuce filmowej bardzo rzadko zdarzają się artystyczne komunikaty, w których konieczność zrozumienia, przeżycia i przejęcia się serwowaną treścią przez odbiorcę, jest kwitowana wzruszeniem ramion, brana w nawias, czy wręcz wyśmiewana.

Bardzo łatwo krytykować program przywracania teatru widzom, jako chęć schlebiania gustom filistra, akademizm, sprzyjanie średniactwu czy rezygnację z misji podnoszenia wrażliwości estetycznej widza na wyższy poziom.

Nie chodzi o wyeliminowanie eksperymentu artystycznego z teatru. Chodzi o przywrócenie proporcji pomiędzy wyszydzaną ideą teatru mieszczańskiego, akademickiego a teatrem poszukującym, odważnie eksperymentującym z formą i treścią.

Proporcja ta jest moim zdaniem zachwiana. Zjawiska naprawdę odkrywcze, artystycznie nowe w teatrze na przestrzeni ostatnich 15 lat dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Zalała nas natomiast fala spektakli aspirujących do awangardy, pretensjonalnych, epigońskich, bądź to w formie nudnych, post-egzystencjalnych elaboratów, odkrywających dawno odkryte i nieudolnie naśladujących metodę artystyczną Krystiana Lupy, bądź w formie wizualnych zabaw i fajerwerków eksponujących ideologiczne i estetyczne mody współczesnej kultury, zwłaszcza jej dekonstrukcyjne i postmodernistyczne nurty. Z moich doświadczeń jako widza wynika, że te pseudo odkrywcze dzieła, żyją przez kilka, góra kilkanaście przedstawień skutecznie przepędzając z polskich teatrów ostatnich jego miłośników.

Dla dobra samej idei artystycznego buntu, twórczego fermentu, teatr polski powinien posiadać silny, oparty na literackim fundamencie i dobrym rzemiośle „nurt środka”, solidny, akademicki teatr klasy średniej, dialogujący z widzem nie z pułapu abstrakcji współczesnego dyskursu o sztuce wysokiej, ale z poziomu fascynacji widza, jego pasji, zainteresowań, społecznych, obywatelskich i egzystencjalnych problemów. Inaczej buntownikom zabraknie przedmiotu buntu, a dekonstrukcja wszystkiego przez wszystko zakończy się ostatecznie dekonstrukcją widowni.

Teatrowi grozi los pudrowanego trupa, w którym wprawdzie ciągle wzajemnie dopieszczać się będzie garstka snobów i zaprzyjaźnionych krytyków, który brylował będzie na festiwalach, i wegetował wspierany kroplówką dotacji, ale który będzie martwy jako centrum dialogu ze współczesnym widzem.

Uważam,  że paradoksalnie, objęcie przez państwo „teatru mieszczańskiego” silnym mecenatem i wsparciem, najlepiej posłuży eksperymentowi i awangardzie. Nie odkrywam tu zresztą niczego nowego, bo taki model wspierania kultury teatralnej funkcjonuje w wielu państwach, na które z podziwem patrzy wielu naszych artystów, także tych, dla których idea prowokacji, buntu i burzenia starych form jest obowiązkiem i przymusem.

Wydaje się, że państwo, które ma ambicję prowadzenia czynnej polityki kulturalnej powinno mieć swoją silną reprezentację w teatrze. W każdym mieście wojewódzkim powinien istnieć teatr państwowy, działający według dobrych wzorców teatru akademickiego, a więc opartego na literaturze, wysokiej próby rzemiośle, szacunku dla tradycji teatralnej.

Powinien to być teatr, który stara się promować, polską literaturę, dialogować z szacunkiem z polską historią, wchodząc równocześnie w polemikę z najwyższej próby dziełami sztuki i literatury światowej.

Powinien to być teatr rozumnego dialogu i porozumienia z widzem, teatr szukający kompromisu pomiędzy naskórkowością i tandetą współczesnych potrzeb kulturalnych a propozycją namysłu, refleksji i estetycznie wysokiej jakości.

Taki teatr, który próbuje edukować poprzez dialog  a nie poprzez kłótnię, wrzask i pouczanie z wyżyn Parnasu co jest a co nie jest sztuką. W planach repertuarowych takiego teatru powinno być miejsce na  zbuntowane, eksperymentalne i obrazoburcze przedstawienie, ale w zdrowej proporcji do tego, przeciwko czemu miało by się buntować i co miałoby burzyć.

Andrzej Celiński


#teatr