Zdrowia naszego teatralnego

Zdrowia naszego teatralnego – to znakomity artykuł Sary Bednarczyk o tym, jak co poniektóre teatry* w pogoni za widzem organizują pogadanki o zdrowiu. (sic!)

 

Zdrowia naszego teatralnego

Zdrowia naszego teatralnego

Dzisiaj podczas rodzinnego obiadu odbyliśmy, myślę, bardzo inspirującą rozmowę. Rozmowa była oczywiście o teatrze i o zdrowiu – już taka humanistyczna rodzina.

Przechodząc do sedna sprawy – rozmowa dotyczyła tego, skąd przeciętny człowiek czerpie wiadomości na temat zdrowia, suplementów, leków…

Na to pytanie odpowiedź była dość prosta – z reklam, z telewizji, z gazet, z internetu, czasami od znajomych… Mam uzasadnione obawy, aby przypuszczać że to niezbyt dobrze…

Co gorsza ostatnio pojawiła się dziwna moda, aby organizować… pogadanki o zdrowiu w różnych nieprzeznaczonych do tego miejscach: domach kultury, kółkach gospodyń wiejskich, muzeach, ba!, nawet w teatrach! (Uwierzycie? Ja nie wierzyłam!). No cóż, są jeszcze pokazy garnków, ale ze spławianiem telemarketerów całkiem dobrze sobie radzę.

Wróćmy jednak do zasadniczej kwestii i zastanówmy się nad tym do czego powołane są wyżej wymienione instytucje.

Dom kultury ma rozbudzać zainteresowania, pomóc w rozwijaniu talentów, dawać możliwość zaspokajania aspiracji artystycznych. Przybliżać oraz promować kulturę i tradycję regionu, „małej ojczyzny”. (UWAGA! Zauważmy, że piszę w tym miejscu o DOMU KULTURY – wolę przypomnieć, bo niektórym mogło się to pomylić z inną instytucją, a specjalnie dla Was sprawdziłam to w encyklopedii!). Nie ma tu nic o zdrowiu.

Dalej. Kółko gospodyń wiejskich – „w szczególności broni praw, reprezentuje interesy i działa na rzecz poprawy sytuacji społeczno-zawodowej kobiet wiejskich i ich rodzin” (Dz. U. 1982 nr 32 poz. 217). Dopuszczalna jest również działalność na rzecz zwiększenia uczestnictwa mieszkańców wsi w dziedzinie kultury i kultywowaniu folkloru. (Przypominam – to zadania KÓŁKA GOSPODYŃ WIEJSKICH – nie innych instytucji! – nawet Wam ustawą „zarzuciłam”. A co będę Wam żałować?! 🙂). Nic o zdrowiu. (Chyba, że to ponaciągamy.)

I ostatnie – muzeum – poza gromadzeniem i ochroną dóbr narodowych, jego zadaniem jest upowszechnianie historii i wydarzeń historycznych (Dz. U. z 2007 r. Nr 136, poz. 956 z późniejszymi zmianami), Właśnie – upowszechnianie historii (bez względu czy bliskiej czy odległej) to zadanie MUZEUM. Funkcje muzeum: ochronna, edukacyjna (kulturalno-naukowa), estetyczna (obtłuszczona wątroba nie jest estetyczna – wierzcie mi na słowo). Nic o zdrowiu!

Zapomniałam o teatrze. A więc teatr to: albo budynek, w którym odgrywane jest przedstawienie, albo „rodzaj sztuki widowiskowej, w której AKTOR lub grupa aktorów (nie lekarz, dietetyk, szarlatan) na żywo przedstawia sztukę dla zgromadzonej publiczności”. (Ha! Uważało się na historii teatru, albo na historii dramatu… Nie wiem, to było dawno, nie przypomnę sobie.)

Ale ponieważ o teatrze wcześniej zapomniałam, przypomnę sobie coś innego. Rodzaje widowisk teatralnych: przedstawienie dramatyczne, opera, operetka, balet, pantomima, teatr plastyczny, teatr postdramatyczny. Do przedstawienia dramatycznego jeszcze wrócę.

W moim sercu teatr zawsze był miejscem, w którym pokazuje się ludziom jakimi mogliby być, gdyby się odważyli. Miejscem gdzie PIĘTNUJE SIĘ postawy, ODKRYWA fałsz i obłudę otaczającego nas świata. Czymś wyjątkowym, co skłania nas do przemyśleń i zostawia w nas na długo ślad. Miejscem, z którego wychodząc, nie jesteśmy już tą samą osobą, którą byliśmy wcześniej, bo coś nas „dotknęło”, zainspirowało… Uczyłam się kiedyś o czymś takim jak katharsis, ale sama przeżyłam to tylko raz, a w życiu widziałam przedstawień wiele.
W każdym razie – nic o zdrowiu!

Aktualnie wygląda to tak, chwytliwy temat zdrowia wpychany jest między telenowelę a sitkom w telewizji podczas przerwy na reklamy. Między aerobik a szachy w domu kultury. Między roladę z ciapkapustą, a szydełkowanie w kółku gospodyń wiejskich. Między farsę a komedię w teatrze (pół biedy jeśli to farsa lub komedia).

Sama nie wiem czy to brak pomysłu na prowadzoną instytucję przez osoby nią zarządzające czy rozpaczliwe szukanie sposobu na przyciągnięcie ludzi do przybytku KULTURY (!!!), którą kierują. A zdrowie, każdego interesuje, więc na to to już na pewno tłumy będą walić drzwiami i oknami (bo folklor nie wypalił, historia nie wypaliła…)

I tutaj wracamy do tematu dramatu, ściślej mówiąc tragedii.

Nie zrozumcie mnie źle, pochodzę z rodziny lekarskiej, bardzo szanuję i cenię lekarzy (przynajmniej niektórych), ale… Wyobraźmy sobie, że do instytucji kultury, aby przyciągnąć publiczność, zostaje zaproszony lekarz (pół biedy, że lekarz, a nie aktor, któremu kazano za karę doszkolić się w temacie zdrowia) i ma wygłosić wykład na temat… dajmy na to… „czym jest medycyna, działania mające na celu zaleczanie objawów”. Nie jestem pewna, czy Wam wiadomo, że lekarze mają bardzo wąskie specjalizacje. Ja bym się nie zgodziła na to, żeby okulista robił mi przeszczep serca, albo odwrotnie, żeby kardiochirurg wszczepiał mi soczewkę. Coś co pomaga na serce, może szkodzić na wątrobę, nerki, mózg… („może” NIE „musi – wolałam to napisać). Czego w takiej sytuacji, pomijając cały irracjonalizm tej… sceny, możemy się dowiedzieć? Że lekarz, który prowadzi dany wykład jest najlepszy na świecie i tylko on jest w stanie uleczyć nasze choroby, w dodatku jest bliskim znajomym osób zarządzających instytucją w której wykład jest prowadzony i szuka nowych pacjentów do swojego prywatnego gabinetu?

I tak dobrze, bo zawsze można było zaprosić kuzyna szarlatana, który zrobi Wam badanie z kropli krwi na pasożyty (że można w ten sposób sprawdzić poziom cukru we krwi lub ewentualnie pH to się zgodzę, zgodzę się również, że jeśli macie pod ręką dobrego prawnika to możecie zgarnąć niezłe odszkodowanie, bo ciągłość żyły może Wam przerwać tylko lekarz lub pielęgniarka), albo wciśnie jakieś oczyszczające plasterki (oczyszczające portfele, bo tym co oczyszcza nasz organizm są wątroba i nerki, przykro mi), górę „naturalnych” suplementów – oczywiście bez badań klinicznych, gdzie jeszcze jeden z drugim wejdą w interakcje, albo kogoś kto będzie zachwalał jakąś dietę cud, białkową czy ketogenną (poczytajcie o skutkach ubocznych), które dla jednych są dobre, a innym wręcz zaszkodzą. Do każdej osoby trzeba podchodzić indywidualnie, a nie co pomogło jednemu, to pomoże wszystkim.

Już pomijam fakt, że nawet taki zaproszony lekarz, np. specjalista chorób wewnętrznych (ci akurat mają wiedzę szeroką, ale płytką), medycynę kończył jakieś 30 – 40 lat temu. Medycyna od tego czasu poszła bardzo do przodu (aktualnie rozwija się jeszcze szybciej, co było aktualne dzisiaj, jutro już może nie być), a on zapewne nie miał czasu zajrzeć do najnowszych badań. Natomiast biochemii miał jakieś 5 godzin wykładów na drugim roku studiów. W tym wypadku może Wam powiedzieć coś na temat swojej specjalizacji, a rzucanie ogólnego hasła „czym jest medycyna” jest delikatnie mówiąc nierozsądne (żeby nie powiedzieć nieodpowiedzialne). Jak działa medycyna każdy widzi.
Więc albo możemy sami znać przynajmniej podstawy biochemii i fizjologii, żeby móc skonfrontować uzyskane informacje, albo (jeśli nie mamy czasu zdobywać takiej wiedzy) konsultować się ze specjalistą w tej dziedzinie.

Jest też inne wyjście – lekarze niech przyjmują pacjentów w teatrze, a aktorzy niech grają spektakle w gabinetach lekarskich. I publiczność będzie i ludzie w kolejkach nie będą się nudzić!

Amen!

Sara Bednarczyk

https://www.facebook.com/sarabednarczyk/posts/1346974068675638

*
wiadomo, że chodzi tu o mój ulubiony teatr, który, jak wieść gminna niesie, pod wodzą dzielnego reformatora teatru Poncyljusza Trombki, zwanego Bercikiem w obliczu załamania frekwencyjnego i finansowego wkracza w terra incognita i próbuje poprawić wyniki poprzez organizowanie czegoś tak absurdalnego, jak spotkania na temat zdrowia w teatrze.


#teatr